Igraszki olimpijskie
Warszawa marzy o igrzyskach. Co olimpiada oznaczałaby dla miasta, państwa i podatników?
To jeszcze nie oficjalna kandydatura, ale deklaracje składane przez polityków Koalicji Obywatelskiej są śmiałe, na dodatek podżyrowane rządowymi gwarancjami. Pomysł organizacji letnich igrzysk olimpijskich w Warszawie krąży już od jakiegoś czasu, w połowie 2023 r. lansował go prezydent Andrzej Duda, celując w rok 2036. Ale z „parytetu kontynentalnego” praktykowanego przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski wynika, że ten termin powinien być zarezerwowany dla Ameryki Południowej.
Warszawa chce gościć olimpijczyków w 2044 r., a zapalony nagle do pomysłu prezydent stolicy Rafał Trzaskowski oznajmił, że będzie to „projekt cywilizacyjny” oraz „koło zamachowe” rozwoju miasta. Uderza też w tony symboliczno-patriotyczne, przypominając, że w 2044 r. minie sto lat od powstania warszawskiego, po którym Warszawa miała zniknąć z powierzchni ziemi, tymczasem dzięki igrzyskom stolica objawi się jako miasto niezłomne i witalne. Na wszelki wypadek dorabiana jest też bardziej praktyczna ideologia: pobudzenie narodu do regularnego uprawiania sportu, bo jesteśmy jednym z najbardziej kanapowych i otyłych narodów Europy.
Ubieganie się przez Warszawę o tę imprezę ma być bowiem zwieńczeniem opracowywanej w Ministerstwie Sportu strategii rozwoju fizycznego Polaków. Na razie czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie Robert Korzeniowski, pełniący obecnie funkcję ministerialnego doradcy, zgłosił postulat wprowadzenia lekarskich recept na ruch.
Fantastyczne, bo bombastyczne
Taki godnościowo-patriotyczno-zdrowotny sos, w którym dojrzewa warszawska kandydatura, ma skłonić do politycznego porozumienia ponad podziałami. To się udaje, bo poparcie dla igrzysk zdążyli już wyrazić prominentni politycy PiS. Zapowiadają oni, że gdy tylko PiS wróci do władzy, zorganizują imprezę znacznie lepiej.