Zapach Zachodu
Zapach Zachodu: tak Polonusi próbowali ratować socjalizm. Jak woda szły zapachy do ciast
W połowie „złotej dekady” Gierka władza już wiedziała, że wielkie inwestycje, na które zaciągnięto ogromne pożyczki, nie spełnią pokładanych w nich nadziei. Po pierwszych latach względnej obfitości sklepowe półki zaczynały świecić pustkami. Sztandarowa Huta Katowice nie była w stanie produkować cienkiej blachy potrzebnej do wyrobu pralek i samochodów. Wielkim nowoczesnym fabrykom odzieży Jarlan w Jarosławcu i Cotex w Płocku, wyposażonym w maszyny sprowadzone za pożyczone pieniądze, brakowało bawełny, surowiec też był za dewizy, czyli waluty wymienialne. Na spłatę długów czy nawet odsetek już ich brakowało. Zrodził się pomysł, że socjalizm uratują Polonusi.
Chodziło bowiem o prawdziwe pieniądze, czyli o twardą walutę. Nie o te kilka miliardów dolarów, które – jak szacowano – trzymali Polacy w materacach, te miały być wydawane w sklepach Pewexu, czyli przedsiębiorstwa eksportu wewnętrznego, z którym firmy polonijne nie powinny konkurować. A obroty Pewexu rosły wraz z rozszerzaniem asortymentu, oprócz towarów konsumpcyjnych za dewizy można już było kupować nawet auta i mieszkania, bez czekania w wieloletniej kolejce w spółdzielni.
Czytaj też: Kto i w co ubierał Polki w PRL?
Firmy dla Polonusów
Firmy polonijne miały ściągnąć dewizy od zasobnych Polaków mieszkających na Zachodzie, zwłaszcza w USA. Nadzieje, że pomysł wypali, budziła zbiórka na odbudowę Zamku Królewskiego, na którą Polonia sypnęła pieniędzmi. Firmy polonijne wymyślono więc dla Polonusów, to oni mogli być ich właścicielami, jeśli zainwestują. Socjalistyczna władza pogodziła się nawet z faktem, że zechcą na tym zarobić.