Świat na głodzie naftowym. Skąd mamy ropę, skoro cieśnina Ormuz jest zamknięta?
Mija drugi miesiąc, gdy świat musi żyć na głodzie naftowym, jakiego jeszcze nigdy nie doznał. Brakuje 10–13 mln baryłek ropy dziennie (według różnych szacunków), czyli kilkanaście procent światowego zapotrzebowania. Na razie nie przyjmujemy tego do wiadomości, bo braki surowca uzupełniane są z przedwojennych zapasów i strategicznych rezerw, uruchamianych przez zdesperowane rządy wielu państw. Ale zapasy się kończą. Co wtedy?
Zaciskanie pasa idzie opornie
Gospodarka światowa długo żyła w przekonaniu, że wyprawa Trumpa na Bliski Wschód, która doprowadziła do zablokowania cieśniny Ormuz, to tylko chwilowa perturbacja. Wszystko szybko minie i wrócimy do business as usual, czyli będzie jak było. Przecież niemożliwe, by ta „dziwna wojna” odcięła świat od głównego źródła zaopatrzenia w ropę, gaz i surowce petrochemiczne. Miesiąc, góra sześć tygodni, i wszystko wróci do normy. Dowodem na ten optymizm są ceny ropy w kontraktach terminowych oscylujące wokół 100 dol. za baryłkę w dostawach na czerwiec i lipiec. Drogo, ale da się jakoś żyć. W tym samym czasie trwa jednak walka o fizyczny surowiec, za który dziś trzeba płacić 130–140 dol., a niebawem pewnie i więcej. Zaciskanie pasa idzie opornie, bo ropa i produkty petrochemiczne niezbędne są w wielu gałęziach gospodarki. Na razie światowa konsumpcja zmalała o 1,7 mln baryłek dziennie.
Jeśli ktoś wierzył, że do czerwca czy lipca Ormuz zostanie odblokowany i wszystko wróci do normy, już widzi, że nie wróci. Nawet jeśli uda się wynegocjować jakiś amerykańsko-irański kompromis (oby!), świat będzie miał świadomość, że wszystko wisi na włosku. Bo po dwóch stronach barykady są dwie kompletnie nieprzewidywalne siły: Donald Trump po jednej, a po drugiej rosnący IRGC, czyli irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.