Szlem i szmal
Szlem i szmal. Chwalińska ma spokój, teraz może tylko zyskać. Ale to inny przypadek niż Świątek
Po niespodziewanym sukcesie w tegorocznym Roland Garros, gdzie przegrała dopiero w finale, w drugiej połowie roku Maja Chwalińska miała pod górkę. Z Wimbledonu odpadła w pierwszej rundzie z powodu kontuzji, mając wygraną na wyciągnięcie ręki. Niedawne turnieje północnoamerykańskie zaczęła od porażki w Toronto, a w Cincinnati wygrała jeden mecz. To może być skutek wymuszonej nieobecności na kortach i braku ogrania w turniejach tej rangi, ale też jej finezyjny tenis rozkwita w pełni właśnie na mączce. Na szybszych nawierzchniach, w starciu z dominującymi nad nią fizycznie zawodnikami – a takich jest zdecydowana większość – zepchnięta do obrony rzadziej może sięgać po swoje atuty.
Punktowy kapitał za paryski finał katapultował ją jednak w okolice 20. miejsca w rankingu WTA, co oznacza wejście do innego świata, w którym ma zapewnione rozstawienie w turniejach wielkoszlemowych, a w niewiele ustępujących im rangą zawodach WTA 1000 zaczyna od drugiej rundy. Oznacza to krótszą drogę w turnieju oraz wyższe premie już na starcie. W związku z tym, że nie grywała w imprezach tej rangi i nie posmakowała przypisanych im nagród finansowych i punktów, aż do przyszłorocznego Rolanda Garrosa może tylko zyskiwać. Jej bilans za dość szybko przegrany turniej w Cincinnati to plus 53 punktów do rankingu i premia w wysokości 47 tys. dol. brutto.
Wyścig sponsorów
Tak potężne rankingowe skoki zdarzają się od święta, a 25-letnia Chwalińska przykuła w Paryżu uwagę całego tenisowego świata nie tylko ogrywaniem – aż do finału – kolejnych wyżej notowanych rywalek, ale też stylem zwycięstw, bo tak niebanalny i inteligentny tenis to dziś na kortach rzadkość. Przed kamerami i mikrofonami stawała niespeszona, świetną angielszczyzną potrafiła w turniejowym studiu przekomarzać się z legendami tenisa, Andre Agassim i Johnem McEnroe, którzy rozpływali się nad jej umiejętnościami.