Zima: wraca temat gazu

Gaz zasmucający
Idzie zima, jak co roku powraca więc lęk: co będzie z gazem? Ile będzie kosztował? I czy ktoś nam przypadkiem nie zakręci kurka?

Na razie wiadomo, że będzie drożej. PGNiG, nasz narodowy operator gazowy, od wielu tygodni zabiega o drugą w tym roku podwyżkę. I to niemałą. Wniosek, jaki skierował do prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE), przewiduje wzrost taryfy o 23 proc. W kwietniu PGNiG żądał 34 proc., prezes zaakceptował 14,4 proc. Na ile zgodzi się tym razem, nie wiadomo. Chwilowo szef URE odroczył decyzję. Tłumaczy to koniecznością dalszego analizowania przedstawionych przez PGNiG argumentów.
 

 

Z komentarza, jaki przy okazji wygłosił, wynika, że podwyżka jest nieunikniona, a on może jedynie odwlec termin jej wprowadzenia. To takie tradycyjne gry pomiędzy regulatorem a firmami energetycznymi, które muszą uzyskiwać urzędową akceptację swoich cenników. Firmy we wnioskach stawiają wygórowane żądania, bo URE coś musi urwać. Taką podwyżkę można potem lepiej sprzedać medialnie: ceny wprawdzie wzrosły, ale na szczęście mamy prezesa URE, bo mogło być gorzej.

Ceny gazu rosną, bo jak zapewnia PGNiG, trzeba coraz więcej płacić zagranicznym kontrahentom. Nieoficjalnie mówi się, że cena doszła już do ok. 500 dol. za tysiąc metrów sześc. gazu. Oficjalnie nikt tego nie chce potwierdzić, bo to tajemnica kontraktów. W ciągu roku zużywamy prawie 14 mld m sześc., z czego ponad 9 mld pochodzi z importu. Kupujemy większość od rosyjskiego Gazpromu w ramach tzw. kontraktu jamalskiego. Drugim dostawcą – w zasadzie – jest też Gazprom, tylko pod inną marką. To RosUkrEnergo, rosyjsko-ukraińska spółka (choć zarejestrowana w Szwajcarii), osobliwy wehikuł biznesowy, efekt skomplikowanych relacji gospodarczych Rosji i Ukrainy. Sprzedaje gaz z krajów Azji Centralnej. Trzecim, najmniejszym, dostawcą jest (a raczej była, bo kontrakt właśnie wygasł) niemiecka spółka VNG sprzedająca nam gaz z Europy Zachodniej (choć zapewne z domieszką rosyjskiego). Gaz ze Wschodu jest tańszy od tego z Zachodu.

Ceny gazu ziemnego kupowanego od zagranicznych dostawców ustalane są na podstawie cen produktów ropopochodnych (lekkich i ciężkich olejów) notowanych na giełdzie w Rotterdamie. Rozliczeń dokonuje się co kwartał, korzystając z formuł cenowych, czyli złożonych wzorów matematycznych zapisanych w poszczególnych kontraktach. Podstawia się do nich, obok innych zmiennych, rotterdamskie notowania, ale nie te aktualne, tylko sprzed dziewięciu miesięcy. Ceny gazu stanowią więc echo sytuacji na rynku ropy naftowej trzy kwartały później. A ceny ropy od wielu miesięcy pięły się w górę i dopiero niedawno zaczęły nieco spadać. Cena gazu będzie zatem jeszcze co najmniej przez trzy kwartały podążała tym śladem. Jeśli notowania ropy w tym czasie znów nie zaczną szaleć, odetchniemy też z cenami gazu. – Z naszych kalkulacji wynika, że surowiec sprowadzany z zagranicy w ostatnim kwartale roku będzie przynajmniej o 20 proc. droższy niż w trzecim – zapowiada dyr. Joanna Wasicka-Zakrzewska, rzecznik PGNiG. Zapewne w przyszłym roku bez podwyżek się nie obejdzie.

Prezes URE może wiele, ale cudu nie dokona. Może spierać się z PGNiG na temat prognozowanych ruchów cen na rynkach światowych, a także zmian kursu walut, w jakich prowadzone są rozliczenia (dolary z Rosjanami, euro z Niemcami). Może także naciskać, żeby PGNiG nie windowało kosztów i podzieliło się zyskami, jakie przynosi mu wydobycie gazu krajowego. Musi za to doliczyć spółce sensowną stopę zysku, by mogła inwestować, zwłaszcza w budowę nowych magazynów do przechowywania zapasów obowiązkowych.

Podobnie wygląda sytuacja z zatwierdzaniem taryf za przesył gazu, którym zajmuje się inna spółka – Gaz-System oraz operatorzy systemów dystrybucyjnych. Tu również rosną ceny, choć z nieco innych powodów. Ostatnio operatorzy systemów przesyłowych argumentowali konieczność podwyżek m.in. potrzebą tworzenia policji gazowej, która zajmie się ochroną gazociągów przed złodziejami.

Trudny partner

W PGNiG niechętnie mówią o relacjach z rosyjskimi partnerami handlowymi. Są niełatwe, więc wszelkie publiczne wypowiedzi mogą tylko sytuację skomplikować. Gazprom, którym w Polsce straszy się dzieci, jest nie tylko naszym głównym dostawcą gazu, ale także wspólnikiem PGNiG w spółce EuroPolGaz, do której należy polski odcinek gazociągu jamalskiego. Tu też pożycie nie jest usłane różami. Menedżerom spółki wystarczą już napięcia, które są efektem marnych stosunków politycznych na linii Moskwa–Warszawa.

Rosjanie nie ukrywają, że Gazprom jest dziś dla Kremla użytecznym narzędziem uprawiania polityki zagranicznej. Gazem można kusić, gazem można straszyć. My jesteśmy straszeni. Okresowo zakręceniem kurka, na stałe zaś perspektywą budowy okrążającego Polskę po dnie Bałtyku Gazociągu Północnego. Według czarnego scenariusza może on w przyszłości pozwolić Gazpromowi na rezygnację z przesyłu gazu przez Polskę jamalską rurą, którą my uznajemy za naszą polisę w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego.

Zresztą już kilka tygodni temu pojawiły się ostrzeżenia, że w odwecie za nasze zaangażowanie się po stronie Gruzji zostaniemy od września odcięci od rosyjskiego gazu. Wprawdzie eksperci zapewniali, że to ekonomicznie nieracjonalne i technicznie trudne do wykonania (gaz trzeba byłoby zakręcić także Niemcom, bo nie ma jeszcze bałtyckiej rury), ale strach był.

Rosyjska pigułka

Rosjanie zwykle starają się zdobyć jakiś biznesowy pretekst, by użyć swojej gazowej broni. Nawet rozgrywki na linii Moskwa–Mińsk i Moskwa–Kijów, które kończyły się okresowym zakręcaniem gazu (na czym i my cierpieliśmy), miały zawsze uzasadnienie ekonomiczne. Raz mówiło się o sporach dotyczących zasad ustalania cen, innym razem o problemach w rozliczeniach. Dlatego szefowie PGNiG mają świadomość, że czekają ich trudne rozmowy na temat przedłużenia wygasającego w 2009 r. kontraktu z RosUkrEnergo. Niełatwe stosunki polityczne rozmów nie ułatwią.

Dotychczasowe renegocjacje gazowych umów kończyły się dla nas koniecznością przełknięcia jakiejś gorzkiej pigułki. W zamian za redukcję rozdętych ponad potrzeby zamówień na gaz z kontraktu jamalskiego, musieliśmy zapłacić zgodą na dostarczanie większości paliwa za pośrednictwem systemów gazowych Ukrainy i Białorusi, a nie rurociągiem Jamał. Cierpi na tym nasze bezpieczeństwo energetyczne, bo obrywamy przy okazji konfliktów Rosji z jej sąsiadami. Podobnie było w 2006 r., kiedy po raz pierwszy przedłużaliśmy kontrakt z RosUkrEnergo. Trzeba było za to zapłacić zgodą na zmianę formuły cenowej w zupełnie innym kontrakcie, tym najważniejszym – z Gazpromem, który wygasa w 2022 r. Oczywiście na taką, która gwarantowała Rosjanom wyższe ceny. Nic dziwnego, że napięcie rośnie: jaką pigułkę tym razem przygotują Rosjanie? I czy będziemy w stanie ją przełknąć? Jeśli nie, jak poradzimy sobie bez 2,3 mld m sześc. gazu?

Co z tą rurą?

To zresztą nie jedyny problem, bo wygasł właśnie kontrakt na dostawy gazu z kierunku zachodniego i trzeba podpisać nowy. Tu jednak nie ma takiego napięcia, bo polityka nie gra roli, tylko pieniądze. To może więcej gazu zakontraktować na Zachodzie, by nie stanąć pod ścianą, gdy przyjdzie nam rozmawiać z Rosjanami? Pomysł dobry, ale mało realny. Wszystko za sprawą największej zagadki polskiej polityki energetycznej: lękamy się uzależnienia od Rosji, a jednocześnie nie jesteśmy w stanie stworzyć technicznych możliwości przesyłu gazu z innego kierunku niż wschodni. Mamy tylko jedną cienką gazrurkę koło Zgorzelca łączącą polski system gazowy z europejskim. Można nią przetłoczyć najwyżej miliard metrów gazu rocznie.

Żyjemy fantastycznymi projektami podmorskich gazociągów czy gazoportu (którego powstanie stale się oddala), a nie jesteśmy w stanie ułożyć kawałka rury przez Odrę. Wszelkie inicjatywy w tej dziedzinie są przez polityków utrącane i to tych, którzy najgłośniej straszą konsekwencjami uzależnienia od Rosji.

Ostatnio taką rolę odegrał były wiceminister gospodarki Piotr Naimski. Jego wyjaśnienia są dość pokrętne, sprowadzają się do wniosku, że Niemcy to w rzeczywistości niemieckojęzyczni Rosjanie, więc pogłębilibyśmy jeszcze nasze uzależnienie. Niestety, polityka energetyczna stała się domeną ideologów. Symbolem tego zjawiska jest powołanie w tych dniach przez prezydenta Kaczyńskiego zespołu do spraw bezpieczeństwa energetycznego. Pokieruje nim prof. Andrzej Zybertowicz, wybitny ekspert w dziedzinie spisków i układu.

Zwiększenie połączeń z systemem europejskim pozwoliłoby poprawić elastyczność dostaw gazu na rynek Polski. Moglibyśmy reagować szybko na nagłe zapotrzebowanie i jednocześnie wzmocniłoby to pozycję negocjacyjną PGNiG – przyznaje dyr. Joanna Wasicka-Zakrzewska. Jedno takie połączenie zresztą już istnieje. Ułożyli je na własną rękę Niemcy. Jest wykorzystywane przez należącą do nich spółkę Media Odra Warta (MOW), małego niezależnego operatora gazowego działającego na terenie Lubuskiego. Rura jest nawet spora, więc gdyby podłączyć ją do krajowego systemu gazowego, nasza sytuacja byłaby nieco lepsza.

Pomysł jednak trąci herezją. Od lat obowiązuje u nas ideologiczny dogmat, że tylko monopol kontrolowanego przez państwo PGNiG może nam zapewnić bezpieczeństwo zaopatrzenia w gaz. Brak połączeń gazowych z krajami UE jest więc technicznym sposobem ochrony gazowego monopolu.

Węgrzy to też Rosjanie

Innym sposobem są zapasy obowiązkowe, które każda firma handlująca gazem musi gromadzić w Polsce. A magazynów jest niewiele i wszystkie pod kontrolą PGNiG. Komisja Europejska nie rozumie naszych argumentów na temat wyższości monopolu, bo akurat jest przeciwnego zdania. Mieliśmy już w tej sprawie kilka ostrzeżeń. UE chce doprowadzić do stworzenia otwartego unijnego rynku gazowego. Formalnie staramy się wypełniać przykazania dyrektywy gazowej (czego dowodem jest rozdzielenie sieci gazociągów od handlującego gazem PGNiG), ale na tym koniec. Nie przeszkadza nam to jednocześnie formułować radykalnych postulatów na temat europejskiej solidarności energetycznej i wzywać do tworzenia energetycznego NATO. Unijni politycy nie mogą się nadziwić: jak mamy wam pomagać w razie odcięcia dostaw gazu, jeśli nie chcecie połączeń z europejskim systemem gazowym?

Przyciskani do muru przez Unię rozkładamy ręce tłumacząc: nie możemy zliberalizować rynku gazu, bo nie ma na nim konkurencji. A konkurencji nie ma, bo ceny są urzędowo regulowane. I koło się zamyka. Bez konkurencyjnego rynku nie można zrezygnować z zatwierdzania taryf. W PGNiG przyznają, że wtedy ceny pewnie by wzrosły dodatkowo o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent. To oczywiście studzi ochotę polityków do wolnorynkowych eksperymentów.

Ale przecież ktoś będzie musiał tego dokonać. I być może okaże się wówczas, że wzrost cen nie będzie tak dramatyczny. Pierwsze próby wchodzenia na polski rynek zagranicznych firm gazowych, potencjalnych konkurentów PGNiG, takich jak węgierski Emfesz, które chciały sprzedawać paliwo zakładom przemysłowym, dowiodły, że gaz może być tańszy niż ten, który oferuje PGNiG. Na razie próby te zablokowano za pomocą przepisów o gromadzeniu obowiązkowych zapasów. Po cichu tłumaczono, że ci Węgrzy to w rzeczywistości Rosjanie i chcą dumpingiem zdobywać rynek.

Uroki regulacji

Na krótką metę urzędowa kontrola cen ma swój urok. Nie tylko dla polityków, ale także dla przedsiębiorców i indywidualnych użytkowników. Konieczność płacenia coraz wyższych rachunków za gaz sprawia, że energetyczna wyrwa w wielu domowych budżetach staje się dramatycznie duża. Powstało już pojęcie energetycznego ubóstwa. Nikomu nie uśmiecha się wystawianie na działanie niewidzialnej ręki rynku. Niech żyje prezes URE!

Na dłuższą metę administracyjne sterowanie cenami jest zabójcze dla gospodarki. Najlepszym tego przykładem jest sytuacja w elektroenergetyce, gdzie też pieszczono państwowe monopole, a ceny energii ustalano tak, by były społecznie akceptowalne. Na skutki nie trzeba było długo czekać – sterowany przez urzędników, pozbawiony rynkowych sygnałów polski system elektroenergetyczny stanął na progu katastrofy. Nie odtwarzano zużywających się bloków w elektrowniach, nie modernizowano, nie inwestowano w nowe linie przesyłowe. Bo nie było po co, bo się nie opłacało, bo nie było wiadomo, czy da się to sfinansować z odgórnie ustalanych taryf. A teraz mamy dramat, perspektywę racjonowania energii i astronomicznych podwyżek. Tak kreowana przez polityków polityka bezpieczeństwa energetycznego zamienia się w jej skrajne przeciwieństwo.

Z gazem może być podobnie. PGNiG jest wikłane w polityczne projekty o wątpliwym rachunku ekonomicznym (szczęśliwie spółka została zwolniona z budowy gazoportu, ma się tym zająć Gaz System) albo wykorzystywane jako skarbonka ministra skarbu (prawie 80 mln zł musiała wydać na zakup akcji Zakładów Azotowych w Tarnowie). Jednocześnie spada wydobycie gazu w kraju, duże obszary pozostają wciąż niezgazyfikowane, brakuje magazynów.

Dziś wszystko jeszcze jakoś się trzyma, a PGNiG notuje spore zyski, ale warto przypomnieć, że kilka lat temu bywały momenty, że kasa świeciła pustkami i nie było czym płacić dostawcom za gaz. To się może powtórzyć. Ten kurek, który budzi takie nasze obawy, możemy sobie zakręcić sami.
 

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną