Po co nam olimpiada?

Gorąco na mrozie
Do czego tak naprawdę jest nam potrzebna olimpiada?
CANADIAN PRESS IMAGES/BEW

Paulina Ligocka
ARC/Dominic Favre/Forum

Paulina Ligocka

Czas zimowych igrzysk olimpijskich polski kibic przyjmował przez lata bez wielkich wzruszeń i nadziei. Nasi reprezentanci bowiem wiernie trwali przy zasadzie głoszonej na początku XX w. przez barona Pierre’a de Coubertina, iż ważniejszy od wyniku jest sam udział. Niestety, przymuszeni rzeczywistością. Konkurenci najpierw się oddalili, aż wreszcie znikli z pola widzenia.

Emocje przy okazji zimowych igrzysk przeżywali więc tylko kibice kosmopolici, zdolni do uniesień ze względu na piękno rywalizacji jako takiej. Kibice patrioci wystawieni byli na ciężką próbę aż do momentu, kiedy Adam Małysz wyskoczył zza pleców rywali. Osiem lat temu, gdy rozpoczynały się igrzyska w Salt Lake City, kibic patriota wreszcie miał powód do uzbrojenia się w biało-czerwony szalik, trąbkę, kapelusz, ewentualnie fikuśną czapkę i ściskania kciuków, by zgodnie z życzeniami wypisywanymi na flagach łopoczących na skoczniach Adam „przeleciał wszystkich”. W Salt Lake City to jednak nie mistrz z Wisły, a szwajcarski młodzian Simon Ammann zgarnął dwa złote medale. Radykalna frakcja kibiców patriotów przyjęła srebro i brąz Małysza pomrukiem niezadowolenia, ale odnotowanie Polski w klasyfikacji medalowej – po 30 latach – było wartością samą w sobie.

Z podmuchu pył

Małysza skaczącego po medale w Salt Lake City oglądało w telewizji 13,3 mln rodaków, co do dziś jest u nas rekordem, jeśli chodzi o transmisje sportowe. Teraz, w związku z ruszającymi 12 lutego igrzyskami w Vancouver, zanosi się na jeszcze lepszy wynik, a to za sprawą Justyny Kowalczyk (i dogodnej z polskiego punktu widzenia pory jej startów; biegi zaplanowano na godziny wieczorne naszego czasu). Nawet Małysz w Salt Lake City nie był tak pewnym kandydatem do złota, bo w końcu skoki to skoki – wystarczy kilka podmuchów wiatru, by zapowiedzi i marzenia rozwiały się w pył. Kowalczyk jest dziś jedną z najlepszych biegaczek narciarskich na świecie, a jeśli spojrzeć na bieżące dokonania w Pucharze Świata – to najlepszą. Nie wiadomo, czy rywalki bardziej ją podziwiają, czy jej się boją, w każdym razie w ostatnich tygodniach regularnie uciekały od sprawdzenia się z Polką na trasach.

W Whistler, gdzie zostaną rozegrane konkurencje biegowe, Kowalczyk może zdobyć nawet cztery medale, w roli jednej z gwiazd igrzysk obsadzają ją też fachowcy zagraniczni, czyli z definicji obiektywni. To jest miód na serce wyposzczonego polskiego kibica, a przecież w ostatniej przedolimpijskiej próbie błysnął formą Małysz, jest jeszcze biathlonista Tomasz Sikora, który wprawdzie w chwilach wielkiej próby nie zawsze wygrywa wojnę z nerwami, ale cztery lata temu na igrzyskach w Turynie zdobył srebro, gdy już prawie wszyscy w kraju postawili na nim krzyżyk.

W scenerii igrzysk staną się oni bohaterami masowej wyobraźni, tym bardziej że ich sportowa legenda ma w sobie wszystkie cechy opowieści, której chce się słuchać. Jest w niej miejsce na wzloty i na upadki, na wzruszenia i suspensy, są zwroty akcji i chwile szczęścia. Ich kariera niczym nie różni się od karier innych, którzy ze sportu zrobili sposób na życie, a więc wiedzie drogą wyrzeczeń, uporu i bólu. To nie są postacie z pomników, których dokonania się ceni, ale nie do końca pojmuje. Kibicowi nic nie broni, by wejść w buty Kowalczyk czy Sikory (jeśli chodzi o Małysza z oczywistych powodów sprawa nie jest tak prosta) – wystarczy przypiąć narty biegowe, ruszyć na leśną ścieżkę i przekonać się, jaki to ciężki kawałek chleba, a potem za pośrednictwem telewizji obejrzeć, jak na igrzyskach robią to najlepsi, że nie ma w tym żadnego kitu, tylko prawdziwy, soczysty kawałek sportu. Oczywiście Polska nie jest drugą Norwegią, gdzie do klubów narciarskich należy pół populacji. Każde zjawisko musi mieć swój początek, ale igrzyska olimpijskie z perspektywą naszych na podium to pretekst w sam raz.

Kibic w kapciach

Tymczasem jednak w Polsce nad kibicami aktywnymi przeważają kibice w kapciach. Trudno się temu dziwić, bo być dziś kibicem w kapciach, to sama przyjemność. A jeszcze w połowie ubiegłego wieku kamery były na igrzyskach olimpijskich nieproszonym gościem. Gdy podczas ceremonii otwarcia igrzysk zimowych w Cortina d’Ampezzo w 1956 r. niosący znicz olimpijski łyżwiarz Guido Caroli potknął się o telewizyjny kabel i w efekcie wywrócił, szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Amerykanin Avery Brundage posiniał ze złości i wysyczał: „Przeżyliśmy 60 lat bez telewizji i przez następne 60 lat też sobie bez niej poradzimy”.

Nie wiedział, co mówi. Dziś stacje telewizyjne są głównym żywicielem MKOl. Za prawa do transmisji z igrzysk w Vancouver i w Londynie (2012) Europejska Unia Nadawców zapłaciła 600 mln euro, a amerykańska stacja NBC 2,2 mld dol. Telewizja płaci i wymaga. Biegacze narciarscy i biathloniści zostali wyciągnięci z lasów i teraz muszą ścigać się po dwu-, trzykilometrowych pętlach, z jak najczęstszą wizytą na stadionie. Niedawno program ich zawodów rozszerzono o sprint, który trafia w samo sedno gustów widza, bo dzieje się dużo, szybko i gwałtownie. W Vancouver zadebiutuje ski cross, czyli narciarski wyścig po zjazdowej trasie najeżonej przeszkodami. Kamera kocha takie konkurencje, ponieważ w kilkudziesięciosekundowym scenariuszu przewidziane są kraksy, upadki, przymusowe wizyty poza torem jazdy, co często wiąże się z nieoczekiwanym finałem za metą.

Poza tym kamera pokaże nam obraz z lotu ptaka, ujęcie z kasku alpejczyka mknącego w dół grubo ponad 100 km/h i drgające zmarznięte ręce składającego się do strzału biathlonisty, odprowadzi skoczka od belki startowej przez próg skoczni aż po lądowanie, zapewni widok na taflę hokejowego lodowiska z perspektywy bramkarza. A przy tym jeszcze wychwyci cały zestaw min i grymasów, które przypominają, że pod kombinezonami kryją się jednak ludzie, nie maszyny.

To wszystko wciska widza w fotel i wywołuje ciarki na plecach, a przy okazji igrzysk zapewnione są doznania w wersji XXL, bo na zawody te zjeżdżają się sportowcy z krwi i kości. Najlepsi z najlepszych. W trybiki olimpizmu dali się wciągnąć snowboardziści, swego czasu twardo odmawiający uczestnictwa z powodu typowej dla nich skłonności do chodzenia pod prąd. Na czas igrzysk urlop dostają hokeiści grający w najmocniejszej zawodowej lidze NHL, mężczyźni ponad normę zaspokojeni finansowo, a w pewnej części również zawodowo. Program startów w Pucharze Świata w biegach narciarskich i biathlonie najlepsi układają tak, by nie zakłócić przygotowań do igrzysk. Jeśli uznają, że trzeba zrezygnować, to rezygnują i jadą trenować albo odpocząć.

Trudno im się dziwić. Mistrzom olimpijskim stawia się pomniki, maluje na pocztowych znaczkach, mogą przebierać w reklamowych propozycjach. Cztery lata temu w Turynie Amerykanin Bode Miller, największy pyskacz wśród alpejczyków, próbował przekonać kolegów sportowców, by z tytułu mistrza olimpijskiego upuścić trochę powietrza, bo złote medale za często rodzą się z przypadku, ale nie znalazł zrozumienia. Czas zgasił w nim rewolucyjny zapał. Latem zeszłego roku Miller uznał, że córeczka już się dość nacieszyła tatą w domu i odkurzył narty, a z okazji powrotu przeprosił się nawet z przełożonymi i znów został członkiem rodzimej kadry alpejskiej. Wszystko dla igrzysk.

Kanada i reszta świata

Grono pięknoduchów narzeka wprawdzie, że coubertinowskie ideały zostały wyprzedane, a ludzie telewizji sprowadzili igrzyska na złą drogę. Na pewno coś w tym jest, ale pierwszym krokiem do zabicia bezinteresownej i czystej rywalizacji było wybudowanie na sportowych arenach trybun i wpuszczenie tam kibiców. Oni chcieli widzieć swoich bohaterów w pierwszej kolejności zwycięskich, walczących do ostatniej kropli potu, a dopiero po wszystkim ewentualnie wymieniających przyjazne gesty z rywalami.

Zawody sportowe są podlane sosem tradycji, kultury i historii ludzkości. Nie da się ich wyprać z emocji, choćby sami uczestnicy prosili, by nie robić z ich występu okazji do wyrównania rachunków albo leczenia kompleksów. Kanadyjczycy organizują igrzyska olimpijskie po raz trzeci, ale na poprzednich (Montreal 1976 r. – letnie i Calgary 1988 r. – zimowe) nie zdobyli ani jednego złotego medalu i najedli się wstydu. Więc teraz na przygotowania kanadyjskich sportowców poszło 110 mln dol., oszczędzano tylko w tych dyscyplinach, gdzie medalowych nadziei nie było, jak skoki narciarskie czy biathlon. Plan minimum to wyprzedzenie w ilości medali sąsiadów z południa. Podgrzewanie atmosfery już się zaczęło, bo Amerykanie głośno narzekają, że Kanadyjczycy bronią ich sportowcom dostępu do olimpijskich obiektów. Gospodarze odpowiadają swoją wersją przysłowia o złej baletnicy. Żaden z Kanadyjczyków nie dopuszcza też myśli, że ich drużyna może przegrać turniej hokejowy. W kraju, gdzie nie uganiać się za krążkiem po lodzie to wstyd, więcej mieszkańców przyznaje się do znajomości pieśni „The Hockey Song” niż hymnu narodowego, a godność hokeja została utrwalona stosownym obrazkiem na pięciodolarowym banknocie, cel może być tylko jeden. Cztery lata temu więcej było rozpaczy po ćwierćfinałowej porażce z Rosją niż radości po wszystkich medalach razem wziętych.

Norwegowie i Finowie jadą do Vancouver ratować narodowy honor po klęsce w Turynie. Reprezentacja tych pierwszych zdobyła tam tylko 2 złote medale, a tych drugich – żadnego. Solą w oku Rosjan jest to, że jeszcze nigdy w historii ich solistka nie została mistrzynią olimpijską w łyżwiarstwie figurowym. Tym razem los raczej się nie odwróci i nie pomoże nawet obiecane dla każdego rosyjskiego złotego medalisty 100 tys. euro i limuzyna. Dla Holendrów liczyć się będzie tylko przebieg wydarzeń na torze panczenistów. Najwięcej pomarańczowej nadziei spocznie na Svenie Kramerze, faworycie wyścigów długodystansowych. Jeden z jego sponsorów, producent energii firma Essent, obiecał wszystkim swoim klientom, którzy na specjalnej stronie internetowej zarejestrują się jako kibice Kramera, 50 euro zniżki od rachunków za każdy złoty medal przez niego zdobyty. To czysty marketing, ale z patriotycznym błyskiem.

My wstrzymamy oddech dla Justyny. Ona jeszcze dopisze do swojej legendy niejeden wątek, ale gdyby teoretycznie chciała ją zakończyć, niech to będzie zakończenie w hollywoodzkim stylu.

 

Biegi narciarskie Justyna Kowalczyk
15 lutego, 19:0015 lutego, 19:00 bieg na 10 km stylem dowolnym
17 lutego, 22:45 sprint (eliminacje od 19:45)
19 lutego, 22:00 bieg łączony (7,5 km stylem klasycznym + 7,5 km stylem dowolnym)
27 lutego, 20:45 bieg na 30 km stylem klasycznym

 

Biegi narciarskie Justyna Kowalczyk
15 lutego, 19:0015 lutego, 19:00 bieg na 10 km stylem dowolnym
17 lutego, 22:45 sprint (eliminacje od 19:45)
19 lutego, 22:00 bieg łączony (7,5 km stylem klasycznym + 7,5 km stylem dowolnym)
27 lutego, 20:45 bieg na 30 km stylem klasycznym

 

Skoki narciarskie Adam Małysz, Stefan Hula, Krzysztof Miętus, Łukasz Rutkowski, Kamil Stoch
13 lutego, 18:45 konkurs indywidualny na średniej skoczni
20 lutego, 20:30 konkurs indywidualny na dużej skoczni
22 lutego, 19:45 konkurs drużynowy

 

Snowboard Paulina Ligocka
19 lutego, 03:00 finał halfpipe (eliminacje od 21:30)

 

Łyżwiarstwo szybkie Katarzyna Bachleda-Curuś
14 lutego, 22:00 wyścig na 3000 m
22 lutego, 00:00 wyścig na 1500 m

 

Biathlon Tomasz Sikora
14 lutego, 20:15 sprint na 10 km
16 lutego, 21:45 bieg pościgowy na 12,5 km
18 lutego, 22:00 bieg indywidualny na 20 km
21 lutego, 19:45 bieg ze startu wspólnego na 15 km

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną