Vancouver: polska ekipa

Sztuka przegrywania
Gwiazdami polskiej ekipy w Vancouver byli tylko Justyna Kowalczyk i Adam Małysz, ale ciepłe słowa należą się też kilkorgu innym.
Biathlonistka Weronika Nowakowska - piąte miejsce
Jerzy Kleszcz/Newspix.pl

Biathlonistka Weronika Nowakowska - piąte miejsce

Saneczkarka Ewelina Staszulonek zajęła w konkurencji jedynek 8 miejsce
Jerzy Kleszcz/Newspix.pl

Saneczkarka Ewelina Staszulonek zajęła w konkurencji jedynek 8 miejsce

Fatum nad torem?
beltzner/Flickr CC by SA

Fatum nad torem?

Jakie tradycje, taki rekord. Cztery medale wystarczyły, by igrzyska olimpijskie w Vancouver stały się dla Polski udane jak żadne dotąd. Choć większość konkurencji, w których mogliśmy liczyć na medale, za nami, to może być jeszcze lepiej. Justynę Kowalczyk czeka w przedostatnim dniu igrzysk bieg na 30 km techniką klasyczną, a jeśli słuchać ludzi znających się na rzeczy, właśnie w tym biegu, jak w żadnym wcześniejszym, Polka ma prawo liczyć na złoto. Kowalczyk twierdzi wprawdzie, że czuje się spełniona, ponieważ przyjechała do Whistler po jeden medal, a ma już dwa. I niech nikogo nie zmylą łzy za metą piątkowego biegu łączonego, bo to nie była złość po przegranej, ale strach przed werdyktem szanownego jury, które łamało głowy nad tym, czy zabrać Polce brąz, bo przez kilka metrów na 15-kilometrowej trasie podbiegła nie tym stylem, co podręcznik nakazuje.

Kowalczyk zresztą płakała w Whistler nieraz; z nerwów przed startem albo ze strachu przed trasą, która dla części zawodniczek stała się szkołą przetrwania. Nie wiadomo, czy biegaczki często płaczą, bo w przeciwieństwie do Aleksandra Wierietielnego inni trenerzy nie dzielą się ze światem informacjami o tym, kiedy i z jakiego powodu ich podopieczne się rozklejają. Sprzedawany dotychczas obrazek Kowalczyk – kobiety twardej, hardej i zawziętej – trzeba więc odnosić przede wszystkim do jej charakterystyki jako biegaczki. Gdy się nie ściga, miewa napady paniki, marudzi ponad miarę, a jej nieustannych narzekań na trasy w Whistler słuchało się jak zdartej płyty.

Najwięcej goryczy w głosie Kowalczyk było, gdy mówiła o porażkach z Marit Bjoergen, od grudnia ubiegłego roku medycznie potwierdzonej astmatyczki. Obie panie za sobą nie przepadają. Norweżka wyjechała z poprzednich igrzysk w Turynie przed czasem, nie mogąc pogodzić się z tym, że trafiła na lepsze od siebie. Teraz bawi się z rywalkami, mija linię mety bez śladu zmęczenia i kiedy inne padają bez czucia na śnieg, ona uśmiechnięta pozuje do zdjęć. Kowalczyk z ironią mówiła o tym, że Bjoergen nie wygląda jak osoba schorowana, a w końcu astma to nie katar. Nasza najlepsza biegaczka żartowała, że u niej też przydałoby się zdiagnozować astmę, bo tylko wtedy, mając dostęp do tych samych leków co Bjoergen (astma uzasadnia podawanie sterydów), miałaby z nią równe szanse.

To niezupełnie tak. Leki dla astmatyków faktycznie znajdują się na liście środków zakazanych sportowcom, ale znalazły się tam przed laty, gdy stosowano je dożylnie lub domięśniowo. Aplikowane w tej formie są dopingiem, ale jako leki wziewne, a tak przyjmują je astmatycy, już nie. Na astmę cierpi około 5 proc. zawodowych sportowców; leki rozkurczają drogi oddechowe, ułatwiając przepływ powietrza do płuc. Sugestie Kowalczyk były więc pewnie przesadne.

Fala emocji

Pogodzić się z porażką to trudna sztuka. O ile robienie wielkiego halo z powodu astmy Bjoergen może wynikać z niewiedzy, to zamieszanie wokół wiązań Simona Ammanna było żenujące. Najbardziej gardłowali niepogodzeni z utratą lotności przez własnych zawodników Austriacy. Z polskiego obozu też dochodziły przebąkiwania o tym, że Szwajcar nie gra fair. Ale Adam Małysz pokazał klasę; słowem nie wspomniał o tym, że Ammann pokonał go dzięki cudownym wiązaniom, tylko przyznał to, co wszyscy widzieli – w takiej formie Szwajcar jest poza zasięgiem.

Oglądanie mistrza z Wisły jeszcze raz stało się przyjemnością w postaci czystej. Znów jest okazja, by mówić o fenomenie skoków narciarskich – dyscyplinie, której żaden kibic nie uprawia, ale wszyscy ją kochają, a kiedy Małysz szybuje po medale, to pod skocznię, nawet na końcu świata, zjeżdża Polska od Pcimia po Nowy Jork. Fala uczuć do Małysza znów wezbrała. Spieszmy się go kochać, bo wzruszeń i emocji w takich dawkach dał nam, być może, po raz ostatni. Choć z drugiej strony, po srebrnych medalach w obu olimpijskich konkursach cieszył się jak dziecko, lekko wskakiwał na podium, wyglądał, jakby odmłodniał o kilka lat.

Już dziś oczekuje się od niego deklaracji, że te igrzyska nie będą ostatnimi, że do Soczi pojedzie uzupełnić okazałą kolekcję o jedyną brakującą zdobycz – złoty medal olimpijski. Na razie mistrz wyznał, że przyszykuje się na przyszłoroczne mistrzostwa świata w Oslo, a prezes Apoloniusz Tajner obiecał, że zrobi wszystko, by trener Małysza Hannu Lepistoe propozycję przedłużenia umowy potraktował jako nie do odrzucenia.

Seria trudnych pytań

Medal miał też zdobyć Tomasz Sikora, ale znów się nie udało. Właściwie było jak zwykle – przegrywał na strzelnicy – z tą różnicą, że kiedyś wszystko diabli brali z reguły w ostatniej serii strzałów, a tym razem pudłował na początku. Sikora to człowiek do przesady skromny, pracowity, poświęcił biathlonowi więcej niż pół życia, ale niewiele dostał w zamian. Dla dzieci nie był nawet niedzielnym ojcem, żona wiodła życie słomianej wdowy. Ciężko będzie przekonać siebie samego do podjęcia kolejnych wyzwań.

Do Vancouver jechał pełen wiary, ale jeszcze raz musiał patrzeć, jak cieszą się inni. Na nic zdał się kolejny sezon przygotowań według autorskiego planu konsultowanego z trenerem Romanem Bondarukiem, na nic finansowanie z budżetu państwa, na nic szaleńcze pościgi na trasach. Przez lata kariery zyskał grono wiernych kibiców. Ich nerwy podczas każdego pobytu Sikory na strzelnicy wystawiane były na ciężką próbę, powody do radości mieli za rzadko, biorąc pod uwagę talent biathlonisty. Dziwne, że przez te wszystkie lata nikt nie wpadł na pomysł, by na stałe włączyć do sztabu kogoś, kto znalazłby sposób na skołatane nerwy Sikory. Bywało, że przegrywał na strzelnicy z wiatrem albo śniegiem, ale o wiele częściej przegrywał z samym sobą.

Teraz na serię trudnych pytań będzie musiał odpowiedzieć Bondaruk, któremu zarzuca się, że schowany za talentem Sikory zaniedbał wychowywanie następców. W pierwszym odruchu po porażkach Sikory Bondaruk powiedział: odchodzę, a razem ze mną trenerka dziewczyn Nadia Biełowa (są parą również prywatnie). Pracę w reprezentacji zaczynali 8 lat temu. Biełowa długo była w tym duecie numerem 2. W Whistler role się odwróciły, bo najwięcej powodów do radości dały jej dziewczyny. W biegu indywidualnym medal był tuż-tuż. Przed ostatnim strzelaniem Weroniki Nowakowskiej trudno było nie marzyć, bo w końcu sensacje to sól biathlonu. Ręka zadrżała jej raz, skończyło się na piątym miejscu, siódma była Agnieszka Cyl. Za metą Nowakowska uśmiechała się do kamer, medalu przesadnie nie żałowała i twierdziła, że zaskoczyła nawet siebie. Do tej pory korzyści z uprawiania biathlonu sprowadzały się dla dziewczyn do nierozłącznego z tą profesją wojskowego etatu. Dziś już wiedzą, jak to jest być między najlepszymi, i na pewno będą chciały przeżyć to jeszcze nieraz.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną