Trudna miłość, piękna miłość

Chodzi się dla kogoś
Prawdziwe uczucie może rozkwitać w każdym wieku i w każdym ciele. Również tym schorowanym.
Chorzy na SM Dorota i Jerzy mieszkają razem już 7 lat
Tadeusz Późniak/Polityka

Chorzy na SM Dorota i Jerzy mieszkają razem już 7 lat

Miłość i młodość – dwa wyrazy nierozłączne. Są w tej symbiozie uprawnione. Opisuje się je razem w niezliczonych wierszach. O miłości chorych i starszych wierszy się nie pisze. Nic takiego zdarzyć się nie może, myślą zwykle młodzi, ale także chorzy i starzy, którym brakuje odwagi.

W domu rodzinnym Jerzego wiszą na ścianie dwie podkowy. Taborowa z 1939 r., wyrób fabryczny, i XIX-wieczna – od razu widać, że robiona ręcznie, ma taką formę jak te, które łamał w rękach August Mocny. Jeśli chodzi o szczęście, są skuteczne. Jerzy wykopał je z ziemi chodząc z wykrywaczem metali, znalazł wtedy wiele militariów. Porozdawał, bo po co mu?

Drętwiała mu noga, niby nic wielkiego. Wreszcie zaczął nią powłóczyć coraz bardziej i bardziej. Lekarze stawiali różne diagnozy. Któryś w końcu powiedział, że to na pewno stwardnienie rozsiane, trzeba zrobić rezonans magnetyczny. I rzeczywiście – SM. Sclerosis multiplex.

Miał 42 lata. Renta. I koniec. Nie chce się ugotować obiadu, umyć, wyjść z domu. Właściwie po co dalej żyć? Dowiedział się o Ewie, też z chorobą taką jak jego. Mieszkała niedaleko. Zupełnie sama. Mógł do niej jeszcze jakoś dojść. Ewa chorowała dłużej niż on. Miała porażenie czterokończynowe. Odcięła się w proteście za swą krzywdę od świata. Odrętwiała i nikogo nie chciała widzieć, słyszeć, czuć. Pracownice z opieki społecznej myły ją, karmiły i ubierały w pampersy. Wychodziły. Przychodziły po to samo. Ewa obrosła w kokon. Pracownica sadzała Ewę na balkonie. Obok niej gołębica uwiła gniazdo i siedziała na jajkach. Ewa w ogóle jej nie przeszkadzała. Obie siedziały w zupełnej ciszy.

Jerzy zobaczył, że można całkiem uciec w siebie. Usiłował Ewę wyciągnąć z kokonu. Opowiadał o Kasi z gorszym stwardnieniem, bo bocznym zanikowym. Kasia miała porażone wszystko prócz powiek. Nie mówiła, oddychał za nią respirator. Mrugnięciami powiek pokazywała litery na wypisanym alfabecie. A jednak znalazła sponsora, który opłacił jej wyjazd do Indii do Ashramu, gdzie próbują przywrócić jej mowę. Można zaszyć się w kokon albo wyjechać do Ashramu.

Kokon nie był widocznie tak strasznie szczelny, bo w końcu Ewa wykręciła językiem numer telefonu Jerzego. Ale może było już za późno. Potem umarła.

Szczęście w sąsiednim pokoju

Obrosnąć w kokon jest łatwo. Kiedy zejdą się choroba i samotność bez wsparcia, mówi Jerzy, żywe jest pytanie, po co? Człowiek coraz bardziej się w nie obsuwa. Żona już dawno Jerzego opuściła. Miała jakieś swoje powody. Nie utrzymuje z nim kontaktu. Ich córka też nie, co bardzo go boli.

Jerzego dopadła ciężka depresja. W zdrowiu był nauczycielem, uczył w szkole zawodowej rzemiosł metalowych. Uczniowie go lubili. I nawzajem. Miał pełno znajomych, przyjaciół, jeździł na wycieczki, spływy kajakowe, wolne fajne życie. I krach. Już bez zdarzeń i przypadków. Koniec.

Po raz pierwszy i jedyny dotąd w życiu pojechał do Konstancina na rehabilitację. Dorota też pierwszy i jedyny. Dano im sąsiednie pokoje. Dorota jeszcze trochę chodziła. Prosił, żeby wstała z łóżka i próbowała iść korytarzem o kulach, a on będzie jej pomagał, bo póki można, trzeba chodzić za wszelką cenę. Czasem wyjeżdżali na spacer do parku. W Konstancinie widział ją ciągle zapłakaną. Dorota tego nie pamięta. W jaki sposób poznała swego męża – też nie.

Jerzy wybiera tylko dobre zdarzenia i opowiada, kiedy i jak się im przytrafiły, a gorsze zostawia w jej niepamięci. Na przykład to bardzo dobre, kiedy Dorota leciała samolotem. Paweł Althamer, do którego Dorota jeździ na rehabilitacyjne zajęcia lepienia z gliny, załatwił grupie przelot nad Warszawą. Naprawdę latałam? – dziwi się Dorota.

Dorota utraciła pamięć po ostatnim, czwartym ataku padaczki, która zjawiła się do kompletu z SM kilka lat temu. Jest pewnie pourazowa – od tego, gdy upadła na rehabilitacji i uderzyła się w głowę. Jerzy strasznie się boi, że atak się powtórzy. Nie może często w nocy spać ze strachu i nadsłuchuje, jak ona oddycha – normalnie czy nie.

Po ostatnim radzono, by umieścił ją w jakimś ośrodku na stałe. Bo długo leżała w szpitalu i nie poznawała go. Ale nawet jeśli dostałaby porażenia rąk i nóg, założy drabinki, będzie utrzymywał higienę, poradzą sobie. Nigdy nigdzie jej nie odda.

Wyjaśnia Dorocie, dlaczego w Konstancinie ciągle płakała. Bo mąż jej nie chciał. To akurat Dorota umie sobie przypomnieć, długą pamięć ma lepszą od krótkiej. Kiedy mąż się z nią żenił, jeszcze normalnie chodziła. Była ładna. Ale że choruje na SM, wiadomo było od 14 roku życia. Zaczęło się od pogorszenia wzroku, jak u wielu z tą chorobą. Na maturze już miała problemy z ładnym, równym pisaniem.

Urodziła syna. Kiedy miał 10 lat, już była na wózku. Mąż poznał inną kobietę. Nie wywoził Doroty do parku, który był tuż obok, czego Jerzy nie rozumie. Odsunął się.

Matka Doroty już nie żyła. Miała po rozwodzie drugiego męża, była ładna, zdrowa i pracowała w dobrym zawodzie krawcowej. Wszystko miała, co potrzebne do życia, a jednak je sobie odebrała. Jakby bez powodu, mówi Dorota, może dlatego, że nie mogła powiedzieć tego, co ja mogę o sobie – że życie tak dobrze mi się układa. Kiedy wrócili do siebie – Dorota do męża, a Jerzy do swego domu, który ma po ojcu – Dorota do niego zadzwoniła i sobie rozmawiali. Raz powiedziała, że chce go odwiedzić.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną