DEBATA: Ksiądz, powołanie i seks

Gdy zdradza ksiądz
Łamanie celibatu, pedofilia, kryptohomoseksualizm – Watykan ma rosnący problem z aktywnością seksualną księży. Kościołowi grozi kryzys wiarygodności na niespotykaną skalę.
Katarzyna Mała/Forum

Podczas wizyty na Malcie Benedykt XVI spotkał się z ofiarami pedofilii duchownych
Alessandro Bianichi/Reuters/Forum

Podczas wizyty na Malcie Benedykt XVI spotkał się z ofiarami pedofilii duchownych

Polityka.pl

Sanctitati et veritati – świętości i prawdzie – tak brzmi hasło Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Niewiele ponad rok temu profesor tego wydziału Józef Baniak, wybitny socjolog religii, a przy tym człowiek mający opinię przykładnego katolika, opowiedział gazetom o wynikach swoich ostatnich badań. Sondaż na reprezentatywnej grupie polskich księży wykazał, że ponad połowa chciałaby założyć rodziny, a 12 proc. żyje w stałych związkach. W Poznaniu zawrzało. Rada Wydziału Teologicznego, w której zasiada 22 księży profesorów, urządziła debatę „o postawie i poglądach” Baniaka, niewiele później on sam musiał przenieść się na Wydział Nauk Społecznych. Dlaczego? Profesor, który od 25 lat bada byłych księży, tym razem dotknął tabu: seksualności czynnych kapłanów. Prawda musiała ustąpić miejsca świętości.

Nie inaczej było osiem lat temu, gdy Poznaniem wstrząsnął skandal z molestowaniem kleryków przez abp. Juliusza Paetza. Dla wielu równie wielkim szokiem było to, co nastąpiło później: Paetz pozostał w kurii jako arcybiskup senior, a ks. prof. Tomasz Węcławski, który doprowadził do jego ustąpienia, musiał pożegnać się z funkcją dziekana Wydziału Teologicznego UAM. W 2007 r. porzucił stan duchowny, rok później wystąpił także z Kościoła katolickiego. Dziś nazywa się Tomasz Polak, ale jego kłopoty bynajmniej się nie skończyły: we wrześniu ubiegłego roku senat UAM odmówił powołania go na kierownika Pracowni Pytań Granicznych, którą Polak sam wcześniej stworzył. Teologowie nie życzyli sobie, by placówką państwowej uczelni kierował jawny apostata, a co dopiero były ksiądz, który ośmielił się jeszcze ożenić.

Kościół instytucjonalny mści się i zastrasza, bo nie chce publicznej dyskusji na temat seksualności księży. Ale ta dyskusja już się toczy, głównie za sprawą samych duchownych. Łamanie celibatu, kryptohomoseksualizm, wreszcie ujawniane w kolejnych krajach afery pedofilskie – to, co do niedawna uchodziło za wewnętrzne problemy duchowieństwa, dziś zajmuje świeckich, opinię publiczną, władze państwowe, a niekiedy organy ścigania. Żadne z tych zjawisk nie jest nowe, występują wśród kleru jak w każdej grupie społecznej. Nowa jest swoboda, z jaką się o nich mówi, a w konsekwencji coraz wyraźniejsza przepaść między teorią a praktyką celibatu i rażąca sprzeczność między restrykcyjną etyką seksualną, jaką duchowni narzucają świeckim, a rozluźnieniem obyczajów w ich własnych szeregach. Wierni, także w Polsce, stawiają sobie pytania.

Kryzys na tle seksualności duchownych godzi w filary Kościoła instytucjonalnego. W formację, bo podważa system kształcenia księży oparty na represji popędu seksualnego i obietnicy wywyższenia kapłana ponad wiernych. W hierarchię, bo kwestionuje racjonalność celibatu, na którym opiera się władza biskupów nad księżmi. W doktrynę, bo pokazuje, że nauczanie Kościoła nie ogarnia ludzkiej seksualności, co widać najlepiej w zmaganiach Watykanu z homoseksualizmem księży. Wreszcie w autorytet, bo w sprawie pedofilii władze kościelne, z papieżem na czele, stanęły po stronie sprawców zamiast ofiar. Kościół instytucjonalny wszedł w głęboki kryzys wiarygodności, za który płaci dziś uczciwa większość księży – na każdego kapłana pada dziś podejrzenie, że i on mógł w przeszłości tuszować przestępstwa seksualne na nieletnich.

Plastyczny kleryk

Do polskich seminariów diecezjalnych zgłosiło się w ubiegłym roku 687 kandydatów na księży. To 40 proc. mniej niż przed pięcioma laty, choć pod względem powołań Polska wciąż plasuje się w europejskiej czołówce. Na różnych latach studiuje 3732 kleryków, kolejnych 1630 w seminariach zakonnych. Z tych, którzy rozpoczęli naukę w ubiegłym roku, około połowa nie dotrwa do święceń kapłańskich, pozostali podczas sześcioletnich studiów nauczą się wszystkiego, co będzie im potrzebne w zawodzie księdza: filozofii, teologii, historii Kościoła, psychologii, a także liturgii, przemawiania, pisania kazań, śpiewu, spowiadania i prowadzenia parafii. Równolegle będą rozeznawać powołanie kapłańskie i pogłębiać wiarę pod okiem ojców duchownych i spowiedników. Rozwój duchowy i intelektualny – to dwa główne wymiary kształcenia seminaryjnego.

Ale oprócz powołania i umysłu alumn przynosi do seminarium także swoją cielesność, w tym seksualność – w wypadku dziewiętnastolatka rzadko dojrzałą, najczęściej niezintegrowaną z innymi wymiarami osobowości. Dlatego wszyscy klerycy przechodzą na wejściu badania psychologiczne. – Ich celem jest wykrycie psychopatologii i ewentualnych deficytów rozwojowych – mówi ks. Jacek Prusak, jezuita i psychoterapeuta. – Jeśli patologie są na poziomie chorobowym, kandydat nie jest przyjmowany. Jeśli ma deficyty, powstaje pytanie, czy w seminarium da się je wyrównać. Wyniki badań na polskich klerykach są objęte tajemnicą, ale według różnych studiów zagranicznych, cytowanych przez Prusaka, od 60 do 80 proc. kandydatów na księży to osoby niedojrzałe osobowo i emocjonalnie. Reszta dzieli się mniej więcej po równo – na ludzi w pełni dojrzałych i tych wykazujących patologie.

Niedojrzałość to jeden z powodów, dla których zagraniczne seminaria rzadko przyjmują alumnów tuż po maturze – niektóre zakony wręcz wymagają, by kandydaci najpierw ukończyli studia, popracowali, zebrali doświadczenia życiowe, także osobiste. W Polsce z racji dużej liczby powołań wciąż łączy się przygotowanie do kapłaństwa ze studiami – w czasach PRL możliwość zdobycia wykształcenia była dodatkowym motorem powołań. Dziś diecezje często wysyłają kleryków na wydział teologiczny miejscowego uniwersytetu, a samo seminarium jest przede wszystkim miejscem formacji – zajmuje się nie tyle kształceniem, ile kształtowaniem osobowości przyszłych kadr kościelnych. A tutaj wiek odgrywa kluczową rolę. – Jeśli ktoś ma 25 lat, to już nie jest tak plastyczny – wyjaśnia ks. prof. Grzegorz Ryś, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie.

Kleryków obowiązują ścisłe nakazy obyczajowe. Od wstąpienia do seminarium nie wolno uprawiać seksu, po święceniach diakońskich na piątym roku niedozwolona jest także masturbacja. W pierwszych dwóch latach przełożeni wykazują większą wyrozumiałość – jeśli alumn zgrzeszył przeciw czystości, ale rokuje dobrze na innych polach, mogą dać mu drugą szansę, niekiedy kierują na urlop pastoralny. Od diakona wymaga się już takiej samej wstrzemięźliwości jak od kapłana, a spowiednik, któremu wyzna akt seksualny, ma obowiązek nakazać mu wystąpienie z seminarium. Jeśli diakon to zignoruje lub zatai sam grzech, późniejsze święcenia mogą być nieważne. – Do kapłaństwa w Kościele rzymskim może aspirować tylko ten, kto odkrył w sobie charyzmat celibatu – mówi ks. Ryś.

Według Kościoła, celibat nie jest bowiem zakazem, tylko darem Ducha Św. Jezus wprawdzie o nim nie wspomniał, a wszyscy apostołowie poza Janem byli żonaci, mimo to dzisiejszy Kościół wymaga od księży, by dobrowolnie wyrzekali się małżeństwa i seksu, a potem się z tego cieszyli, traktując tę decyzję jako dowód swojego oddania Bogu. – Miarą tego, że kleryk odkrył celibat jako dar, jest to, że potrafi za niego dziękować – wyjaśnia Ryś. Brzmi pięknie, ale teologizacja celibatu maskuje jego opresyjny charakter. Kleryk ma odnaleźć w sobie łaskę od Boga, czytaj: jeśli nie zapanuje nas swoim popędem, nie nadaje się na kapłana. Co gorsza, z tym wyzwaniem zostaje najczęściej sam i w praktyce kończy się na tym, że tłumi popęd albo wypiera całą swoją seksualność. – Do celibatu trzeba nauczyć się żyć. A tego nie nauczy samo seminarium – mówi Prusak.

Modlitwa i cnota

W sześcioletnim programie nauczania klerycy nie mają żadnych zajęć na temat przeżywania seksualności w warunkach celibatu. Na ostatnim roku przez jeden semestr uczą się tzw. medycyny pastoralnej, ale jak sama nazwa wskazuje, przedmiot ma pomagać w duszpasterstwie, więc wykłady na temat seksualności skupiają się na problemach wiernych. Nawet gdyby dotyczyły księży, na pomoc jest już za późno – kto zaszedł tak daleko, nauczył się już tłumić popęd i radzi sobie z celibatem zapewne najlepiej w całym swoim życiu kapłańskim. Na pragnienia cielesne klerycy dostają jedną praktyczną radę: modlitwę. Dzięki niej powołanie ma zostać rozniecone, a pożądanie wygaszone. – Językiem artykulacji popędu staje się obyczaj religijny, sam kleryk ma przez sześć lat stać się aseksualny – mówi Tadeusz Bartoś, były dominikanin, dziś profesor Akademii Humanistycznej w Pułtusku.

Kłopoty zaczynają się po święceniach. Po rygorach seminarium młodzi księża diecezjalni trafiają do parafii, gdzie cieszą się znaczną swobodą osobistą. Wracają też do świata świeckich, gdzie granice między kapłaństwem a laikatem bywają zatarte, a ksiądz jest nieustannie konfrontowany ze swoim wyborem, w tym także z decyzją o bezżeństwie. Dla zakonników sytuacja jest nieco prostsza: wspólnota klasztorna przypomina tę z seminarium, świat świeckich zostaje za murem. Dla obu grup silnym nowym przeżyciem jest samotność, której nie było w seminarium. Według badań prof. Józefa Baniaka, połowa polskich księży przeżywa kryzys tożsamości kapłańskiej, a przebudzenie wypartej lub stłumionej wcześniej seksualności odgrywa w nim istotną rolę.

Księża lubią mówić, że złamanie celibatu oznacza tak naprawdę słabość wiary – jakby seks duchownych wynikał z niedostatku powołania i nie miał związku z samym celibatem. Badania prof. Baniaka wywołały burzę, bo zadają kłam tej tezie. Owszem, jako wiodące źródło swoich kryzysów kapłańskich księża podają przyczyny religijno-kościelne – na czele z zaniedbywaniem spowiedzi (73,3 proc. wskazań) oraz modlitwy i brewiarza (68,4 proc.). Ale niemal równie ważne są przyczyny świeckie, wśród których siedem najczęściej wymienianych ma związek z celibatem. Są to: trwałe relacje seksualne z kobietami (79,1 proc.), trwałe więzi uczuciowe (74,4 proc.), chęć posiadania rodziny (70,4 proc.), chęć posiadania dzieci (67,2 proc.), brak uzdolnień do celibatu (64,8 proc.), niechęć do niego (63,9 proc.), wreszcie lęk przed samotnością (63,7 proc.).

Trud życia w celibacie obnaża niedojrzałość psychoseksualną. – Ksiądz o skonsolidowanej osobowości wie, jak ma się odnosić do kobiet i mężczyzn, nie zakłada kółek modlitewnych z myślą o gratyfikacji własnych potrzeb – mówi ks. Prusak. Sami kapłani uważają, że zbyt bliskie kontakty ze świeckimi są ryzykowne; „kto stroni od braci, ten cnotę traci” – głosi księżowskie powiedzenie. Obok wyjściowej dojrzałości na zdolność do trwania w bezżeństwie wpływa także rozwój osobowości już w czasie posługi. Bywa, że ksiądz szczerze i dojrzale wybrał celibat, ale z czasem z niego wyrasta. Na zrzucenie sutanny lub habitu nie decydują się wcale najbardziej grzeszni, tylko najbardziej samodzielni spośród księży – z tej perspektywy widać najlepiej, jak obowiązkowy celibat hamuje rozwój osobowości księży, a potem skłania do trwania w obłudzie.

Pani na plebanii

Według oficjalnych danych, szeregi polskiego duchowieństwa opuszcza ok. 70 księży rocznie. Nieoficjalnie – dwa, trzy razy więcej. Na każdy głośny przypadek, o którym słyszeliśmy w ostatnich latach, przypada kilkadziesiąt odejść cichych. Te głośne są motywowane konfliktami z władzą kościelną lub wewnętrznym sprzeciwem wobec nauczania Kościoła, ale po fakcie okazuje się często, że w tle był także związek z kobietą. W przypadku odejść cichych mało kto sięga po argumenty filozoficzno-teologiczne – pod bramą klasztoru lub parafii czeka narzeczona, poczęcie dziecka przyspiesza często decyzję o wystąpieniu. W obu grupach trafiają się oczywiście księża, którzy podejmują ten krok z przyczyn niezwiązanych z celibatem – bo nie znajdują dla siebie miejsca w Kościele instytucjonalnym lub stracili powołanie.

Większość księży łamiących celibat pozostaje jednak w Kościele. Jedni próbują odnowić swoje śluby lub przyrzeczenia czystości, nieraz z dobrym skutkiem, inni z rozmysłem lub z bezsilności prowadzą podwójne życie. W małych miejscowościach częstym zjawiskiem są półjawne konkubinaty księży z gospodyniami albo samotnymi parafiankami. Miejscowi o tych związkach zwykle wiedzą, ale dopóki proboszcz czy wikary jest ceniony jako duszpasterz, może robić, co chce – wierni będą tolerować, niekiedy nawet aprobować jego zachowanie, a biskup przymknie oko, jeśli ksiądz jest dyskretny i nie gorszy wiernych. W dużych miastach o prywatność jest znacznie łatwiej. Według respondentów prof. Baniaka, 12 proc. polskich księży żyje w stałych związkach, a 30 proc. samych sondowanych przyznało się do przelotnych kontaktów seksualnych.

Co na to Kościół? Nic. Po święceniach księdzu nie grozi już usunięcie ze stanu duchownego, biskup lub prowincjał może go za karę najwyżej przenieść, by oddalić od kobiety. Z grzechu przeciw czystości kapłan może się wyspowiadać – księża lubią porównywać go do zdrady małżeńskiej, powszechnej przecież wśród świeckich. Kościół ma też sprawdzone sposoby radzenia sobie ze skutkami „zdrad” kapłańskich. Jeśli ksiądz spłodzi dziecko, biskup radzi często: płacić alimenty, ojcostwa nie uznawać. Zakony mają w budżetach wydzielone fundusze na utrzymanie potomstwa współbraci. Wszystko po to, by ułatwić księdzu decyzję o pozostaniu, a tym samym uniknąć ewentualnej szkody dla wizerunku kleru. Kościół nazywa to górnolotnie „ratowaniem kapłaństwa”, choć świeckiego w podobnej sytuacji nakłaniałby do szybkiego ślubu.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną