Społeczeństwo

Gdy zdradza ksiądz

DEBATA: Ksiądz, powołanie i seks

Katarzyna Mała / Forum
Łamanie celibatu, pedofilia, kryptohomoseksualizm – Watykan ma rosnący problem z aktywnością seksualną księży. Kościołowi grozi kryzys wiarygodności na niespotykaną skalę.
Podczas wizyty na Malcie Benedykt XVI spotkał się z ofiarami pedofilii duchownychAlessandro Bianichi/Reuters/Forum Podczas wizyty na Malcie Benedykt XVI spotkał się z ofiarami pedofilii duchownych
Polityka.pl

Sanctitati et veritati – świętości i prawdzie – tak brzmi hasło Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Niewiele ponad rok temu profesor tego wydziału Józef Baniak, wybitny socjolog religii, a przy tym człowiek mający opinię przykładnego katolika, opowiedział gazetom o wynikach swoich ostatnich badań. Sondaż na reprezentatywnej grupie polskich księży wykazał, że ponad połowa chciałaby założyć rodziny, a 12 proc. żyje w stałych związkach. W Poznaniu zawrzało. Rada Wydziału Teologicznego, w której zasiada 22 księży profesorów, urządziła debatę „o postawie i poglądach” Baniaka, niewiele później on sam musiał przenieść się na Wydział Nauk Społecznych. Dlaczego? Profesor, który od 25 lat bada byłych księży, tym razem dotknął tabu: seksualności czynnych kapłanów. Prawda musiała ustąpić miejsca świętości.

Nie inaczej było osiem lat temu, gdy Poznaniem wstrząsnął skandal z molestowaniem kleryków przez abp. Juliusza Paetza. Dla wielu równie wielkim szokiem było to, co nastąpiło później: Paetz pozostał w kurii jako arcybiskup senior, a ks. prof. Tomasz Węcławski, który doprowadził do jego ustąpienia, musiał pożegnać się z funkcją dziekana Wydziału Teologicznego UAM. W 2007 r. porzucił stan duchowny, rok później wystąpił także z Kościoła katolickiego. Dziś nazywa się Tomasz Polak, ale jego kłopoty bynajmniej się nie skończyły: we wrześniu ubiegłego roku senat UAM odmówił powołania go na kierownika Pracowni Pytań Granicznych, którą Polak sam wcześniej stworzył. Teologowie nie życzyli sobie, by placówką państwowej uczelni kierował jawny apostata, a co dopiero były ksiądz, który ośmielił się jeszcze ożenić.

Kościół instytucjonalny mści się i zastrasza, bo nie chce publicznej dyskusji na temat seksualności księży. Ale ta dyskusja już się toczy, głównie za sprawą samych duchownych. Łamanie celibatu, kryptohomoseksualizm, wreszcie ujawniane w kolejnych krajach afery pedofilskie – to, co do niedawna uchodziło za wewnętrzne problemy duchowieństwa, dziś zajmuje świeckich, opinię publiczną, władze państwowe, a niekiedy organy ścigania. Żadne z tych zjawisk nie jest nowe, występują wśród kleru jak w każdej grupie społecznej. Nowa jest swoboda, z jaką się o nich mówi, a w konsekwencji coraz wyraźniejsza przepaść między teorią a praktyką celibatu i rażąca sprzeczność między restrykcyjną etyką seksualną, jaką duchowni narzucają świeckim, a rozluźnieniem obyczajów w ich własnych szeregach. Wierni, także w Polsce, stawiają sobie pytania.

Kryzys na tle seksualności duchownych godzi w filary Kościoła instytucjonalnego. W formację, bo podważa system kształcenia księży oparty na represji popędu seksualnego i obietnicy wywyższenia kapłana ponad wiernych. W hierarchię, bo kwestionuje racjonalność celibatu, na którym opiera się władza biskupów nad księżmi. W doktrynę, bo pokazuje, że nauczanie Kościoła nie ogarnia ludzkiej seksualności, co widać najlepiej w zmaganiach Watykanu z homoseksualizmem księży. Wreszcie w autorytet, bo w sprawie pedofilii władze kościelne, z papieżem na czele, stanęły po stronie sprawców zamiast ofiar. Kościół instytucjonalny wszedł w głęboki kryzys wiarygodności, za który płaci dziś uczciwa większość księży – na każdego kapłana pada dziś podejrzenie, że i on mógł w przeszłości tuszować przestępstwa seksualne na nieletnich.

Plastyczny kleryk

Do polskich seminariów diecezjalnych zgłosiło się w ubiegłym roku 687 kandydatów na księży. To 40 proc. mniej niż przed pięcioma laty, choć pod względem powołań Polska wciąż plasuje się w europejskiej czołówce. Na różnych latach studiuje 3732 kleryków, kolejnych 1630 w seminariach zakonnych. Z tych, którzy rozpoczęli naukę w ubiegłym roku, około połowa nie dotrwa do święceń kapłańskich, pozostali podczas sześcioletnich studiów nauczą się wszystkiego, co będzie im potrzebne w zawodzie księdza: filozofii, teologii, historii Kościoła, psychologii, a także liturgii, przemawiania, pisania kazań, śpiewu, spowiadania i prowadzenia parafii. Równolegle będą rozeznawać powołanie kapłańskie i pogłębiać wiarę pod okiem ojców duchownych i spowiedników. Rozwój duchowy i intelektualny – to dwa główne wymiary kształcenia seminaryjnego.

Ale oprócz powołania i umysłu alumn przynosi do seminarium także swoją cielesność, w tym seksualność – w wypadku dziewiętnastolatka rzadko dojrzałą, najczęściej niezintegrowaną z innymi wymiarami osobowości. Dlatego wszyscy klerycy przechodzą na wejściu badania psychologiczne. – Ich celem jest wykrycie psychopatologii i ewentualnych deficytów rozwojowych – mówi ks. Jacek Prusak, jezuita i psychoterapeuta. – Jeśli patologie są na poziomie chorobowym, kandydat nie jest przyjmowany. Jeśli ma deficyty, powstaje pytanie, czy w seminarium da się je wyrównać. Wyniki badań na polskich klerykach są objęte tajemnicą, ale według różnych studiów zagranicznych, cytowanych przez Prusaka, od 60 do 80 proc. kandydatów na księży to osoby niedojrzałe osobowo i emocjonalnie. Reszta dzieli się mniej więcej po równo – na ludzi w pełni dojrzałych i tych wykazujących patologie.

Niedojrzałość to jeden z powodów, dla których zagraniczne seminaria rzadko przyjmują alumnów tuż po maturze – niektóre zakony wręcz wymagają, by kandydaci najpierw ukończyli studia, popracowali, zebrali doświadczenia życiowe, także osobiste. W Polsce z racji dużej liczby powołań wciąż łączy się przygotowanie do kapłaństwa ze studiami – w czasach PRL możliwość zdobycia wykształcenia była dodatkowym motorem powołań. Dziś diecezje często wysyłają kleryków na wydział teologiczny miejscowego uniwersytetu, a samo seminarium jest przede wszystkim miejscem formacji – zajmuje się nie tyle kształceniem, ile kształtowaniem osobowości przyszłych kadr kościelnych. A tutaj wiek odgrywa kluczową rolę. – Jeśli ktoś ma 25 lat, to już nie jest tak plastyczny – wyjaśnia ks. prof. Grzegorz Ryś, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie.

Kleryków obowiązują ścisłe nakazy obyczajowe. Od wstąpienia do seminarium nie wolno uprawiać seksu, po święceniach diakońskich na piątym roku niedozwolona jest także masturbacja. W pierwszych dwóch latach przełożeni wykazują większą wyrozumiałość – jeśli alumn zgrzeszył przeciw czystości, ale rokuje dobrze na innych polach, mogą dać mu drugą szansę, niekiedy kierują na urlop pastoralny. Od diakona wymaga się już takiej samej wstrzemięźliwości jak od kapłana, a spowiednik, któremu wyzna akt seksualny, ma obowiązek nakazać mu wystąpienie z seminarium. Jeśli diakon to zignoruje lub zatai sam grzech, późniejsze święcenia mogą być nieważne. – Do kapłaństwa w Kościele rzymskim może aspirować tylko ten, kto odkrył w sobie charyzmat celibatu – mówi ks. Ryś.

Według Kościoła, celibat nie jest bowiem zakazem, tylko darem Ducha Św. Jezus wprawdzie o nim nie wspomniał, a wszyscy apostołowie poza Janem byli żonaci, mimo to dzisiejszy Kościół wymaga od księży, by dobrowolnie wyrzekali się małżeństwa i seksu, a potem się z tego cieszyli, traktując tę decyzję jako dowód swojego oddania Bogu. – Miarą tego, że kleryk odkrył celibat jako dar, jest to, że potrafi za niego dziękować – wyjaśnia Ryś. Brzmi pięknie, ale teologizacja celibatu maskuje jego opresyjny charakter. Kleryk ma odnaleźć w sobie łaskę od Boga, czytaj: jeśli nie zapanuje nas swoim popędem, nie nadaje się na kapłana. Co gorsza, z tym wyzwaniem zostaje najczęściej sam i w praktyce kończy się na tym, że tłumi popęd albo wypiera całą swoją seksualność. – Do celibatu trzeba nauczyć się żyć. A tego nie nauczy samo seminarium – mówi Prusak.

Modlitwa i cnota

W sześcioletnim programie nauczania klerycy nie mają żadnych zajęć na temat przeżywania seksualności w warunkach celibatu. Na ostatnim roku przez jeden semestr uczą się tzw. medycyny pastoralnej, ale jak sama nazwa wskazuje, przedmiot ma pomagać w duszpasterstwie, więc wykłady na temat seksualności skupiają się na problemach wiernych. Nawet gdyby dotyczyły księży, na pomoc jest już za późno – kto zaszedł tak daleko, nauczył się już tłumić popęd i radzi sobie z celibatem zapewne najlepiej w całym swoim życiu kapłańskim. Na pragnienia cielesne klerycy dostają jedną praktyczną radę: modlitwę. Dzięki niej powołanie ma zostać rozniecone, a pożądanie wygaszone. – Językiem artykulacji popędu staje się obyczaj religijny, sam kleryk ma przez sześć lat stać się aseksualny – mówi Tadeusz Bartoś, były dominikanin, dziś profesor Akademii Humanistycznej w Pułtusku.

Kłopoty zaczynają się po święceniach. Po rygorach seminarium młodzi księża diecezjalni trafiają do parafii, gdzie cieszą się znaczną swobodą osobistą. Wracają też do świata świeckich, gdzie granice między kapłaństwem a laikatem bywają zatarte, a ksiądz jest nieustannie konfrontowany ze swoim wyborem, w tym także z decyzją o bezżeństwie. Dla zakonników sytuacja jest nieco prostsza: wspólnota klasztorna przypomina tę z seminarium, świat świeckich zostaje za murem. Dla obu grup silnym nowym przeżyciem jest samotność, której nie było w seminarium. Według badań prof. Józefa Baniaka, połowa polskich księży przeżywa kryzys tożsamości kapłańskiej, a przebudzenie wypartej lub stłumionej wcześniej seksualności odgrywa w nim istotną rolę.

Księża lubią mówić, że złamanie celibatu oznacza tak naprawdę słabość wiary – jakby seks duchownych wynikał z niedostatku powołania i nie miał związku z samym celibatem. Badania prof. Baniaka wywołały burzę, bo zadają kłam tej tezie. Owszem, jako wiodące źródło swoich kryzysów kapłańskich księża podają przyczyny religijno-kościelne – na czele z zaniedbywaniem spowiedzi (73,3 proc. wskazań) oraz modlitwy i brewiarza (68,4 proc.). Ale niemal równie ważne są przyczyny świeckie, wśród których siedem najczęściej wymienianych ma związek z celibatem. Są to: trwałe relacje seksualne z kobietami (79,1 proc.), trwałe więzi uczuciowe (74,4 proc.), chęć posiadania rodziny (70,4 proc.), chęć posiadania dzieci (67,2 proc.), brak uzdolnień do celibatu (64,8 proc.), niechęć do niego (63,9 proc.), wreszcie lęk przed samotnością (63,7 proc.).

Trud życia w celibacie obnaża niedojrzałość psychoseksualną. – Ksiądz o skonsolidowanej osobowości wie, jak ma się odnosić do kobiet i mężczyzn, nie zakłada kółek modlitewnych z myślą o gratyfikacji własnych potrzeb – mówi ks. Prusak. Sami kapłani uważają, że zbyt bliskie kontakty ze świeckimi są ryzykowne; „kto stroni od braci, ten cnotę traci” – głosi księżowskie powiedzenie. Obok wyjściowej dojrzałości na zdolność do trwania w bezżeństwie wpływa także rozwój osobowości już w czasie posługi. Bywa, że ksiądz szczerze i dojrzale wybrał celibat, ale z czasem z niego wyrasta. Na zrzucenie sutanny lub habitu nie decydują się wcale najbardziej grzeszni, tylko najbardziej samodzielni spośród księży – z tej perspektywy widać najlepiej, jak obowiązkowy celibat hamuje rozwój osobowości księży, a potem skłania do trwania w obłudzie.

Pani na plebanii

Według oficjalnych danych, szeregi polskiego duchowieństwa opuszcza ok. 70 księży rocznie. Nieoficjalnie – dwa, trzy razy więcej. Na każdy głośny przypadek, o którym słyszeliśmy w ostatnich latach, przypada kilkadziesiąt odejść cichych. Te głośne są motywowane konfliktami z władzą kościelną lub wewnętrznym sprzeciwem wobec nauczania Kościoła, ale po fakcie okazuje się często, że w tle był także związek z kobietą. W przypadku odejść cichych mało kto sięga po argumenty filozoficzno-teologiczne – pod bramą klasztoru lub parafii czeka narzeczona, poczęcie dziecka przyspiesza często decyzję o wystąpieniu. W obu grupach trafiają się oczywiście księża, którzy podejmują ten krok z przyczyn niezwiązanych z celibatem – bo nie znajdują dla siebie miejsca w Kościele instytucjonalnym lub stracili powołanie.

Większość księży łamiących celibat pozostaje jednak w Kościele. Jedni próbują odnowić swoje śluby lub przyrzeczenia czystości, nieraz z dobrym skutkiem, inni z rozmysłem lub z bezsilności prowadzą podwójne życie. W małych miejscowościach częstym zjawiskiem są półjawne konkubinaty księży z gospodyniami albo samotnymi parafiankami. Miejscowi o tych związkach zwykle wiedzą, ale dopóki proboszcz czy wikary jest ceniony jako duszpasterz, może robić, co chce – wierni będą tolerować, niekiedy nawet aprobować jego zachowanie, a biskup przymknie oko, jeśli ksiądz jest dyskretny i nie gorszy wiernych. W dużych miastach o prywatność jest znacznie łatwiej. Według respondentów prof. Baniaka, 12 proc. polskich księży żyje w stałych związkach, a 30 proc. samych sondowanych przyznało się do przelotnych kontaktów seksualnych.

Co na to Kościół? Nic. Po święceniach księdzu nie grozi już usunięcie ze stanu duchownego, biskup lub prowincjał może go za karę najwyżej przenieść, by oddalić od kobiety. Z grzechu przeciw czystości kapłan może się wyspowiadać – księża lubią porównywać go do zdrady małżeńskiej, powszechnej przecież wśród świeckich. Kościół ma też sprawdzone sposoby radzenia sobie ze skutkami „zdrad” kapłańskich. Jeśli ksiądz spłodzi dziecko, biskup radzi często: płacić alimenty, ojcostwa nie uznawać. Zakony mają w budżetach wydzielone fundusze na utrzymanie potomstwa współbraci. Wszystko po to, by ułatwić księdzu decyzję o pozostaniu, a tym samym uniknąć ewentualnej szkody dla wizerunku kleru. Kościół nazywa to górnolotnie „ratowaniem kapłaństwa”, choć świeckiego w podobnej sytuacji nakłaniałby do szybkiego ślubu.

 

Księga Gomory

Z homoseksualizmem księży Kościół boryka się dłużej, niż istnieje celibat. Kontakty płciowe między mężczyznami piętnują już penitencjały staroirlandzkie, a w XI w. św. Piotr Damian pisze „Liber Gomorrhianus”, traktat moralny przeciw homoseksualizmowi duchownych. W dziele tym, adresowanym do papieża, charyzmatyczny zakonnik z Italii wylicza po kolei różne rodzaje stosunków, do każdego podając odpowiednią karę. Leon IX zaleceń nie przyjął, jak się przypuszcza dlatego, że „grzech przeciw naturze” był już wśród kleru zbyt powszechny. Wskazuje na to list św. Anzelma z Canterbury, który po ogłoszeniu w 1102 r. ciężkich sankcji dla księży współżyjących z mężczyznami kazał spowiednikom nakładać je z umiarem, bo „mało kto się tego grzechu wstydzi”. Sam Anzelm zasłynie z na wpół miłosnych listów do diakonów.

Dziś osoby nieżyczliwe Kościołowi mówią, że jest on największą organizacją gejowską na świecie. Pogląd ten można by obalić, gdyby Kościół zechciał ujawnić choćby zbiorcze wyniki badań na klerykach – tyle że odsetek gejów wśród księży dla wielu i tak byłby nie do przyjęcia. Poza tym obnażyłby hipokryzję Kościoła w walce z homoseksualizmem. Z braku całościowych statystyk jesteśmy zdani na wycinkowe badania socjologów i szacunki psychologów. Richard Sipe, były benedyktyn i terapeuta duchownych z 30-letnim doświadczeniem, szacuje odsetek gejów wśród amerykańskich księży na 30 proc., wśród biskupów na 50 proc. W Polsce o szacunki pokusił się tylko prof. Baniak, który mówi o 20–30 proc. Nawet u nas nadreprezentacja jest więc wysoka, zważywszy, że odsetek osób orientacji homoseksualnej w społeczeństwie ocenia się na 2–3 proc.

Zakaz wyświęcania kobiet w połączeniu z obowiązkowym celibatem stworzył społeczność, która w naturalny sposób przyciąga gejów. Nie chodzi o banalną obietnicę życia wśród mężczyzn, raczej o drogę życiową, która pozwoli stłamsić odrzucaną seksualność. Dla wierzącego homoseksualisty, który słyszy, że spełnienie jego pragnień jest grzechem, celibat może wydawać się najlepszym sposobem na „zagospodarowanie” swojej orientacji albo związanej z nią niepewności. Dwuznaczną rolę odgrywają tu grupy ministranckie. – Dla  homoseksualnej młodzieży całkowicie męskie środowisko może stanowić atrakcyjne miejsce, a wstąpienie do seminarium wydawać się naturalnym następstwem – mówi Bartoś. Nie oznacza to, że powołanie tych kleryków jest nieszczere, ale bywa podszyte lękiem przed własną tożsamością seksualną.

Gej w krypcie

Księża geje przyrzekają celibat tak samo jak heterycy i podobnie jak oni niekiedy go łamią. Tu zaczynają się jednak różnice: ponieważ seks między mężczyznami jest w Kościele tak silnie piętnowany, księża uprawiają go w głębokiej konspiracji, często we własnym gronie. W rezultacie, jeśli cokolwiek wychodzi na jaw, to przypadki skandalizujące – jak zdjęcia z austriackiego seminarium Sankt Pölten, na których przełożeni całowali się z klerykami, czy wynurzenia prałata watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa, któremu włoska telewizja podstawiła męską prostytutkę. Wstyd i zakłamanie sprzyjają kulturze tuszowania kompromitujących sytuacji, szantażom i chorym zależnościom w łonie hierarchii kościelnej, czego ilustracją był choćby finał sprawy Paetza. – Problemem jest kryptohomoseksualizm księży, okłamywanie samych siebie i otoczenia – mówi ks. Prusak.

Według Sipe’a, wewnętrzna kultura kleru sprzyja też tzw. homoseksualizmowi sytuacyjnemu. – Bywa, że młody mężczyzna, często z żarliwym powołaniem, trafia w środowisko praktykujące homoseksualizm i sam w niego popada, choć jest heteroseksualistą – mówi amerykański terapeuta. – Podobne zjawisko obserwuje się w więzieniach i w armii. To wszystko nie oznacza bynajmniej, że księża geje są bardziej rozwiąźli – według badań amerykańskich, odsetek homoseksualistów, którzy łamią celibat, jest taki sam jak u heteroseksualistów i wynosi ok. 20 proc. U niektórych jedyną formą aktywności jest homoerotyzm, zapatrzenie w innych mężczyzn, np. braci zakonnych, w najlepszym razie platoniczny związek, wyrażający się poufałą przyjaźnią. Wielu przestrzega celibatu w całej rozciągłości. Nie zmienia to faktu, że odsetek gejów wśród kleryków rośnie.

Tendencje i lęki

To jeden z powodów, dla których w 2005 r. Kongregacja ds. Wychowania Katolickiego wydała specjalną instrukcję, nakazującą usuwać z seminariów osoby z „głęboko zakorzenionymi tendencjami homoseksualnymi”, a te z „lękami homoseksualnymi” kierować na terapię i również usuwać, jeśli lęki nie ustąpią w ciągu dwóch lat. Kościół potwierdził tym samym, że nie uznaje homoseksualizmu za możliwą orientację dojrzałego człowieka, a jedynie za niewłaściwą ścieżkę rozwoju heteroseksualnego, z której można zawrócić na jasny szlak ku małżeństwu lub kapłaństwu. Stanowisko to pokazuje bezradność doktrynalną Kościoła wobec ludzkiej seksualności: zamiast rewidować nauczanie w obliczu ustaleń nauki, Watykan dyskryminuje kandydatów na księży, a wyświęconych gejów spycha w jeszcze głębsze podziemie, utrwalając zakłamanie i wynikające z niego patologie.

Stopień ignorancji Watykanu w dziedzinie seksuologii ilustruje fakt, że zakaz przyjmowania gejów do seminariów miał być remedium na pedofilię duchownych. Od dekady Kościołem wstrząsają doniesienia o rozpowszechnionym, seryjnym wykorzystywaniu dzieci przez księży. Chronologia ujawniania skandali odpowiada pozycji Kościoła w poszczególnych krajach: zaczęło się w 2002 r. od purytańskiej Ameryki, gdzie katolicyzm jest mniejszościowym wyznaniem, dalej była katolicka, ale też anglosaska Irlandia, dziś ujawniają się ofiary w protestanckich Niemczech. Wyjąwszy pojedyncze przypadki, kryzys omija dotychczas tradycyjne bastiony Kościoła jak Włochy czy Hiszpania – mimo że od wieków działają tam szkoły katolickie, główne miejsce popełniania przestępstw na nieletnich, jak wynika z dotychczas ujawnionych skandali. Wybuch kolejnych jest zatem tylko kwestią czasu.

Skala już znanych jest zatrważająca. Tylko w USA w latach 1950–2002 diecezjom zgłoszono 10 667 przypadków wykorzystywania dzieci przez księży. W Irlandii, gdzie państwo i Kościół zawarły zbiorową ugodę z ofiarami, wypłacono odszkodowania 12 tys. osób. W Niemczech w ciągu dwóch miesięcy ujawniło się już 250 ofiar, w Holandii – 200, w Szwajcarii – 60, w Belgii – 30. Wszystkie mówią o tym samym: gwałtach, masturbowaniu, zmuszaniu do masturbacji, seksu oralnego i analnego. Większość zgłoszeń dotyczy przestępstw sprzed 20–30 lat – tyle czasu zajęło ofiarom uporanie się z traumą, przełamanie poczucia wstydu i winy zaszczepionej przez księży, wreszcie przedarcie się do organów ścigania nieskorych do zadzierania z Kościołem. Często tylko po to, by usłyszeć od prokuratora, że sprawa uległa przedawnieniu albo sprawca od kilku lat nie żyje.

Pedofilii nie dopuszczają się siwi, niedołężni księża, których kojarzymy ze skandalami w Bostonie czy Dublinie. Molestowali jako młodzi wikariusze krótko po seminarium – w Stanach większość sprawców zaczynała krzywdzić w ciągu pięciu lat od święceń. 80 proc. amerykańskich ofiar to chłopcy – ale nie dlatego, że pedofile byli homoseksualni, jak chce Kościół, tylko dlatego, że do chłopców mieli ułatwiony dostęp i większą pewność, że będą oni milczeli ze wstydu. Pedofilia nie jest następstwem homoseksualizmu. Jej przyczyną jest zatrzymanie lub regres w rozwoju psychoseksualnym, który powoduje, że sprawca nie wykształca orientacji hetero- lub homoseksualnej. W kontaktach z dorosłymi może mieć preferencję dla mężczyzn lub kobiet – jak ks. Marcial Maciel Degollado, założyciel zakonu Legion Chrystusa, który gwałcił chłopców, żyjąc jednocześnie w konkubinatach z kobietami i płodząc z nimi dzieci.

 

Grzech zaniechania

Winą Kościoła nie jest to, że wśród księży znaleźli się pedofile (w USA ich odsetek jest niższy niż wśród nauczycieli), ale fakt, że hierarchia świadomie i metodycznie ukrywała ich działalność. Biskupi na całym świecie nie tylko nie zgłaszali przypadków molestowania na policję, ale rutynowo przenosili pedofilów z parafii do parafii, nie dbając nawet o to, by nie mieli styczności z dziećmi. Zaniechanie jest tym większe, że Kościół miał narzędzia, by rozprawić się z problemem. Księża podlegają sądom kościelnym, prawo kanoniczne zna przestępstwa seksualne na nieletnich, a zamiast więzień papież ma klasztory, do których może zsyłać grzeszników na dożywotnią pokutę – Benedykt XVI zrobił tak z ks. Macielem. Ale w ogromnej większości spraw nie wszczynano nawet procesów, zamiast tego kierując sprawców na terapię. A potem z powrotem do duszpasterstwa.

Priorytetem Kościoła nie było bowiem ukaranie winnych, tylko uniknięcie skandalu. Już w 1962 r. Watykan wydał tajną instrukcję „Crimen Sollicitationis” na temat postępowania z księżmi, którzy nakłaniali do seksu podczas sakramentu spowiedzi. Obok wyliczenia niezbędnych procedur dokument nakazuje objąć całe dochodzenie diecezjalne tzw. tajemnicą Świętego Officium, której złamanie grozi automatyczną ekskomuniką. W 2001 r. tamtą instrukcję uzupełniła nowa, „De delictis gravioribus”, wymagająca od biskupów, by sprawy o molestowanie przekazywali bezpośrednio do Kongregacji Nauki Wiary – tak zarządził jej ówczesny prefekt kard. Joseph Ratzinger. Wymogów tajności dopełniono w całej rozciągłości, za to w wydalaniu księży Watykan był nad wyraz powściągliwy i łaskawy nawet dla zatwardziałych pedofilów. Także za pontyfikatu Jana Pawła II.

Jeszcze w 1996 r. do biura Ratzingera trafiły dwa listy arcybiskupa Milwaukee w sprawie ks. Lawrence’a Murphy’ego, który w latach 60. i 70. wykorzystał co najmniej 34 chłopców w szkole dla głuchoniemych w Wisconsin. Kardynał na listy nie odpowiedział. Arcybiskup wszczął proces, ale w 1998 r. Kongregacja zaleciła, by postępowanie umorzyć i nie usuwać Murphy’ego ze stanu duchownego. Na 3 tys. spraw, jakie spłynęły do Watykanu od 2001 r., aż 60 proc. zakończyło się w podobny sposób. Tylko w 20 proc. przypadków wszczęto procesy, w 10 proc. papież osobiście wydalił sprawcę ze stanu duchownego, w pozostałych 10 z kapłaństwa zrezygnował sam oskarżony. Pod koniec kwietnia jedna z ofiar Murphy’ego złożyła w amerykańskim sądzie pozew przeciwko Benedyktowi XVI, inne chcą, by zeznawał na procesach jako świadek.

Benedykta XVI chroni immunitet dyplomatyczny głowy państwa Watykan, ale nic nie zwalnia go z moralnej odpowiedzialności za tuszowanie pedofilii. Świeccy zostali zgorszeni najpierw postępowaniem sprawców, potem postawą hierarchów z papieżem na czele, niezdolnych do elementarnej empatii dla ofiar i refleksji nad własną rolą w skandalu. Sam Ratzinger zawiódł podwójnie: jako urzędnik kurii rzymskiej, odpowiedzialny za wyjaśnienie afer, i jako przywódca Kościoła instytucjonalnego, tak bardzo dotknięty oskarżeniami pod swoim adresem, że niezdolny do zaprowadzenia porządku we własnym domu. Podczas wizyty na Malcie Benedykt XVI spotkał się z ofiarami pedofilii duchownych, ale opinia publiczna oczekuje czegoś więcej niż wspólnej modlitwy z pokrzywdzonymi i wezwania Kościoła do pokuty – ujawnienia wszystkich starych i nowych przypadków pedofilii.

Nawet naprawa krzywd nie rozwiąże jednak zasadniczego problemu, przed którym stoi dziś papież: co zrobić z seksualnością duchownych? Tak jak nie da się dłużej udawać, że wśród księży nie było pedofilów, tak też nie sposób trwać w obłudzie na temat celibatu duchownych ani twierdzić, że w Kościele nie ma gejów. Księża mają popęd seksualny, wielu go zaspokaja, a wypieranie tego pierwszego i zakazywanie drugiego jest nie tylko krzywdzące dla kapłanów, ale także niebezpieczne dla samego Kościoła. Pojmowanie seksualności w kategoriach grzechu i domniemanie, że można ją kontrolować za pomocą modlitwy i zakazów, uczyniło z Kościoła instytucję obsesyjnie skupioną na seksie. Świeccy od tej obsesji już się uwolnili, ale teraz mści się ona na duchownych, a konsekwencją mnożących się skandali jest brutalna desakralizacja kapłaństwa i gwałtowny spadek zaufania do Kościoła.

Wielu powie, że Kościół przechodził już nie takie kryzysy, a bywały okresy, kiedy rozwiązłość kleru sięgała apartamentów papieskich. To prawda, ale jeszcze nigdy samoświadomość laikatu nie była tak wysoka, a władza świecka nie miała tak mocnych argumentów, by wpływać na Kościół z zewnątrz. To ona robi dziś porządek w Kościele instytucjonalnym, publikując raporty z nadużyć w irlandzkich diecezjach, przeczesując niemieckie klasztory w poszukiwaniu dziecięcej pornografii czy rekwirując grunty amerykańskich diecezji na poczet odszkodowań dla ofiar molestowania. Połączona presja opinii publicznej i rządów zmusza papieża do przyjmowania dymisji biskupich, które w innych warunkach być może by odrzucił – Waltera Mixy z Augsburga, pierwszego niemieckiego biskupa mianowanego przez Benedykta XVI, który jako ksiądz parafialny bił dzieci z sierocińca, czy Rogera Vangheluwe z Brugii, który przyznał się do molestowania chłopca.

Reformacja kobiet

Co dalej? Zniesienie obowiązkowego celibatu księży brzmiałoby mądrze, gdyby było wykonalne. A nie jest, bo na bezżeństwie opiera się władza kościelna – nie bez powodu jego największymi zwolennikami są hierarchowie. Jak wskazuje prof. Baniak, mają po temu co najmniej trzy powody. Po pierwsze, instytucjonalny: księży z rodzinami nie można by już arbitralnie przenosić z parafii do parafii, co pozwala biskupom zarządzać diecezjami i dyscyplinować księży. Po drugie, finansowy: dopuszczenie małżeństw księży znacząco podniosłoby koszty ich utrzymania i zmusiło Kościół do wypłacania stałych pensji. Jest jeszcze trzeci powód, doktrynalny: jeśli Watykan zniósłby obowiązkowy celibat, z czasem musiałby zrewidować poglądy na seksualność człowieka, a przecież na tym polu toczy dziś największe batalie moralne. Wszystko razem zakrawałoby na drugą reformację.

Tymczasem w Watykanie nie ma nawet klimatu do zwołania soboru. Króluje mentalność oblężonej twierdzy, przekonanie, że hierarchia musi bronić status quo, a kryzys wystarczy przeczekać. Gesty papieża zdają się wymuszone, kroki prawne i decyzje personalne spóźnione co najmniej o kilka lat. Za Benedykta XVI do przełomu nie dojdzie – będziemy raczej świadkami gwałtownej laicyzacji świeckich i nowej fali odejść ze stanu kapłańskiego.

Najwyraźniej tak głęboki kryzys jest konieczny, by Kościół instytucjonalny zebrał siły do wewnętrznej odnowy. Kluczem do niej nie jest jednak samo zniesienie celibatu, lecz dopuszczenie do kapłaństwa kobiet – tylko one mogą przełamać paternalizm władzy kościelnej, mafijną solidarność hierarchów i zinstytucjonalizowaną pogardę dla świeckich, która pozwoliła na tak absurdalny krok, jak tuszowanie pedofilii księży dla dobra Kościoła.

 

Kobiety i kryzys

Świeckie przyczyny kryzysu tożsamości kapłańskiej polskich księży (w proc. wskazań, można było wskazać kilka przyczyn)

Trwałe stosunki seksualne z kobietami 79,1
Trwałe więzi uczuciowe z kobietami 74,4
Chęć posiadania rodziny 70,4
Chęć posiadania dzieci 67,2
Brak uzdolnień do celibatu 64,8
Lęk przed samotnością 63,7
Alkoholizm i pijaństwo 63,4
Wygodnictwo życiowe 63,2
Laicki styl życia 62,2
Poczucie bezsensu życia 60,5
Homoseksualizm księży 58,4

Źródło: Józef Baniak, "Źródła i przyczyny kryzysu tożsamości kapłańskiej księży rzymskokatolickich w Polsce", 2009 r.

Geje w sutannach

Szacowany odsetek homoseksualistów wśród księży

USA 30–50 proc.
Polska 20–30 proc.

Źródła: Richard Sipe, Józef Baniak

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną