Społeczeństwo

Krucjata dziecięca

Pomoc dla ofiar rodzinnej przemocy

Erwin Wodicka / PantherMedia
Czy nowa ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie wystarczy, by odmienić życie krzywdzonym i krzywdzącym?

Mama Patryka: nie może się podnieść. Leży w ubraniu, milczy, naciągnęła na głowę koc. Za oknem poranne słońce, sąsiad z bloku remontuje skuter, wyje silnik. Na stole dwie szklanki herbacianych fusów z nocy. Mama siedziała wujkowi na kolanach, Patryk miał iść się pobawić na dwór. Teraz chłopiec rozpędza się, wskakuje na łóżko, mama nic. Bije ją pięścią w plecy. Czeka, mama nic. Okłada ją, tłucze seriami, klnie, opada z sił, siedzi zgarbiony. Za oknem ryczy skuter. Patryk ma siedem lat, świeżą bliznę w kształcie siódemki na czole. Mówi, że skakał z chłopakami z pomostu, było za płytko. Wtedy przez kilka dni mama przytulała Patryka, a pogrzebacz gdzieś się zapodział.

Szpital dziecięcy: na oddziale ratunkowym młyn, dwieście przypadków na dobę. Grypa ciężkiego przebiegu, upojenie alkoholowe, dzieciak z wypadku, dzieciak po prochach. Obojętny, niedożywiony, pobity, zgwałcona. Przy dzieciach krzywdzonych lekarze powinni wypełniać niebieskie formularze, żeby był ślad w ewidencji, że pacjent przemocowy, a potem dowód dla sądu. A na ratunkowym wszystko biegiem, skowyczą karetki, ciągle przywożą zagrożone życia. Niebieski formularz układali psychologowie bez doświadczenia szpitalnego. Wystarczyłoby kilka dni pobiegać korytarzem oddziału ratunkowego, w tym młynie, między dziećmi wrzeszczącymi i ospałymi, między płaczem i awanturą rodziców, przeziębieniem, ambulatorium a stołem chirurgicznym.

Niebieski formularz ma cztery strony, nie ma na niego czasu i warunków. Zdaniem lekarzy procedury powinny być proste: karetka przywozi dziecko przemocowe, od razu uruchamia się szpitalna komórka złożona z ludzi wyspecjalizowanych w postępowaniu z takimi dziećmi. Rozmawiają z dzieckiem, badają, dzwonią po policję, zawiadamiają sąd rodzinny, który natychmiast startuje swoje procedury. Ktoś przecież musi zdecydować, czy dziecko wraca do domu, czy jedzie do placówki opiekuńczej. Ogniwa współpracują, każde ogniwo zna swoje zadanie. Tak jest w cywilizowanym świecie, w Polsce nie.

Jest gwałt: Kinga nie skończyła piętnastu lat, przestępstwo będzie ścigane z urzędu. Zaczyna się loteria telefoniczna, lekarz dzwoni na policję zgłosić gwałt i zastanawia się, kto przyjedzie radiowozem. Czasem przyjeżdżają policjanci rutynowo fachowi, a czasem policyjna histeria. Czy to nowy nabór, czy nie mają pieniędzy na szkolenia? – zastanawiają się lekarze. Kiedyś policjant idzie korytarzem oddziału pediatrycznego i z daleka krzyczy, że mu głowę zawracają gwałtem na nielatce, podczas gdy on ma zgłoszenie o poćwiartowanych zwłokach.

Policja wiezie Kingę do centrum miasta, do innego szpitala, do ginekologa. Potem radiowóz odwozi dziewczynkę z powrotem do dziecięcego, na kolejne badania. Należy jak najszybciej zrobić testy na zapalenie wątroby i HIV, ale potrzeba do tego zgody opiekunów Kingi. Poza tym takie testy robią w szpitalu w innej dzielnicy. Lekarz z dziecięcego dzwoni spytać, czy tam przyjmą. Telefon zajęty, dyżurny telefonista przywalony robotą, karetki mu wyją, ludzie mu płaczą, normalna noc na mieście. Więc na komórkę do znajomego lekarza, nie odbiera, pewnie biega po ratunkowym, a telefon zostawiony w dyżurce.

Kinga powinna już rozmawiać z psychologiem w specjalnym niebieskim pokoju, wyciszać się. Mają takie pokoje organizacje pozarządowe, niektóre komisariaty i kilka szpitali w Polsce. Ale szpitale mają rzadko, akurat ten dziecięcy szpital nie ma. Wreszcie lekarz z innej dzielnicy odbiera telefon, zalatany, dyżur ma, ruch ogromny. To może chociaż tamten szpital przyśle leki dla Kingi do dziecięcego? Tak, to niech zamówią karetkę przewozową i przyślą formularz z badania ginekologicznego, karetka wróci z lekami. U dyspozytora karetek telefon wiecznie zajęty. A zresztą okazuje się, że policjanci nie wzięli tego formularza z badania ze szpitala w centrum, bo nie wiedzieli. Tylko Kingę przywieźli. Już pojechali.

Fundacja Mederi: dwa pokoiki kątem w wielkim szpitalu, stare meble od darczyńcy, komputery też z odzysku. Fundacja zajmuje się krzywdzonymi dziećmi, mówią tu: interesuje nas dziecko i rodzina na tle dziecka. Uzależnienia wśród dzieci, patologia społeczna, dzieci niepełnosprawne, zespół dziecka krzywdzonego.

Fundację założyło w 2003 r. dwoje lekarzy, prawnik z urzędu miasta i dyżurant z telefonu zaufania dla ludzi z problemem alkoholowym. W środowisku lekarskim dużo się wtedy mówiło, że instytucje mające pomagać krzywdzonym dzieciom nie potrafią zgrać swoich działań. Nie tworzą żadnej sieci, ich pomoc jest doraźna i albo ginie w stercie papierów, albo nie pozostaje po niej ślad. Lekarze różnych specjalności znajdowali u badanych dzieci oznaki krzywdzenia, zgłaszali to sądom rodzinnym, ale nigdy nie dostawali stamtąd informacji zwrotnej. Potem, zdarzało się, widzieli te same dzieci przywożone na oddział ratunkowy jeszcze kilka razy.

Do białostockiego szpitala mały pacjent wracał w coraz gorszym stanie, aż w końcu nie dało się go odratować. Tamtejszy lekarz własnymi siłami założył wtedy niebieski pokój. Ale frustracja, codzienny młyn na ratunkowym może równie dobrze powodować zobojętnienie, mówią lekarze. To zależy od człowieka: jeden będzie wciąż alarmował sądy rodzinne o przemocy wobec dziecka, a inny uzna, że to bez sensu, nie wpisze do karty podejrzeń o przemoc i odeśle dziecko do domu. Krzywdzone dziecko, któremu się nie pomaga, mówią w fundacji Mederi, wszędzie potem prezentuje zachowania dziecięcej traumy, wypada z systemu, w którym powinni z nim wspólnie pracować psycholog, pedagog, lekarz i nauczyciel. A w dorosłym życiu z ofiary często wyrasta oprawca.

Fundacja działa w ramach ekonomii społecznej, zwanej też gospodarką obywatelską: zyski z realizowanych programów społecznych przeznacza na kolejne programy. Wszyscy pracują tu w wolontariacie, tylko pani z sekretariatu jest na półetacie płaconym przez urząd miasta, drugie pół etatu to prywatne pieniądze członków zarządu. Mederi chciałaby powołać do życia centra diagnozy i terapii – miejsca, gdzie profesjonalnie zajmowano by się dziećmi z przemocy. Pomoc interdyscyplinarna, jak chce nowa ustawa: obdukcja, psycholog, pomoc medyczna, a wreszcie niepodważalny przez sprawcę przemocy protokół do sądu. Interdyscyplinarnie powinny współpracować: Narodowy Fundusz Zdrowia, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwo Sprawiedliwości, mogłyby się składać na przykład na tworzenie niebieskich pokojów w szpitalach.

 

Mama Krzysia: wpadła kiedyś w heroinę, teraz jest w terapii metadonowej, przez rok nie wychodziła z domu. Wstydziła się, bała, że ludzie będą ją oceniać. Krzyś bawił się sam, mama nie umiała z nim rozmawiać, nie miała siły. Psycholożka mówi, że mama nie rozumiała własnych potrzeb i emocji, nie potrafiła nawet ich nazwać, więc jak miała rozmawiać z dzieckiem? Pani psycholog jest wolontariuszką w programie fundacji Mederi o nazwie Maminki, chodzi do domów mam samotnie wychowujących dzieci, ocierających się o patologię. Rodziny do programu wybrał Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej. Psycholożka pamięta pierwszą wizytę u mamy Krzysia, weszła i mówi: wychodzimy. Mama zaprotestowała, nie pójdzie. Tak, wychodzimy, powtórzyła pogodnie psycholożka, mam zaplanowany spacer z panią.

Teraz już mama Krzysia mniej boi się przestrzeni. Na spotkaniach Maminek okazało się, że Krzyś potrafi się bawić z innymi dziećmi, nawiązuje kontakt, była z niego dumna. I tylko raz, gdy w sklepie głośno domagał się lizaka, rozglądała się z lękiem, czy ludzie nie oceniają jej jako złej matki. W programie Maminki są też alkoholiczki z dziećmi i panie, których dzieci wychowują się w domach dziecka. Po zakończeniu programu mogą przychodzić na spotkania Grup Rozwoju Osobistego Mam, skrót od tej nazwy bardzo się mamom podoba, bo niesie w sobie jakąś siłę.

Przemoc: jeszcze parę lat temu lekarze stwierdzali ją u małych pacjentów najczęściej. Teraz rodzice, nawet z rodzin dysfunkcyjnych, już się zorientowali, że za bicie dzieci można iść do więzienia – teraz zdecydowanie najwięcej jest psychicznej przemocy. Na drugim miejscu seksualna. Najbardziej narażone są dzieci najmłodsze, często trudno do nich dotrzeć, zamykają się w sobie. Psycholog rozmawia z dziećmi powyżej 5 roku życia. Agresja w zachowaniu i w słowach bywa znakiem, że w domu przemoc. Dzieci są inteligentne i podłapują brzydkie słowa, ale jeśli nie używa się tych słów w domu na co dzień, szybko o nich zapominają. Kiedy mały człowiek często bywa świadkiem szarpanin, bicia, seksu – psycholog pozna to po słownictwie.

Ale system pomocowy jest dziurawy, powtarzają lekarze, brak jasnych procedur. Przemoc często wychodzi niespodziewanie, po kilku dniach w szpitalu, w czasie rutynowego badania, mówią lekarze z oddziału pediatrycznego szpitala dziecięcego. Oddział ma przeszklone ściany, jest jaśniej i przestrzenniej. Otwiera się także pole do obserwacji dla personelu szpitala, dla odwiedzających. Bywa, że rodzice zgłaszają lekarzom podejrzenia: widzą, jak ktoś za trzecią szklaną ścianą krzyczy na dziecko albo je szarpie. Nikt w ogóle dziecka nie odwiedza, dziecko nie ma żadnych badań robionych od urodzenia, jest zaniedbane. Albo przychodzą rodzice do szpitala w odwiedziny i siedzą przy łóżku, grając w gry na telefonach komórkowych, oglądając telewizję. Powinniśmy mieć dostęp do danych ośrodków pomocy, mówią lekarze. Przemoc jest wstydliwa: bywa, że w czasie badania matka odmawia zdjęcia dziecku rajstopek. Pod rajstopkami pręgi, rodzina ma kartotekę w pomocy społecznej, ma nawet kuratora, matka wstydziła się powiedzieć. To jest jak jakaś krucjata, mówią lekarze, ta walka z procedurami poprzemocowymi, z obojętnością instytucji.

Przed trzema laty ten szpital dziecięcy zgłosił do sądu rodzinnego 16 spraw krzywdzonych dzieci. Dwa lata temu zgłosił 23. A w tym roku, tylko do połowy czerwca, 20 spraw. A jedno dziecko przemocowe odesłane na dalsze leczenie do innego szpitala przepadło w systemie i nie można trafić na jego ślad od dwóch tygodni. Bo wszędzie młyn, karetki, ciągły ruch pacjentów, brak rejonizacji.

Mama Patryka: przyjeżdża wujek, brat mamy, zabiera Patryka do swojej rodziny. Wujek jest stanowczy, ustawia mamę Patryka do pionu. Siostrzeńca prowadzi do lekarza, blizna na czole chłopca pochodzi od cienkiego metalowego narzędzia. Drugi wujek, ten któremu mama siadywała na kolanach, a Patryk miał iść się pobawić, ma zarzut sądowy o znęcanie się nad dzieckiem. To on uderzył Patryka pogrzebaczem. Brat mamy występuje do sądu o opiekę nad siostrzeńcem. Mama Patryka dostaje nadzór kuratorski.

Tak było dwa lata temu: teraz mama Patryka chce odzyskać syna. Bardzo go kocha. Bardzo się czuje samotna. Jest po odwyku alkoholowym. Ma pracę w fabryce wafli tortowych. Bardzo się stara pozostać w pionie.

 

Wszystkie imiona zostały zmienione. Historia Patryka wydarzyła się we wsi niedaleko Olsztyna, pozostałe w Warszawie. Dziękuję za pomoc paniom: dr Joannie Cieleckiej-Kuszyk i Joannie Gasiuk-Barcellona z fundacji Mederi, dr Małgorzacie Zbroszczyk-Szczepaniak – ordynatorce oddziału pediatrii w szpitalu dziecięcym przy ul. Niekłańskiej w Warszawie, Agnieszce Popiołek – psycholożce realizującej program Maminki na warszawskiej Woli i innym lekarzom niewymienionym z nazwiska.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Destrukcyjne relacje w rodzinie

Poradnik dla skrzywdzonych przez rodziców.

Anna Tylikowska
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną