Rozmowa z prof. Ireną E. Kotowską

Demony demografii
O tym, czy Polacy muszą mieć więcej dzieci.
Bartłomiej Sadowski/Forum

Prof. Irena E. Kotowska
Tadeusz Późniak/Polityka

Prof. Irena E. Kotowska

Joanna Podgórska: – Coraz częściej mówi się o demograficznej apokalipsie. Reklamy społeczne przekonują, że jeśli nie zacznie się rodzić więcej dzieci, czeka nas poważny problem. Po co nam właściwie więcej dzieci?

Irena Kotowska: – Reklamy przejaskrawiają sprawę, bo muszą przyciągać uwagę. A po co nam dzieci? Mała liczba urodzonych dzieci to później mniej osób wchodzących na rynek pracy. W latach 90. w Polsce nastąpił bardzo silny spadek dzietności. Z drugiej strony, powojenny wyż zaczyna wkraczać w wiek poprodukcyjny, a więc nastąpi przyspieszenie procesu starzenia się ludności. Przewiduje się, że w Polsce w latach 2010–30 o 3,2 mln wzrośnie liczba ludzi w wieku poprodukcyjnym i mniej więcej o tyle samo spadnie liczba ludzi w wieku produkcyjnym. Udział osób w wieku powyżej 65 lat w całej populacji wzrośnie z obecnych 13 do 22 proc. To prowadzi do nierównowagi między populacją wytwarzającą dobra i usługi a populacją, która w tym nie uczestniczy bezpośrednio (dzieci i młodzież oraz osoby starsze). Sukces cywilizacyjny w postaci spadku umieralności i wydłużenia życia ludzkiego – a nie będziemy przecież postulować, żeby je skracać – musi znaleźć reakcję po stronie płodności, czyli odpowiedniej liczby urodzeń.

Czy to nie jest anachroniczne myślenie, że liczba ludności przekłada się na siłę państwa? Kiedyś państwo potrzebowało licznej armii, potem siły roboczej do fabryk. A dziś?

A dziś liczba ludności stanowi o popycie konsumpcyjnym napędzającym gospodarkę. Dlaczego w ogólnej grze ekonomicznej tak liczą się Indie i Chiny? Dlaczego tam kierowane są inwestycje? Bo to są ogromne rynki konsumenckie. Od wielkości populacji zależy też rola polityczna poszczególnych krajów w organizacjach międzynarodowych.

Ale przecież na świecie jest raczej odwrotnie: w bogatych państwach jest niski przyrost naturalny, a w biednych rodzi się dużo dzieci. W Indiach i Chinach, o których pani mówi, miliony ludzi żyją w skrajnej nędzy.

Oczywiście, na wielkość popytu wpływają także dochody obywateli. Przyrost naturalny jest silnie zróżnicowany między krajami i kontynentami, co wynika z różnic w poziomie umieralności i płodności. Generalnie przedmiotem troski demografów nie jest sama liczba ludności, tylko proporcje między pokoleniami. Że Polaków będzie mniej o 1,5 czy 2 mln, nie stanowi katastrofy przy populacji liczącej obecnie 38 mln. Obawiamy się raczej, że mniej liczne populacje młodych będą pracowały i funkcjonowały w społeczeństwie z bardzo liczną populacją osób starszych. Jeśli duża liczba osób ma korzystać z produktu wypracowanego przez małą liczebnie populację, silnik gospodarki może się zakrztusić.

Ale idea reformy emerytalnej jest taka, że sami wypracowujemy środki na własną starość.

Reforma polega na tym, że składki płacone w czasie aktywności zawodowej gwarantują dostęp do środków gromadzonych na kontach indywidualnych w momencie przejścia na emeryturę. Środki te są wykorzystywane do finansowania bieżących emerytur (konto zarządzane przez ZUS) bądź są inwestowane na rynkach finansowych (konto zarządzane przez towarzystwa emerytalne). Żeby ten system funkcjonował, gospodarka musi się rozwijać – kolejne pokolenia muszą wchodzić na rynek, wytwarzać produkt i płacić składki.

Tylko że u nas nie ma pracy dla młodych. Muszą emigrować.

To dwie różne sprawy. Chodzi o to, żeby były osoby, które mogą pracować. To, na ile istniejące zasoby pracy są wykorzystane, to inna kwestia. Ale niedobór osób, które mogą podjąć pracę, jest z ekonomicznego punktu widzenia gorszy niż ich nadmiar. By zastanawiać się nad efektywnością wykorzystania potencjału ludzkiego, musimy ten potencjał mieć. Stąd apel o więcej dzieci.

Wszystkie kraje europejskie mają jednak problem z wykorzystaniem młodych na rynku pracy. Czy apel: więcej młodych (a czy znajdą pracę, to już inna sprawa) nie brzmi trochę okrutnie?

Zgoda. Mówimy o demograficznym oddziaływaniu na wielkość zasobów pracy, a pomijamy stopień wykorzystania istniejącego potencjału, zwłaszcza osób młodych. Ich trudności ze znalezieniem pracy są istotną bolączką współczesnego rynku pracy. Sądzę, że zmniejszająca się liczba osób w wieku produkcyjnym zmusi gospodarki krajów europejskich do sięgania po rezerwy, a są nimi przede wszystkim osoby młode. Można więc spodziewać się wzrostu wskaźników zatrudnienia w tej grupie.

Przedstawiłam argumenty za zwiększeniem liczby dzieci, odwołujące się do skali makro. W skali mikro można patrzeć na dzieci jako na wartość samoistną – nadającą sens życiu rodziców przez tworzenie więzi emocjonalnych, przekazywanie własnego doświadczenia.

Jednak coraz więcej kobiet mówi: jedno dziecko wystarczy, by nadać życiu sens.

Oczywiście, i nie chcę oceniać wyborów poszczególnych osób. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że te indywidualne wybory wpływają na to, jak będziemy żyć w przyszłości i jak będą żyć nasze dzieci.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną