Rozmowa z prof. Michałem Głowińskim

Podwójne milczenie
Rozmowa o Holocauscie i homofobii.
Prof. Michał Głowiński
Leszek Zych/Polityka

Prof. Michał Głowiński

Michał (siedzi na schodach pierwszy z lewej) z rodzicami (mama Felicja stoi pierwsza z lewej, tato Henryk siedzi) przed domem w Pruszkowie, 1938 r.
Materiały prasowe/Wydawnictwo Literackie

Michał (siedzi na schodach pierwszy z lewej) z rodzicami (mama Felicja stoi pierwsza z lewej, tato Henryk siedzi) przed domem w Pruszkowie, 1938 r.

materiały prasowe

Joanna Podgórska: – Słowa: Żyd, gej, przestały już budzić lęk i poczucie wyobcowania?

Prof. Michał Głowiński: – I tak, i nie. Z głębokiego poczucia obcości wyrwałem się po przemianie ustrojowej w 1989 r. Wtedy zmieniła się nie tylko sytuacja polityczna, ale i egzystencjalna. Zaczęto mówić o sprawach, o których trudno było mówić w PRL. A to były akurat rzeczy dla mnie ważne. Oswojenie tematu żydowskiego pochodzenia nastąpiło szybciej. Napisałem na ten temat sporo wspomnień. Teraz, w dość późnym wieku, wydałem autobiografię, w której mówię także o mojej orientacji seksualnej. Dziś to się nazywa coming out, dla mnie to przezwyciężenie tego wyobcowania. W innej sytuacji, zwłaszcza o rzeczach ściśle prywatnych, bym nie pisał. Uznałem jednak, że jeśli chcę wydać książkę poważną i uczciwą, nie mogę na ten temat milczeć, bo to część mojej sytuacji życiowej.

W ciągu 20 lat w Polsce, gdy chodzi o obyczaje, sferę przyzwolenia, nastąpiła zmiana kolosalna. Może nie jest to jeszcze zmiana powszechna. Wystarczy wspomnieć symboliczną już panią minister Radziszewską, która wypowiada się tak, jakby nie rozumiała, w czym rzecz. Jest jak spadek z minionych lat, zabytek. Ale i tak jest lepiej niż za rządów PiS i LPR, gdy gejów zaczęto w Polsce traktować tak, jak przed wojną prawica w Polsce traktowała Żydów. Pisała o tym m.in. Agnieszka Graff. I myślę, że ta analogia jest trafna. Całą grupę społeczną traktuje się łącznie i mówi: patrzcie, jacy oni są ohydni. Można powiedzieć, że słowo Żyd staje się powoli wyrażeniem neutralnym. Słowo gej stanie się nim – miejmy nadzieję – w niedalekiej przyszłości.

W czasie wojny musiał pan ukrywać pochodzenie, bo to była gra o życie. Potem też, bo okazało się, że to wcale nie koniec antysemityzmu w Polsce.

Potem nie musiałem i nie ukrywałem. Nazwisko moje nie jest zmienione.

Ale wspomnienie dla Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu napisał pan pod pseudonimem.

To prawda, ale nie z obawy przed antysemityzmem. Obracam się w środowisku, w którym postawy antysemickie są niemożliwe. Większość moich kolegów i koleżanek wiedziała o moim pochodzeniu. To nie było żadną tajemnicą. Czasem może spotykałem się z niezrozumieniem, ale ono nie wynikało ze złej woli. Kiedy powiedziałem, że wciąż śnią mi się sytuacje z Holocaustu, jeden z bliskich kolegów wyśmiał mnie, że stylizuję się na „Sennik współczesny” Konwickiego. A mnie wciąż trudno było o tym mówić – stąd pseudonim. W sposób najzupełniej fizyczny drętwiał mi język. Wciąż był we mnie lęk. Przezwyciężyłem go między innymi dzięki temu, że żydowskie pochodzenie stało się tematem publicznej rozmowy.

W Polsce Ludowej każdego roku obchodziło się rocznicę powstania w getcie warszawskim, co polegało na tym, że mówiono, jak dzielnie Polacy, a przede wszystkim polscy komuniści pomagali Żydom. I na tym się kończyło. Ludzie nic na te tematy nie wiedzieli, bo i skąd. To był temat przemilczany, z nielicznymi wyjątkami. Bo na przykład literatura polska na tematy zagładowe czy żydowskie jest ogromna i wysoce wartościowa. Działy się czasem rzeczy paradoksalne. Jedna z najwybitniejszych powieści o Holocauście, „Chleb rzucony umarłym” Bogdana Wojdowskiego, ukazała się trzy lata po Marcu ’68 w renomowanym wydawnictwie, jakim był PIW. Nie wszystko było zamknięte na kłódkę, ale rozmowa toczyła się półgębkiem i tylko w pewnych środowiskach.

W tej rozmowie pojawiały się sformułowania, które bezwiednie odkrywały funkcjonujące w społeczeństwie stereotypy. Sam pan wspomina, jak jedna ze znajomych powiedziała: „Głowiński przyznał się, że był w getcie”.

Tak. „Przyznał się” to nie znaczy to samo, co „powiedział”. Czasownik „przyznał się” ma konotacje wskazujące na coś nagannego, niestosownego, wstydliwego. Ta osoba nie powiedziała tego zapewne ze złej woli. Jej to podsunął język.

Przypadki złej woli też się jednak zdarzały. Szokująca jest lekcja religii w pruszkowskiej szkole, którą opisał pan w swojej książce.

Tak, lekcje z księdzem Bujalskim. Zawdzięczam życie katolickim zakonnicom. Przechowywały mnie przez półtora roku. Bez tego bym pewnie nie dotrwał do końca wojny. Mam wielki dług wdzięczności wobec tych sióstr, a pośrednio wobec Kościoła katolickiego. Ale przez lekcje z księdzem Bujalskim nieomal o tym zapomniałem. To były seanse nienawiści do Żydów, odgrywane w rok po zakończeniu wojny. Mówił, że Holocaust to kara za to, że Żydzi zabili Pana Jezusa. Nie ma więc powodu, by tę nację opłakiwać. Opowiadał też, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci, by z ich krwi wypiekać macę. Pochodził z dalekich Kresów, przeżył rewolucję bolszewicką, te przeżycia go uformowały. Ale to nie tłumaczy kolportowania teologicznej wizji, że zamordowano wiele milionów ludzi, bo to kara boża za ukrzyżowanie Chrystusa. Bóg z jego opowieści był mściwym, pamiętliwym potworem.

Czy on wiedział, że w klasie siedzi Żyd?

Nauczyciele wiedzieli, moja rodzina mieszkała w Pruszkowie od wielu lat. Czy on wiedział? Nie mam pojęcia. To był ksiądz niewyżyty seksualnie i patrzył tylko na dziewczęta. Męska część klasy go nie interesowała. To wszystko nie było wymierzone osobiście przeciwko mnie. Po prostu miał obsesję żydowską i kładł ją uczniom do głowy. Ale dla mnie wysłuchiwanie tego było przeżyciem traumatycznym, utrwalało lęki, skłaniało, by uciekać od ludzi. Zresztą zdarzyło się, że po lekcji religii zostałem przez kolegę z klasy pobity. Ksiądz Bujalski ma dziś podobno w Pruszkowie opinię bohatera, bo był prawdziwym, żarliwym antykomunistą.

A jak pan przeżył Marzec ’68?

Mnie nic się w Marcu nie stało. Na tamte wydarzenia nie reagowałem wyłącznie jako człowiek pochodzenia żydowskiego, ale żyjący tu Polak. A wtedy wszystko było straszne: bicie studentów, nagonki. Wątki antysemickie były przez pewnych ludzi traktowane z całą pewnością rasistowsko, ale dominowało coś innego. To było ściśle instrumentalne. Trwała pokoleniowa walka o władzę w partii. A ja nigdy nie należałem do partii. Wtedy partyjni Żydzi byli o wiele bardziej narażeni na represje, afronty, zwolnienia. Żyło jeszcze pokolenie żydowskich komunistów z KPP, ale ja ich w ogóle nie znałem. To było dla mnie egzotyczne środowisko. Pracowałem całe życie w Instytucie Badań Literackich. Rugi antysemickie nie zdążyły dojść do Polskiej Akademii Nauk. Zaczęto od wydawnictw, potem była prasa, potem uczelnie, aż wreszcie to się urwało.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną