W Świebodzinie jak w Rio

Pojedynek na Chrystusy
Czy statua Chrystusa, która stanęła w Świebodzinie, jest plagiatem pomnika z Rio de Janeiro? Raczej dość przeciętną imitacją. Warto jednak porównać oba te dzieła oraz ich twórców.
Miniatura rzeźby majestatycznego Chrystusa Króla ze Świebodzina
Adam Lach/Forum

Miniatura rzeźby majestatycznego Chrystusa Króla ze Świebodzina

Zadumany Chrystus Zbawiciel z Rio
Leinad-Z/Wikipedia

Zadumany Chrystus Zbawiciel z Rio

Zacznijmy od wątpliwości dotyczących artystycznego naśladownictwa słynnego brazylijskiego monumentu. Na pierwszy rzut oka podobieństwo jest zaskakujące: w obu przypadkach jest to hieratyczna postać Chrystusa ubranego w długie szaty, stojącego nieruchomo z rozłożonymi rękami. Sama sylwetka to jednak za mało, by mówić o plagiacie. Tym bardziej że w ikonografii tej postaci podobny wizerunek pojawiał się już wielokrotnie. Diabeł tkwi więc w szczegółach. Tu różnice są spore. W polskiej wersji szata jest zdecydowanie mniej pofałdowana i wyraźnie odcięta w talii, a krótką tunikę zastąpił narzucony na ramiona rodzaj peleryny.

Głowa Chrystusa z Rio jest leciutko opuszczona (patrzy na miasto u stóp), a twarz ma znacznie bardziej syntetyczne rysy, broda wręcz zlewa się z policzkami, dzięki czemu udało się osiągnąć wyraźny efekt łagodności, zadumy, może nawet melancholii. Fizys świebodzińskiego Chrystusa jest bardziej naturalistyczne, głowa dumnie podniesiona, spojrzenie trzeźwe i przenikliwe, lekko władcze. Majestatu dodaje korona, choć największe wrażenie zrobi, dopiero gdy ją całą pozłocą i osadzą na głowie. Jest z nią jednak pewien problem. Otóż projektując chrystusową królewską koronę najwyraźniej nie przeprowadzono historyczno-heraldycznych konsultacji i zdecydowano się na jej efektowny, klasyczny kształt, zwany corona aperta, czyli otwarta. Problem w tym, że jest ona średniowiecznym symbolem książąt i królów wasalnych, w odróżnieniu od władców suwerennych (cesarz), mających prawo do corona clausa (korony zamkniętej). Jak widać, nadgorliwie wywyższać też trzeba umieć.

Rozłożone ręce świebodzińskiego Chrystusa są lekko skierowane do przodu, jakby w geście troskliwości mówił: „chodźcie do mnie, zdajcie się pod moją opiekę”, w odróżnieniu od sylwetki z Rio, z ramionami rozrzuconymi szerzej, bardziej z intencją „otom cały wasz”. Oba pomniki dobrze współgrają z ich oficjalnymi nazwami: Chrystus Zbawiciel (Brazylia) i Chrystus Król (Polska). Różnicę jakości artystycznej widać przede wszystkim w porównaniu fizjonomii obu rzeźb: silnej w wyrazie, choć zarysowanej najprostszymi środkami, twarzy brazylijskiej oraz wymodelowanej z troską o szczegóły, ale bez twórczej iskry – polskiej. W sumie, trudno przypuszczać, by spadkobiercom praw do statui z Rio chciało się dochodzić praw autorskich u księdza w Świebodzinie.

Do Chrystusa po schodkach

A teraz kontekst przestrzenny. Cóż, musimy z pokorą zgodzić się, że lokalizacja w Rio jest nie do pobicia. Postawiony przed 80 laty pomnik prawdziwie króluje na wysokiej (700 m) skale, a Chrystus spogląda w dół na 6-milionowe miasto, piękną zatokę, otaczające góry. Nasz Świebodzin liczy sobie 22 tys. mieszkańców, a Boży Syn zerka na miasteczko z zaledwie 17-metrowego wzniesienia, usypanego na tę okazję z gruzu, kamieni i ziemi. Dookoła monotonne, lekko pofałdowane pola, ot taki typowy polski krajobraz. Tam do Chrystusa można się dostać linową kolejką, u nas będą schodki lub łagodne, wijące się podejście dla mniej sprawnych fizycznie.

Cóż, dodać należy, że Chrystus Zbawiciel jest cięższy o około 200 ton, wykonano go bowiem z betonu zbrojonego i dodatkowo całego obłożono steatytem (gatunek minerału z rodziny krzemianów). Chrystus Król jest wprawdzie lżejszy, bo z siatkobetonu, ale poza tym jednym parametrem technicznym innymi przewyższa już swego protoplastę. Przede wszystkim wzrostem (o 3 m) oraz zasięgiem rozłożonych rąk (o metr). Jak na naród mesjanistyczny przystało, wszystko w pomniku i wokół posiada ukryty sens: 33 m wysokości nawiązują do wieku Chrystusa, 5 kręgów podstawy – do pięciu kontynentów itd.

Czas na konfrontację rzeźbiarzy. Choć znamy nazwisko twórcy pomnika w Świebodzinie, niewiele się o nim da napisać. Mirosław Kazimierz Patecki mieszka we wsi Przybyszów (630 mieszkańców) w gminie Sława. Wiadomo, że prowadzi tam firmę sztukatorską. We wszystkich artykułach, powstałych z okazji budowy pomnika, przedstawiany jest jako rzeźbiarz, ale trudno odszukać jakiekolwiek inne dotychczasowe jego realizacje, zarówno pomnikowe jak i rzeźbiarskie. W Biurze Promocji przy Urzędzie Gminy w Sławie – po chwili nerwowych konsultacji – zapewniono, że pan Patecki jest im znany i „włącza się w niektóre inicjatywy miejskie”. Niestety, żadnych szczegółów nie udało się zdobyć. Także w „Gazecie Lubuskiej”, która od początku uważnie śledzi postęp prac, o rzeźbiarzu nic nie wiadomo. Sam artysta jest nieuchwytny. Więcej wiemy o pomysłodawcy postawienia pomnika, ale także organizatorze budowy, rzeczniku prasowym, menedżerze i głównym księgowym w jednym. To ksiądz Sylwester Zawadzki, proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego. Idea narodziła się w jego głowie pod koniec lat 90. XX w., ale przedsięwzięcie nabrało realnych kształtów jakieś pięć lat temu.

Rzeźbił bez wytchnienia

Dużo więcej da się napisać o twórcy pomnika w Rio – Paulu Landowskim. Nazwisko brzmi swojsko. Nieprzypadkowo – jego ojciec był powstańcem styczniowym. Częściej jednak przypomina się dziadka od strony matki – Henriego Vieuxtempsa, wybitnego XIX-wiecznego skrzypka i kompozytora, który bywał w Polsce (napisał m.in. wariacje na temat „Halki”) i stąd zapewne znajomość z przyszłym zięciem. W burzliwych dla sztuki czasach, gdy Gauguin dogorywał na antypodach, van Gogh strzelał sobie w głowę, Modigliani zapijał się na śmierć, a Picasso z Kandinskym rewolucjonizowali sztukę, Landowski spokojnie i – można rzec – wzorcowo budował i rozwijał swą karierę, opartą na sztuce, która nie bulwersuje, jest powszechnie zrozumiała, nawiązuje do tradycji i podoba się wszystkim, no może z wyjątkiem burzycieli estetycznego porządku. „Droga do kreatywności wiedzie przez nienaganne umiejętności techniczne i bezbłędną znajomość anatomii ludzkiej” – mawiał. Oj, z Duchampem czy Mondrianem z pewnością by się nie dogadał.

Mając 18 lat zaczął studiować malarstwo w Academie Jullian, później ukończył prestiżową Ecole des Beaux Arts. Mając lat 25 otrzymał nagrodę Prix Roma, dzięki której spędził kolejne pięć lat w Rzymie, doskonaląc warsztat, niespiesznie poznając dorobek cywilizacji i podróżując. Jako 30-latek osiadł w podparyskim Boulogne-Billancourt, by w jednym domu, za to z kolejnymi dwiema żonami, dożyć sędziwej starości. Zmarł w wieku 81 lat, w 1961 r. Przyjaźnił się z wielkimi tego świata, pełnił zaszczytne funkcje (m.in. dyrektora Academie des Beaux Arts, dyrektora Academie de France w Rzymie), był nagradzany (m.in. Legią Honorową). A nade wszystko rzeźbił, rzec by można, bez wytchnienia.

Landowski był w rzeźbiarskim fachu prawdziwym wirtuozem. Ale swych umiejętności nie próbował wykorzystać do tworzenia sztuki, która by otwierała nowe horyzonty estetyczne. Należał do zachowawczego, artystycznego establishmentu. Jako miłośnik antyku zapatrzony był raczej w przeszłość. Czy miał twórcze marzenia? Jedno na pewno. Pragnął stworzyć monumentalną Świątynię Człowieka, całą wypełnioną rzeźbami i płaskorzeźbami opowiadającymi historię ludzkości, bogatą ikonograficznie, będącą hołdem złożonym starożytności i średniowieczu, mieszającą kulturę Zachodu i Wschodu. Jej projekt przedstawił w 1925 r., być może zachęcony postępującymi pracami nad pomnikiem dla Rio. Do realizacji jednak nigdy nie doszło i – zdaniem biografów – artysta przeżywał to jako osobistą klęskę.

Ale na brak pracy nie mógł narzekać, a zamówienia sypały się ze wszystkich stron. Po zakończeniu I wojny światowej (w której brał udział) stał się bodaj najbardziej wziętym specjalistą we Francji od pomników poświęconych pamięci poległych. Zaprojektował ich ponad 80! Stoją w wielu miastach Francji, ale też w Tunezji, Szwajcarii, a nawet Chinach. Nie gardził przy tym zamówieniami na rzeźbiarskie projekty nagrobków czy nieduże realizacje do apartamentów bogatych klientów. Wszystko to są dzieła perfekcyjne warsztatowo, ale często wykonywane bez specjalnego zaangażowania, ot, na zasadzie rzetelnej i nieprzynoszącej wstydu chałtury.

Na początku lat 20. XX w. Landowski otrzymał zlecenie na wykonanie posągu Chrystusa Zbawiciela. W Rio de Janeiro już od połowy XIX w. przemyśliwano, by postawić coś na górującym nad miastem wzgórzu. Ale dopiero zbliżająca się setna rocznica odzyskania przez Brazylię niepodległości sprawiła, że za sprawę zabrano się żwawo. Sam pomysł, by był to Chrystus z rozpostartymi rękami, wyszedł od brazylijskiego inżyniera Hectora da Silvy Costy. Landowski opracował projekt całości, ale osobiście zajął się tylko przygotowaniem głowy i dłoni statui, korpus postaci pozostawiając do realizacji innym. Wszystko to trwało 9 lat i kosztowało – w przeliczeniu na dzisiejszą wartość nabywczą – 3,5 mln dol. wyłożonych przez brazylijski rząd. Pomnik powstał we Francji i w częściach został przetransportowany statkiem do Brazylii. Nasz w kawałkach powstawał w okolicznych halach, a jego koszt pozostaje nieznany. Plotki mówią o 3 mln zł, a ksiądz Zawadzki zdradza jedynie, że cena wyniesie około 25 proc. ceny rynkowej. A to z uwagi na gospodarczy charakter prac, w które angażują się parafianie, a firmy nieodpłatnie wypożyczają sprzęt budowlany. Całość finansowana jest z dobrowolnych datków, zaś gmina zadeklarowała się, że na swój koszt wybuduje drogę dojazdową do pomnika i parking.

O kilka metrów

Jest w życiorysie Landowskiego jeden nieprzynoszący mu chluby i niejasny epizod. Otóż w listopadzie 1941 r., wraz z kilkoma innymi artystami (m.in. z wybitnymi malarzami Andre Derainem i Maurice’em Vlaminckiem oraz rzeźbiarzem Paulem Belmondo) przyjął zaproszenie Goeringa na wyjazd studyjny do Rzeszy. Po zakończeniu wojny musiał się z tego tłumaczyć przed specjalną komisją denazyfikacyjną. Przyjęto wówczas jego wyjaśnienia, że chodziło mu nie o poznawanie potęgi niemieckiej sztuki, ale o załatwienie uwolnienia 400 studentów francuskiej szkoły artystycznej, uwięzionych w Niemczech. Ale też sam twórca otwarcie przyznawał później, iż wyjazd ten był z jego strony głupotą.

W Bulogne-Billancourt Landowski spędził 55 lat życia, a miasto uhonorowało go po śmierci. Jego imieniem nazwano lokalną szkołę i dom kultury, a przede wszystkim urządzono muzeum w domu, w którym mieszkał. W budynku mieszczą się dziś dwa inne muzea. Muzeum Lat 30. oraz Muzeum – wspomnianego już – Paula Belmondo, nawiasem mówiąc ojca słynnego aktora Jeana-Paula Belmondo. Ciekawe, czy w Sławie, Świebodzinie lub Przybyszewie stanie kiedyś także muzeum sztukatora Mirosława Kazimierza Pateckiego, który o kilka metrów przebił wyczyn Landowskiego?

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną