Jak uczyć dzieci uchodźców

Co ma Azorek
Jak uczyć dziecko, które nie mówi po polsku? – głowią się szkoły. Gdy już problem rozpracują, dzieci są przenoszone gdzie indziej.
W Społecznym Gimnazjum nr 20 przy ul. Raszyńskiej w Warszawie na 300 uczniów 50 to cudzoziemcy. Jeśli nie znają polskiego, najpierw trafiają do tzw. grupy multi-kulti
Anna Musiałówna/Polityka

W Społecznym Gimnazjum nr 20 przy ul. Raszyńskiej w Warszawie na 300 uczniów 50 to cudzoziemcy. Jeśli nie znają polskiego, najpierw trafiają do tzw. grupy multi-kulti

Anna Musiałówna/Polityka

Piętnaścioro dzieci czeczeńskich ma już jakieś pojęcie o języku polskim – poznały literkę A jak Azor. Pora na literkę B. – Azor ma budę – nauczycielka pokazuje rysunek. Dzieci siedzą osłupiałe. Dziewczynki pąsowieją, chłopcy szturchają się z cichym chichotem. – A-zor i bu-da – powtarza trochę speszona nauczycielka. Dopiero za jakiś czas dowie się, że „buda” to po czeczeńsku „piz…”. I uświadomi sobie, że czeczeńskie dzieci na początku nauki w polskiej szkole słyszą: „Azorek ma piz...”. Nauczy się, że tak samo kojarzy im się słowo „muza”, a niewinny u nas zaimek „ten” to z kolei „ch...”.

Szkoła ma więcej problemów. Dziewczynka przychodzi do klasy w chustce, a nauczycielka stanowczo każe chustkę ściągnąć – awantura gotowa. Chłopcy do klasy pchają się przed dziewczynkami, a co gorsza przed nauczycielką – awantura. Nauczycielka każe dziewczynce założyć krótkie spodenki na wf – awantura. Każe narysować kolorową łąkę, a czeczeński chłopiec ołówkiem rysuje czołgi. Dzieci nie odrabiają lekcji i odpowiadają po czeczeńsku, bo za słabo mówią po polsku. Jak je uczyć z polskich podręczników? Jak oceniać?

W polskich szkołach w tym roku uczy się ponad 8 tys. obcokrajowców. 650 z nich to mali uchodźcy, w większości Czeczeni. Od 2000 r. to największa grupa narodowościowa, która składa w Polsce wnioski o nadanie statusu uchodźcy. Do września wystąpiło o niego 3,5 tys. Czeczenów, w zeszłym roku ponad 5,7 tys. Teoretycznie na decyzję polskiego urzędu uchodźcy powinni czekać pół roku, ale czekają i dwa–trzy lata.

Szkoła we wsi Emolinek pod mazowieckim Zakroczymiem informację, że ma przyjąć 43 dzieci czeczeńskich, dostała pod koniec sierpnia 2008 r. Paniki nie było, bo to nie pierwsi uczniowie uchodźcy. Już wcześniej z oddalonego o 3 km ośrodka dla cudzoziemców w Smoszewie dojeżdżali mali Sudańczycy, Kameruńczycy, Ukraińcy, Ormianie i Czeczeni też. Ale nigdy wcześniej co trzeci uczeń nie był uchodźcą. – Dzieci czeczeńskie nie mówiły po polsku, najczęściej nie miały dokumentów potwierdzających edukację, poziom nauczania ustalałyśmy na podstawie rozmowy – wspomina dyrektorka szkoły Jadwiga Policińska. Przez 8 lat uczyła polskiego w ośrodku w Smoszewie, uczyły tam też inne nauczycielki. Niby więc były przygotowane, ale okazało się, że nie na wszystko.

Wątpliwości mieli czeczeńscy rodzice: jakich przedmiotów dzieci będą uczone? Jaką będą miały opiekę? Jak będą oceniane? Skąd wezmą podręczniki? Czy dzieci będą bezpieczne?

Rodzice polscy mieli swoje obawy: czy nie dojdzie do konfliktów? Czy taka liczba dzieci niemówiących po polsku nie odbije się na poziomie nauczania? Dlaczego 14-latek uczy się w piątej klasie?

Dyrektorka tłumaczy, że uchodźcy mają dodatkowe lekcje polskiego i będą program nadrabiać, że mają prawo chodzić do szkoły tak samo jak dzieci polskie, że w całym kraju jest 18 takich ośrodków jak ten w Smoszewie i wszędzie dzieci chodzą do szkoły.

Multi-kulti

Wiem, jakie to ważne, żeby te pierwsze przeżycia w szkole były pozytywne, i wiem, że to się da zrobić – opowiada Anna Grudzińska z Fundacji Forum Różnorodności. Kiedy miała 11 lat, trafiła do niemieckiej podstawówki, do klasy z Włochami, Turkami, Chińczykami, Kameruńczykami, dziećmi z Bałkanów. Była jedyną Polką i jako jedyna nie znała ani słowa po niemiecku. – To było najprzyjemniejsze pół roku w mojej edukacji – opowiada. – Na matematyce jakoś szło, po prostu robiłam zadania. Na niemieckim miałam dopasować słowa do obrazków, potem przychodziła pani i poprawiała. Na przerwach dostałam opiekuna, ucznia ze Słowenii: on mówił po słoweńsku, ja po polsku. Na poziomie podstawowym byłam w stanie się porozumiewać po dwóch–trzech miesiącach. Po pół roku poszłam do niemieckiego gimnazjum.

Po powrocie do Polski Anna Grudzińska skończyła etnologię i orientalistykę, mówi biegle po niemiecku i angielsku. Z Katarzyną Kubin założyła Fundację Forum Różnorodności, która m.in. zajęła się przeszkoleniem ponad stu nauczycieli. – Naszym zadaniem jest tworzenie rozwiązań strukturalnych tam, gdzie różnorodność wchodzi w instytucje – mówi Grudzińska. – Nie rozwiążemy za Ministerstwo Edukacji Narodowej problemu, ale ułatwimy nauczycielom zapanowanie nad klasą czy pomożemy nie frustrować się tym, na co i tak nie mają wpływu.

Sugerują, żeby dzieci umieszczać zgodnie z grupą wiekową, szkolą z komunikacji międzykulturowej, ćwiczą z empatii, tłumaczą dynamikę relacji międzygrupowych i konstrukcję tożsamości. – Szkoła w Emolinku działa fantastycznie, ale brak rozwiązań systemowych zmuszał nauczycieli do improwizowania – uważa Grudzińska. Cieszy się, że pojawiła się już możliwość zatrudnienia asystenta kulturowego, prowadzenia dodatkowych lekcji polskiego czy zajęć z religii alternatywnej. W Białymstoku na przykład odbywają się zajęcia z islamu.

Społeczne Gimnazjum nr 20 przy ul. Raszyńskiej w Warszawie od lat przyjmuje dzieci cudzoziemskie. Na 300 dzieci 50 to cudzoziemcy, z czego 15 – uchodźcy z Czeczenii. Dzieci cudzoziemskie trafiają do klas zgodnie z wiekiem. Jeśli nie mówią po polsku, na pół roku albo rok trafiają do tzw. grupy multi-kulti, gdzie mają 8–10 godzin polskiego w tygodniu, wychodzą do miasta, do kawiarni, na pocztę, mają zajęcia wyrównawcze i teatralne. Stopniowo trafiają do klas z polskimi rówieśnikami. Oprócz tego w szkole są zajęcia z kultur, jest język chiński, wietnamski, czeczeński. Jest grupa taneczna Wolny Kaukaz. Dla dzieci uchodźców w wieku 2–6 lat jest świetlica, w której uczniowie gimnazjum są wolontariuszami. – Taki sposób wychowywania dzieci przeciwstawia się ksenofobii, rasizmowi, antysemityzmowi – wylicza dyrektorka Krystyna Starczewska.

Na początku cały koszt utrzymania dzieci uchodźców w szkole ponosili rodzice, teraz za część zajęć dodatkowych płaci miasto.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną