Szczytno: pomysłowy Bernard Ch.

Wzloty i odloty
Dwa dni w luksusach, prywatnym odrzutowcem w Paryżu i Amsterdamie, bez grosza przy duszy. Można? Można, ale trzeba mieć pomysł.
Alex Kühnert/PantherMedia

Bernard Ch., 21-letni bezrobotny ze Szczytna, miał pomysł, ale i wiedział, jak to zrobić. W Internecie znalazł firmę SP, świadczącą usługi lotnicze vipom. Zachęcało hasło reklamowe: „Call and Fly”, czyli „Dzwoń i leć”. Zadzwonił.

Musiał dobrze znać specyfikę rynku takich usług – powiada Paweł Ch., operations manager w SP, prosząc o niewymienianie nazwy firmy i jego nazwiska.

Na skan

Bernard Ch. wiedział na przykład, że oprócz odrzutowca może sobie zamówić konsjerżkę, a więc w tym przypadku asystentkę – opiekunkę i tłumaczkę. Z kartą płatniczą, którą będzie pokrywała wszelkie wydatki vipa. – W tym nie było niczego nadzwyczajnego – twierdzi operations manager. – To raczej norma.

Biznesmeni żądają takiej usługi, żeby ich prywatne zakupy nie figurowały w rozliczeniach bankowych. Fakturę „pilna podróż służbowa” można wrzucić w koszty firmy. Szczegółowe pozycje wyciągu bankowego – kolacja dla dwojga z butelką szampana za tysiąc euro czy zakup u Diora damskiej kreacji, której żona nigdy nie dostała – mogłyby wzbudzić jej podejrzliwość.

Przelot śmigłowcem z Olsztyna do Warszawy, potem odrzutowcem do Paryża, Amsterdamu i z powrotem do Warszawy, hotele, restauracje, zakupy, limuzyny oraz usługi asystentki (5 tys. zł za dobę) wyceniono wstępnie na 120 tys. zł. – Przeleję 150 tys., żeby była rezerwa – oświadczył VIP ze Szczytna. Po kwadransie przyszło potwierdzenie przelewu elektronicznego. Księgowa SP zadzwoniła do infolinii banku, ale dowiedziała się, że przelewu nie można potwierdzić. W sobotę i niedzielę banki są zamknięte. W tej sytuacji Bernard Ch. zaoferował pomoc. On i jego rodzina tyle znaczą w Szczytnie, że dziewczyny z banku otworzą placówkę i podstemplują mu potwierdzenie przelewu. W firmie SP uwierzyli. I rzeczywiście, 45 min później przyszedł skan z dwoma podpisami i pieczęcią. Operations manager wysłał więc helikopter do Olsztyna, na Okęciu czekał odrzutowiec.

Pilot śmigłowca jako pierwszy zgłosił wątpliwość. – Gość nie wygląda mi na milionera – poinformował centralę. Tanie traperki z marketu, przydługie spodnie i bluza z kapturem, w ręku reklamówka. Buzia cherubinka, 16–17-latka. W centrali SP Spółka z o.o. zastanawiali się. Może wygrał w totka? Może dostał spadek? Był raz taki gość. A może to kurier, który ma coś przewieźć? Narkotyki na przykład. Ale przecież to nie ich sprawa. Potwierdzenie jest. Bernard Ch. był jednak świetnie przygotowany – to nie on, ale rodzice mają firmę transportową, medyczną i kilkaset karetek w całej Polsce.

W Paryżu na lotnisku już czekała limuzyna. Zamieszkał w pięciogwiazdkowym hotelu. Atrakcyjną panią asystentkę – i co ważne z firmową złotą kartą płatniczą – zaprosił na kolację. Pili szampana po tysiąc euro butelka. Płaciła firma SP. Następnego dnia zwiedzali Paryż. Po południu polecieli do Amsterdamu. Oprócz wizyty w dzielnicy czerwonych latarni Bernard Ch. poprosił, żeby go zawieźć do miejscowego pogotowia ratunkowego. Na jego życzenie asystentka zrobiła mu kilka fotek przy karetce, z ratownikami i kierowcą. W niedzielę wieczorem (banki ciągle zamknięte) odlecieli do Warszawy. VIP ze Szczytna postanowił spędzić noc w stolicy. Zakwaterowano go w Radissonie. Chciał powłóczyć się po klubach, poprosił asystentkę o gotówkę. Odmówiła, bo przekroczył już budżet o 3 tys. zł. Poprosił, żeby zadzwoniła do prezesa spółki SP. Ten powiedział, że przywiezie mu do hotelu laptopa, żeby mógł przelać odpowiednią kwotę. Bernard Ch. zorientował się, że jest gorąco, ale zachował zimną krew: – Mam migotanie prawego przedsionka serca. Proszę wezwać pogotowie. I trafił do szpitala przy ul. Banacha.

Tymczasem w centrali spółki SP ktoś wrzucił w Google „karetki Szczytno”. I mleko się rozlało. Telefon na policję w Szczytnie potwierdził najgorsze przypuszczenie. – O Matko Boska! Komu wy wynajmujecie samoloty? On ma tu kilkadziesiąt zarzutów o oszustwa – zdziwił się funkcjonariusz, gdy usłyszał, o kogo chodzi. Szybka jazda na Banacha niewiele dała: Bernard Ch. wypisał się na własne życzenie i zniknął.

Na sierżanta Bobra

Trudno uwierzyć, ale kilka dni później próbował wyciąć ten sam numer. W innej, bliźniaczej firmie lotniczej, której pracownicy już wiedzieli, jaka przykrość spotkała spółkę SP. Tym razem Bernard Ch. zamierzał polecieć na dwa dni, ale już tylko do Amsterdamu. Spokojnie przyjęto jego zlecenie i poinformowano policję. Zatrzymano go na Okęciu, gdy wchodził do terminalu dla vipów.

Jak na 21-latka życiorys ma bogaty. Po skończeniu gimnazjum próbował nauki w kilku szkołach, ale żadnej nie udało mu się ukończyć. – Pasjonował się ratownictwem medycznym, miał nawet sporą wiedzę, ale jego zachowania budziły obawy – ocenia Sławomir Sawicki, ratownik, koordynator pomocy doraźnej w szczycieńskim pogotowiu ratunkowym. Kilka lat temu zjawiła się u niego młodzieżowa grupa wolontariuszy z PCK, żeby potrenować przed zawodami pomocy przedmedycznej. Był tam i Bernard. Wkrótce zaczął gromadzić leki. Woził je w plecaku, jeździł po mieście rowerem i wypatrywał chorych. Jak tylko dopadł jakąś staruszkę czy dziadka, badał im puls, ciśnienie i ordynował leki z plecaka, na przykład na podwyższenie albo obniżenie ciśnienia.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną