Społeczeństwo

Mitologia wyższa

Szkoły wyższe - reforma i mity

Lekarstwem na zło jest zrównanie uczelni publicznych i niepublicznych w dostępie do publicznych pieniędzy. Lekarstwem na zło jest zrównanie uczelni publicznych i niepublicznych w dostępie do publicznych pieniędzy. Mariusz Małkowski / Forum
Część ogłoszonych właśnie reform szkolnictwa wyższego opiera się na założeniach, które kursują jako niepodważalne prawdy. A to tylko legendy.
Zgodnie z nowelizacją, studia stacjonarne na uczelniach publicznych pozostaną bezpłatne.Tomasz Wiech/Agencja Gazeta Zgodnie z nowelizacją, studia stacjonarne na uczelniach publicznych pozostaną bezpłatne.
Dzisiaj w wielu uczelniach dramatycznie brakuje ludzi do obsadzenia wymaganego minimum kadrowego.Jasper Grahl/PantherMedia Dzisiaj w wielu uczelniach dramatycznie brakuje ludzi do obsadzenia wymaganego minimum kadrowego.

Polskie szkolnictwo wyższe dryfuje w nieznanym kierunku. Zdaniem minister Barbary Kudryckiej, przygotowana przez jej resort nowelizacja ustawy, która przeszła już przez Sejm i właśnie trafia pod obrady Senatu, zakończy dryf i poprowadzi polskie uczelnie ku górze europejskich rankingów. Odpłynęliśmy jednak za daleko. Nowelizacja jest niewystarczająca. Co gorsza, część reform opiera się na założeniach, które kursują jako niepodważalne prawdy, a są półprawdami lub po prostu nieprawdami. Oto kilka z nich.

Łatanie dziur kadrowych

Liczba nauczycieli akademickich rośnie zbyt wolno w stosunku do przyrostu liczby studentów. Nieprawda. Liczba nauczycieli akademickich w ogóle nie rośnie, w ciągu ostatnich 20 lat wręcz spadła. W założeniach do nowelizacji napisano, że na uczelniach pracuje 100 tys. nauczycieli akademickich. Od zeszłego roku nauczyciele mają obowiązek podawać, który ze swoich etatów uważają za podstawowy. Dzięki temu okazało się, że owe 100 tys. etatów okupuje zaledwie 58 tys. osób. I tylu jest w Polsce w 2010 r. nauczycieli akademickich. 20 lat temu było ich 64 tys. W 1990 r. istniało około 100 wyższych uczelni – dzisiaj jest ich prawie 460. Przybyło 1,5 mln studentów.

Przez 20 lat większość nauczycieli akademickich nigdy nie przecięła etatowej pępowiny łączącej ich z macierzystą uczelnią – publiczną. Wieloetatowość stała się zjawiskiem powszechnym. A każdy świeżo wypromowany doktor jest zagrożeniem dla dochodów już działającego doktora.

Wśród uczelni prywatnych tylko nieliczne miały pozwolenia na prowadzenie studiów doktoranckich, a dla uczelni publicznych kształcenie nauczycieli akademickich stało się wręcz nieopłacalne. Wysokość budżetowej dotacji zależała od liczby zatrudnionych nauczycieli, ale tylko tych ze stopniem naukowym. Na etaty dla magistrów – asystenckie – państwowe szkoły wyższe nie dostawały pieniędzy, więc asystenci zaczęli znikać. W 1990 r. było ich 17 tys., 20 lat później – 12 tys. Ograniczono przyjęcia na doktoranckie studia stacjonarne – bezpłatne; rozszerzono ofertę płatnych studiów doktoranckich – wieczorowych i zaocznych. Bez szans na asystencki etat, w najlepszym razie z perspektywą głodowego stypendium.

Efekt jest taki, że dziś na jednego nauczyciela akademickiego przypada prawie 33 studentów. W 1991 r. – niespełna siedmioro. W dobrych uczelniach ten wskaźnik nie przekracza kilkunastu. Na przykład na Uniwersytecie Karola w czeskiej Pradze wynosi 13, w Princeton poniżej 7, w University of Chicago – 7,5.

Dzisiaj w wielu prywatnych i niektórych państwowych uczelniach dramatycznie brakuje ludzi do obsadzenia wymaganego minimum kadrowego. By przetrwać, szkoły te zatrudniają osoby legitymujące się dyplomami z pseudoośrodków naukowych za wschodnią granicą Polski. (Nowelizacja nie unieważnia umów o automatycznej uznawalności dyplomów z Ukrainą czy Białorusią).

Jak zatem nowe prawo ma zaradzić zbyt małej liczbie nauczycieli akademickich? Przyczyni się do tego utworzony fundusz projakościowy (w 2011 r. – 230 mln zł). Z niego opłacane będą dodatkowe stypendia doktoranckie, także w uczelniach niepublicznych. Inny sposób łatania dziur kadrowych to przyzwolenie na zatrudnienie dwóch doktorów zamiast jednego doktora habilitowanego, a zamiast jednego doktora – dwóch magistrów.

Zgodnie z konstytucją

Wieloetatowość dotyczy głównie szkół niepublicznych. Nieprawda. Gdy rozpoczął się boom edukacyjny, pracownicy uczelni zajęli się mnożeniem etatów. Oprócz setek prywatnych powstały nowe uczelnie publiczne. Od 1997 r. utworzono w mniejszych miastach 36 państwowych wyższych szkół zawodowych. Miasto miało na przykład poradzieckie koszary i zaprzyjaźnionego profesora – super, on namówi kolegów. Dostaniemy dotację na remont i na dydaktykę. PWSZ zapełniały się kadrą z innych państwowych szkół. Nawet ich rektorzy nie zrezygnowali z etatów w swoich macierzystych uczelniach.

Nowelizacja pozornie kończy plagę wieloetatowości. W rzeczywistości restrykcje boleśnie odczują uczelnie prywatne. Każdy wieloetatowiec musi wskazać swoje podstawowe miejsce pracy i tylko tam będzie mógł zostać zaliczony do minimum kadrowego. Na dodatkowy etat w innej uczelni potrzebna będzie zgoda rektora. 99 proc. nauczycieli akademickich jako podstawowe miejsce pracy wskazuje teraz uczelnię publiczną.

Nauczyciele akademiccy zarabiają za mało i dlatego muszą pracować na kilku etatach. Kwestia nierozstrzygalna. Nie sposób ustalić, ile naprawdę zarabia profesor w Polsce, choć właściwie nie wiadomo dlaczego, wszak nauczyciele zatrudnieni w uczelniach państwowych są utrzymywani z publicznych pieniędzy. Prof. Jacek Majchrowski jako prezydent Krakowa musi składać oświadczenie majątkowe: w 2009 r., oprócz pensji prezydenta, otrzymał 207 tys. zł z niepublicznej Akademii Krakowskiej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego oraz 91 tys. zł z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poseł SLD Zbigniew Kruszewski jako rektor Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku przez pierwsze cztery miesiące 2010 r. zarobił 204 tys. zł. Dużo czy mało? Przeciętne stypendium doktoranckie to 1,3 tys. zł miesięcznie.

Według założeń do nowelizacji pensje nauczycieli akademickich są za niskie i będą systematycznie rosły.

Studia na uczelniach publicznych są bezpłatne. Prawda połowiczna. „Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna” – mówi Konstytucja RP. Jedynie połowa osób studiujących na uczelniach publicznych nie płaci czesnego. Reszta trafia na płatne studia niestacjonarne. Pozwoliła na to ustawa z 1990 r., ta sama, która umożliwiła zakładanie prywatnych szkół wyższych. Studia zaoczne, wieczorowe lub eksternistyczne rozkwitły i dopiero po 10 latach ich bujnego rozwoju student Uniwersytetu Wrocławskiego J.B. zaskarżył ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.

Trybunał (w pełnym 15-osobowym składzie: dziewięciu profesorów i jeden dr hab.) wydał wyrok salomonowy: płatna nauka jest tam zgodna z konstytucją pod warunkiem, że płatnych studentów jest na uczelni nie więcej niż 50 proc. Nie wytłumaczył, dlaczego akurat 50 proc., a nie 40 lub 65. Szkoły publiczne zatem za przyzwoleniem TK w połowie działają zgodnie z konstytucją. Z wyjątkiem prawie 10 proc. uczelni, które według przygotowywanego raportu NIK przyjmują więcej studentów płacących za naukę niż studiujących za darmo. Nowelizacja nie zajmuje się tym problemem.

Dobre i złe uczelnie

Dzięki bezpłatnym uczelniom uboga młodzież może studiować. Nieprawda. Na bezpłatne studia dostają się ci, którzy najlepiej zdali maturę. Czyli młodzież z dużych miast, najbardziej obyta, taka, której rodziców stać na dodatkowe zajęcia i korepetycje. Absolwenci warszawskiego liceum im. Staszica tylko wyjątkowo lądują na płatnych studiach. Ktoś zdając na architekturę potknie się na rysunku – wtedy idzie na wieczorowe. Po roku przenosi się na stacjonarne. W Bełchatowie, w Zespole Szkół Zawodowych nr 1 dalszą edukację wybiera 70 proc. absolwentów. Połowa idzie do szkół policealnych, a reszta głównie na studia zaoczne, bo chcą pracować. Najpierw celują w zaoczne w szkołach publicznych, bo taniej, potem w niepublicznych.

Zgodnie z nowelizacją studia stacjonarne na uczelniach publicznych pozostaną bezpłatne. Płacić będą musieli dopiero chętni do studiowania drugiego kierunku, chyba że znajdą się wśród 10 proc. najlepszych studentów.

Pozytywna ocena Komisji Akredytacyjnej zapewnia dobrą jakość nauczania. Nieprawda. Przy okazji kolejnych skandali (na przykład, gdy dziennikarze „Gazety Wyborczej” założyli fikcyjną szkołę wyższą) urzędnicy z ministerstwa proszą, żeby zanim się zapłaci za studia, sprawdzać, czy szkoła ma akredytację. Komisja Akredytacyjna nie jest w stanie rzetelnie skontrolować 450 szkół. Wpada do każdej z nich co cztery lata, średnio na dwa dni. W tym czasie zdąży najwyżej pobieżnie przejrzeć dokumenty i wypić kawę z rektorem.

 

Mimo zakładanej w nowelizacji zmiany nazwy Państwowej na Polską Komisję Akredytacyjną i zwiększenia jej uprawnień (szkoły będą oceniane co dwa lata), Komisja nadal nie będzie gwarantować dobrej jakości nauczania, bo tego się nie da skontrolować.

Uczelnie mają za mało pieniędzy, a niż demograficzny to jeszcze pogłębi. Nieprawda. Szkolnictwo wyższe pochłania rocznie 9 mld zł publicznych pieniędzy oraz około 4 mld zł pieniędzy prywatnych. Liczba studentów, na skutek niżu, zmaleje do 2020 r. o jedną trzecią, więc na jednego studenta przypadnie więcej pieniędzy. Może się tylko okazać, że polityka niedopuszczania przez 20 lat nowych kadr do zawodu nauczyciela akademickiego była słuszna i dalekowzroczna.

Nowelizacja zakłada coroczną waloryzację dotacji stacjonarnej, aby ochronić uczelnie publiczne przed skutkami demografii. Uczelnie niepubliczne mają sobie radzić same.

Szkoły niepubliczne konkurują z publicznymi, co przyczynia się do wzrostu jakości nauczania. Nieprawda. Weźmy miasto N., gdzie działa niepubliczna szkoła wyższa żyjąca z czesnego i państwowa wyższa szkoła zawodowa pobierająca opłaty od połowy studentów. Są podobnej wielkości, mają zbliżone kierunki i programy. Uczelnia prywatna może startować w konkursach o dodatkowe pieniądze. Szkoła państwowa otrzymuje z rozdzielnika 13 mln zł tak zwanej dotacji stacjonarnej. Czyli bez żadnego wysiłku ze swojej strony zgarnie najlepszych maturzystów. Większość wykładowców z zajęć w szkole publicznej idzie prosto na takie same zajęcia w szkole niepaństwowej. Czy w którejś z nich będą się bardziej starali? Nawet gdyby nic nie robili, żadna ze szkół ich nie zwolni, bo nie spełniałaby wtedy warunku minimum kadrowego.

Według nowych przepisów nastąpi zmiana sposobu wyliczania dotacji stacjonarnej dla poszczególnych szkół publicznych, co je nakłoni do rywalizacji – między sobą. Wspomniany już fundusz projakościowy będzie natomiast dostępny dla wszystkich szkół wyższych w drodze konkursów. To dobry krok. Tylko że malutki. W 2011 r. ów fundusz wyniesie – przypomnijmy – 230 mln zł. Czyli 2,4 proc. całej dotacji stacjonarnej. Reszta – ponad 9 mld zł – trafi do szkół publicznych.

Uczelnie publiczne są lepsze od niepublicznych. Półprawda. „Są dobre i złe uczelnie wśród publicznych i wśród prywatnych” – przyznaje minister Kudrycka, a jednak nie potrafiła doprowadzić do zrównania zasad funkcjonowania obu sektorów. Najlepsze uczelnie prywatne to te, których założyciele oderwali się definitywnie od publicznej uczelni matki, rezygnując z etatów, i wytrwale pracowali na sukces. Jest ich kilka, może kilkanaście. Wyrobiły sobie markę, mają pomysły, w jaki sposób – mimo niżu – przyciągnąć studentów. Właśnie one, wraz z niektórymi światłymi rektorami uczelni publicznych, najgłośniej domagają się zrównania obu sektorów – publicznego i niepublicznego.

Są też beznadziejne szkoły prywatne, które trudnią się sprzedażą dyplomów – im nie zależy na poprawie jakości nauczania, bo i tak dadzą sobie radę, dopóki będą chętni na papierowe wykształcenie. Między tymi skrajnościami jest cała masa uczelni niepublicznych, które mogłyby stanąć do rywalizacji z wieloma publicznymi, gdyby tylko miały równe szanse.

Żeby wyrównać te szanse szkół, nowa ustawa zakłada zastąpienie dyplomu państwowego dyplomem z godłem uczelni. Wprowadza też zasadę, że – niezależnie od sektora – każdy wydział oceniony przez PKA jako wyróżniający oraz 25 kierunków studiów o najwyższej jakości kształcenia – otrzymają dodatkowe finansowanie. Międzysektorowa konkurencja jakościowa stanie się więc faktem – ogłasza ministerstwo. Tyle że gra toczy się o 50 mln zł rocznie do podziału (w ramach 230 mln zł funduszu projakościowego).

Poczucie bezpieczeństwa

Lekarstwem na zło jest zrównanie uczelni publicznych i niepublicznych w dostępie do publicznych pieniędzy. To wreszcie prawda. Chociaż dla wielu brzmi jak herezja. Przecież na straży (względnego) dobrobytu uczelni publicznych – a raczej ich pracowników – stoi konstytucja, która mówi o bezpłatnym kształceniu w takich szkołach. Ten zapis, jak widać, i tak nie jest przestrzegany, więc może trzeba iść krok dalej i zmienić status uczelni publicznych, czyli je odpublicznić?

System płacenia uczelniom z rozdzielnika hamuje ich inicjatywę, zapewnia usypiające poczucie bezpieczeństwa i demoralizuje. Gdyby wszystkie szkoły, niezależnie od sektora, mogły na równych prawach uzyskać dostęp do publicznych pieniędzy – konkurując programami, jakością kadry i jej strukturą, warunkami kształcenia – pobudziłoby je to być może do działania.

Podobne postulaty pojawiły się w obu strategiach rozwoju szkolnictwa wyższego z 2009 r. – i tej eksperckiej (kategoryzacja szkół), i rektorskiej (konwergencja sektorów). Ale w nowelizacji pozostał po tym jedynie 2,4-proc. ślad w postaci funduszu projakościowego. Tymczasem cała pula 9,6 mld zł przeznaczona na dotację dydaktyczną mogłaby się stać takim funduszem.

Wiele uczelni publicznych dawno przestałoby istnieć, gdyby nie sztuczne podtrzymywanie ich przy życiu. Nowe przepisy mają je motywować do poprawy. Ale to przepisy osłabione „prawdą niepodważalną”, że szkoła publiczna nie może upaść.

Polityka 10.2011 (2797) z dnia 04.03.2011; Kraj; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Mitologia wyższa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną