Złodziejski raj na polsko-niemieckim pograniczu

Na granicy wytrzymałości
Niemcy pomstują na Schengen, polityków i złodziei.
Złodzieje nie mieli łatwo. Aż przyszło Schengen.
Mario Behnke/PAP

Złodzieje nie mieli łatwo. Aż przyszło Schengen.

Funkcjonariusze podczas patrolu w Żytawie przy granicy z Polską i Republiką Czeską.
Thomas Eisenhuth/PAP

Funkcjonariusze podczas patrolu w Żytawie przy granicy z Polską i Republiką Czeską.

Polsko-niemiecki patrol nad Odrą. Granic już nie ma, ale pilnować trzeba.
Patrick Pleul/PAP

Polsko-niemiecki patrol nad Odrą. Granic już nie ma, ale pilnować trzeba.

Wolfgang Liebscher co rano się zastanawia, czy oni weszli, czy nie. Zanim otworzy bramę swojego warsztatu, wstrzymuje oddech. Zamek nienaruszony, kraty też. Rzut oka na narzędziownię, potem szybko do motorów. Oddycha z ulgą. Tym razem nie weszli. Oni to w Ebersbach złodzieje. Z Czech i Polski.

Ebersbach to malownicze miasteczko w niemieckiej Saksonii, w powiecie Görlitz na Pogórzu Górnołużyckim, w nadgranicznym trójkącie. 19 km na wschód, za Zittau, zaczyna się Polska, bliżej, zaraz za południowymi rogatkami Ebersbach, są już Czechy. Tu zaczyna się też problem.

W tym niespełna ośmiotysięcznym mieście policja odnotowuje ponad 800 włamań i kradzieży rocznie. W rzeczywistości więcej, bo ci, którzy mają małe straty, nie zgłaszają kradzieży. Od drugiego zgłoszenia szkody ubezpieczyciel nie wypłaca odszkodowania, tłumaczy Liebscher. On już nic nie dostaje, miał sześć włamań tylko w tym roku. Stracił drogie narzędzia, sprzęt, oprogramowanie. Na zabezpieczenia – alarm, żaluzje – wydał już ponad 20 tys. euro. W ostatni weekend ktoś próbował się włamać do samochodu stojącego na dziedzińcu. Technika zadziałała, złodziej uciekł. Liebscher jest przekonany, że na drugą stronę granicy. – To wina Schengen – mówi zdecydowanie.

Polski klucz

Po 21 grudnia 2007 r. na terenach przygranicznych Saksonii dramatycznie wzrosła przestępczość, alarmują media i mieszkańcy. – Niezupełnie – wyjaśnia nadinspektor Uwe Horbaschk z Komendy Oberlausitz-Niederschlesien w Görlitz. – Ogólnie liczba przestępstw nawet spadła, w tym napadów czy pobić – mówi Horbaschk. Ale, przyznaje nadinspektor, rzeczywiście znacząco wzrosła liczba włamań i kradzieży, co potwierdzają policyjne dane. Ginie wszystko: rowery, meble ogrodowe, kosiarki do trawy. I samochody. W porównaniu ze stanem sprzed Schengen liczba kradzieży wzrosła w przygranicznych gminach kilkakrotnie. Prym wiedzie Zittau (wzrost o 341 proc. w stosunku do 2006 r.), Guben (206 proc.) i Görlitz (121 proc.), wszystkie przy granicy z Polską. Złodzieje są groźni. Właściciel salonu samochodowego obok Ebersbach nieomal stracił życie w obronie dobytku. Po pierwszej kradzieży, gdy wywiezione zostały wszystkie samochody, sam pilnował salonu w nocy. Złodzieje wrócili. Zanim dojechała policja, już wyjeżdżali pięcioma Volkswagenami. Właściciel zagrodził im drogę. Został potrącony. Auta zniknęły.

To nie są przypadkowe kradzieże i przypadkowi złodzieje – twierdzi nadkomisarz Uwe Horbaschk. – W większości przypadków chodzi o zorganizowane bandy międzynarodowe i kradzieże na zlecenie. Przestępcy działają błyskawicznie, auto trafia za granicę, często jeszcze zanim właściciele zauważą jego brak. Większość wywożona jest za polską granicę. Tam samochody są rozbierane na części albo szmuglowane dalej. Złodzieje są specjalistami: kiedy brandenburskim policjantom na początku roku udało się rozbić jedną z szajek, w ich ręce, oprócz konwencjonalnego sprzętu, między innymi kluczy do wysuwania wkładki zamkowej, zwanych polnisches Schluessel (polski klucz), wpadło też oprogramowanie do rozkodowywania zabezpieczeń i zamków. Wartość takiego programu to minimum 5 tys. euro. – Zwykłych złodziei na to nie stać – mówi Horbaschk. Nowością są kradzieże maszyn rolniczych. Tylko w ciągu sześciu pierwszych miesięcy 2010 r. na polsko-saksońskiej granicy ukradziono 10 traktorów.

Ponad 90 km długości – wyjaśnia burmistrz Bernd Noack i rozkłada ramiona – od Zittau do Łaby. Rząd wbitych w ziemię kamiennych słupków ciągnie się aż po horyzont. Dla przechodnia żaden problem. Tylko przejechać się nie da. – Po upadku muru kradli u nas na potęgę – opowiada Noack. Nie było NRD, przestała istnieć milicja ludowa, jeszcze nie dotarła policja narodowa. Zero struktur policyjnych. – Prawdziwy Dziki Zachód – mówi. Zaczęły się włamania do domów i sklepów, masowo ginęły auta. W stronę Polski, przez Nysę, było dla złodziei trudniej. Samochodem nie przejedziesz, dużych łupów łatwo nie przewieziesz. A do Czech żadnych naturalnych przeszkód. Duktem leśnym albo przez pola czy ścieżki śmigały szajki złodziejskie. Interweniował rząd federalny, wojsko przywoziło kamienie ciężarówkami, na trudno dostępnych leśnych drogach Bundeswehra zrzucała kamienie z helikopterów. Złodzieje nie mieli łatwo. Aż przyszło Schengen.

Gwizdki nie wystarczą

Powinniśmy otworzyć jeszcze budkę z kiełbaskami i kawą dla złodziei – mówi Christian Kretschmar. 80-letni emerytowany lekarz mieszka na wzgórzu Heinberg, na obrzeżu miasteczka. Z jednej strony z okien widzi wzniesienia Saksońskiej Szwajcarii, z drugiej czeskie pogórze. I granicę, która przebiega wzdłuż polnej drogi obok domu Kretschmara. Na Heinberg domy są duże, zadbane. W ogródkach kwiaty. Za to w każdym domu kraty, żaluzje. Na płotach identyczne tabliczki w dwóch językach, po niemiecku i czesku. „Uwaga, czujni sąsiedzi”. – To nasi – mówi Kretschmar z dumą. Członkowie społecznej inicjatywy w Ebersbach, Grenzsicherheit. W 1990 r. Kretschmar był jednym z pierwszych, do którego się włamano. Był też pierwszym, który założył kraty, potem alarm. Niektórzy patrzyli na niego z ironią, że przesadza. Przestali się śmiać, jak im też do domów weszli.

Ludzie wracali z pracy, a tu dom pusty. Złodzieje musieli podjeżdżać samochodami, bo ginęły wszystkie meble, a nawet krasnale ogrodowe – opowiada Kretschmar. Mieszkańcy się skrzyknęli, że trzeba się samemu bronić, jak ich nie broni władza. Patrolowali dwójkami w dzień i w nocy. Mieli tylko gwizdki. – Jak coś zauważyli, gwizdali. Ktoś biegł na pomoc, inny dzwonił na policję. Złodzieje, jeśli nawet zdołali uciec, to już nie wracali. Gdy rząd rozbudował w okolicy sieć placówek policji federalnej, zapanował względny spokój. Patrole społeczne zmieniły się w sąsiedzkie spacery. Tabliczki zostały, tak na wszelki wypadek. Znowu pojawiły się krasnale w ogrodzie. Na 10 lat.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną