Społeczeństwo

Pokolenie franka

Młodzi, wykształceni, zadłużeni

Robienie z franka szwajcarskiego chłopca do bicia to nieporozumienie. Ten kredyt i tak cały czas bardziej się opłaca niż złotówkowy. Robienie z franka szwajcarskiego chłopca do bicia to nieporozumienie. Ten kredyt i tak cały czas bardziej się opłaca niż złotówkowy. INSADCO Photography / Alamy / BEW
Niedawno trzeba było zapłacić za franka szwajcarskiego rekordową kwotę 3,3693 zł. Te kilka cyferek opisuje problem, czasem dramat prawie 700 tys. Polaków. Przeważnie młodych, wykształconych, wielkomiejskich.
Niektórzy chcieli więcej luksusu, niż było ich na to stać. To zachłyśnięcie dziś czkawką odbija się klientowi.INSADCO Photography / Alamy/BEW Niektórzy chcieli więcej luksusu, niż było ich na to stać. To zachłyśnięcie dziś czkawką odbija się klientowi.
„Baliśmy się, że przyjdą i zabiorą nam dom. Nasze marzenia, piękne parkiety i kuchnię za 40 tys”.Alamy/BEW „Baliśmy się, że przyjdą i zabiorą nam dom. Nasze marzenia, piękne parkiety i kuchnię za 40 tys”.

Choć rodzina K. mieszka w domu za 1,2 mln zł, to od połowy miesiąca żywi się głównie plackami ziemniaczanymi. Dzieciom rodzice tłumaczą, że są pożywne. Sobie, że trzeba płacić za marzenia.

Magda (35 lat) wspomina: mniej więcej pod koniec 2004 r. mój mąż Maciek poszedł do banku z cesją ubezpieczenia na mieszkanie kupione za nasz pierwszy kredyt. Standardowa wizyta, bo spłacaliśmy go regularnie. Mąż wrócił szczęśliwy jak dziecko: bank zaproponował nam nowy kredyt. Naszą zdolność kredytową wyliczyli na 400 tys. zł. Kilka dni wcześniej na imprezie znajomy architekt opowiadał, że za 400 tys. zł można mieć piękny dom. Szybko skojarzyliśmy oba fakty. Postanowiliśmy wziąć ten kredyt.

Zaczęliśmy szukać działki: okazało się, że pod Warszawą są droższe, niż obliczaliśmy. Lecz w firmie doradztwa finansowego na poczekaniu znaleźli nam bank, który wyliczył naszą zdolność na 520 tys. zł. Różnica trochę nas zdziwiła. Byliśmy jednak tak podnieceni wizją przeprowadzki do domu, że jakoś specjalnie tego nie roztrząsaliśmy. Tym bardziej że na papierze dom robił się coraz większy i coraz droższy. Ze 150 rozrósł się do 300 m. Firma budowlana wyceniła, że wybuduje go nam za 700 tys. To nas na chwilę otrzeźwiło. Ostatecznie kupiliśmy gotowy projekt 220-metrowego domku, którego postawienie miało kosztować 500 tys. Drogo, ale ostatecznie udało się nam znaleźć tańszą działkę. Policzyliśmy, że za 600 tys. zamkniemy całość. Doradca finansowy bez problemu znalazł nam bank, który znów podniósł nam zdolność kredytową do 675 tys. zł (oczywiście we frankach). Tłumaczył, że to dlatego, że mamy świetny profil finansowy. Młodzi, bo dopiero po trzydziestce. I rozwojowi, bo Maciek siedział w nowych technologiach, a ja w mediach. Wypisz wymaluj klasa średnia.

W 2007 r. na rynku mieszkaniowym działy się cuda. Swoje 74-metrowe mieszkanie w wielkiej płycie sprzedaliśmy za ponad 500 tys. Po spłacie długów (prócz tego świeżo zaciągniętego) na koncie zostało nam 400 tys. To nas zgubiło. Nagle poczuliśmy się bogaci. Wcześniej żyliśmy raczej skromnie. Rzadko wychodziliśmy do restauracji, nie szaleliśmy z ciuchami. Samochód mieliśmy używany i nie najlepszy. A wtedy czuliśmy, że jesteśmy na fali wznoszącej. Byliśmy jak dzieci w cukierni. Potrzebowaliśmy laptopa, to kupiliśmy Maca, choć był najdroższy. Ale najmodniejszy. Najbardziej odbiło nam z wykończeniem domu. Wszystko musiało być najlepszej jakości i już. Okna zmieniłam na Sokółkę, bo wydawało mi się, że te w projekcie miały brzydszy kształt. Trzeba było dopłacić 15 tys. Trudno, przecież mamy 400 tys. na koncie. Ale te pieniądze na koncie bardzo szybko topniały. A dom stawał się coraz droższy. W połowie 2008 r. postawiliśmy dobrać ponad 100 tys. do kredytu. Trzeba uczciwie przyznać, że w banku wyraźnie nam powiedzieli, że wyczerpaliśmy nasze zdolności kredytowe i odmówili. Ale zagroziliśmy im, że zmienimy bank. Na forum internetowym wyczytałam, że nasz bank walczy o palmę pierwszeństwa w portfelu kredytów hipotecznych i idą na duże ustępstwa. I rzeczywiście, dostaliśmy te dodatkowe pieniądze. Zmiany w projekcie spowodowały, że nie wystarczyło. Firma budowlana wystawiła nam fakturę na dodatkowe 96 tys. W ten sposób, ze 100 tys., które zostawiliśmy sobie na czarną godzinę, na koncie zostały nam 4 tys.

Czarna godzina przyszła szybciej, niż myśleliśmy. W trakcie budowy ciężko rozchorowało się nasze dziecko. Później pojawiło się – nie do końca planowane –drugie. Musiałam zrezygnować z pracy, żeby się nimi zająć. Do doradców finansowych już nie chodzimy, bo mówią, że mamy zły profil kredytowy. Bank się zorientował, że nie mamy ruchu, i domaga się dodatkowego ubezpieczenia do kredytu. Jeśli wymuszą na nas te pieniądze, stracimy grunt pod nogami. Tyle że teraz z bankiem rozmawia się inaczej niż w 2008 r. Teraz to oni nas straszą.

Był taki moment, że strasznie się baliśmy. Baliśmy się, że przyjdą i zabiorą nam dom. Nasze marzenia, piękne parkiety i kuchnię za 40 tys. I wydawało się nam, że to będzie koniec świata. Ale choroba dziecka nauczyła nas, że są sprawy większe i ważniejsze. Że niechodzenie do kina czy restauracji nie ma znaczenia, kiedy walczy się o to, żeby twoje dziecko mogło jak najdłużej samodzielnie chodzić. Z długiem trzeba umieć żyć. Przede wszystkim trzeba przestać się okłamywać. Innych też. Jak na weekend chcą do nas przyjechać znajomi, to mówię, że nie mam ich czym poczęstować. Kiedyś pewnie byśmy pożyczyli i zaprosili. Zimą mamy w domu 19 stopni, żeby nas nie wykończył rachunek za gaz. Teraz naprawdę mamy o co walczyć. Mamy marzenie. Że nasze dziecko pokona chorobę i będziemy ze sobą dłużej, niż mówią lekarze.

Fala optymizmu

Ania znalazła się na granicy bankructwa. Jak podkreślają analitycy finansowi, właściwie popełniła tylko jeden błąd. Tyle że najgorszy. Podpisała złą umowę ze złym wykonawcą.

Ania (39 lat, pracuje w korporacji) widzi to tak: w 2005 r. wszyscy nasi znajomi albo zmieniali mieszkanie na większe, albo o tym mówili. Jakoś nagle wszystkim żyło się lepiej. Sama miałam coraz więcej zamówień. Płacili coraz lepiej. Co prawda pieniędzy nie było tyle, żeby zmienić mieszkanie na większe bez kredytu hipotecznego. Nawet tarocistka ostrzegała mnie, żebym nie kombinowała, bo zbankrutuję. Ale doszłam do wniosku, że w kwestii kredytu trzeba sięgać po nowocześniejsze narzędzia niż karty, i poszłam do doradców finansowych. Dwóch różnych przekonywało mnie, że teraz to już zawsze będzie tak dobrze. I na fali tego „dobrze” proponowali od razu brać kredyt na milion i kupić jeszcze jedną nieruchomość na wynajem. Wszyscy doradzali mi i mężowi kredyt we frankach szwajcarskich. Z wyliczeń wychodziło, że frank musiałby zdrożeć do 2,80 zł, żeby przestało się to kalkulować. Dodawali, że to nam nie grozi, bo po tyle to jest dolar. A przecież wiadomo, kto produkuje Boeingi, a kto czekoladę mleczną. Kiedy nie zdecydowaliśmy się na ten milion, doradzali zakup mieszkania minimum 80-metrowego, które ze względu na 20-letni okres spłaty kredytu miało być mieszkaniem docelowym. Jako ludzie młodzi, wykształceni i na stałe związani z dużym miastem mieliśmy zarabiać tylko więcej i żyć jeszcze lepiej, więc posiadać również odpowiednią przestrzeń życiową. Łatwo przyszło nam się z tym zgodzić.

 

Niestety, żaden z doradców nie zwrócił naszej uwagi na mały szczegół: spółdzielnia mieszkaniowa pobierała 30 proc. zaliczki, choć formalnie nie miała jeszcze zgody na budowę. Zresztą spółdzielni ufałam, bo wcześniej kupiłam od nich kawalerkę i wszystko było w jak najlepszym porządku. Sprzedałam więc kawalerkę. Wpłaciłam 30 proc. i nic. Nic nie wydarzyło się na placu budowy przez następne dwa lata. Problem z prawem własności do gruntu. Co prawda mogłam się wycofać, ale ceny mieszkań galopowały. A spółdzielnia obiecywała, że wybuduje metr za 4,5 tys. zł, może trochę więcej. W takiej cenie w Warszawie chodziły już mieszkania z wielkiej płyty.

W lutym 2007 r. spółdzielnia wzięła się za kopanie dziury, z której miało wyrosnąć nasze 80 m. Bank zgodził się podpisać ze mną umowę, choć spółdzielnia nie potrafiła określić ostatecznej ceny za metr mieszkania. Bank wykazał się dużą elastycznością. Zgodził się płacić ustaloną kwotę w transzach przez dwa lata. Tyle że w lutym 2007 r. frank był po 2,44 zł. A później kurs już tylko szedł w górę. Żeby zbilansować wpływy, do każdej transzy musiałam dopłacać. Najpierw 2 tys. zł. Później 5 tys. A na koniec 15 tys. W sumie poszło na to ponad 100 tys. zł. A spółdzielnia, zamiast po 4,5 tys., wybudowała mieszkania po 6,8 tys. za metr.

Miałam wielkie plany. Wyobrażałam sobie, że postawimy na ikony design. Starczyło na ikony Ikei, i to na kredyt. Miał być pokój dla dziecka, ale nie ma ani dziecka, ani męża. Nasze małżeństwo się rozpadło. Mąż odszedł z 20-latką. Jestem zakładniczką swoich 80 m. Przez kurs franka kredyt wzrósł o 120 tys. Cena mieszkania spadła. Nawet gdybym je sprzedała i została z niczym, to i tak będę jeszcze na minusie. Żeby poukładać sobie życie, zaczęłam studiować psychologię. Może późno, ale dużo się nauczyłam. Ludzie gonią za mirażami, żeby czasem nie spojrzeć życiu w oczy.

Okiem analityka

Pani Dorota siedzi w branży od 10 lat. Na jej oczach rodził się system masowych kredytów hipotecznych. Z jej perspektywy kredyt hipoteczny to jedna z najlepszych rzeczy, jakie spotkały polskie społeczeństwo. Uzdrowił je, bo dał młodemu pokoleniu szansę na godne życie we własnym mieszkaniu. Pani Dorota kredyt hipoteczny nazywa nawet skokiem cywilizacyjnym. Przyznaje jednak, że nie każdy na ten skok był przygotowany i wykonał go umiejętnie. Niektórzy chcieli więcej luksusu, niż było ich na to stać. Banki też się zachłysnęły możliwościami. To zachłyśnięcie dziś czkawką odbija się klientowi.

Pani Dorota (50 lat) wspomina to tak: na początku klienci podchodzili do kredytów z dużą ostrożnością. Po pierwsze, przerażała ich wizja zobowiązania finansowego na 15, 20 lat. Po drugie, nie każdy mógł sobie na taki kredyt pozwolić; najczęściej trzeba było mieć wkład własny w postaci 20, 30 proc. nieruchomości. Na początku te kredyty wcale nie były takie tanie. Dopiero wprowadzenie kredytów w walutach, w tym we frankach szwajcarskich, spowodowało znaczne obniżenie kosztów.

Pierwszych klientów, którzy brali kredyt we frankach, zahartował wzrost kursu przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. „Franek” doszedł prawie do 3 zł. Ludzie mieli wkłady własne, więc nawet z różnicą kursu nie musieli się bać, że sprzedadzą nieruchomość i zostaną z niczym. Ale po 2005 r. banki wprost prześcigały się w obniżaniu kryteriów. Gdy któryś zaczął dawać na 100 proc. wartości, to konkurencja dawała na 110 proc. Kiedy wprowadzono spłaty rozpisane na 30 lat, to znalazł się bank, który zaczął dawać na 40. Marże były ścinane do pnia, bo banki za wszelką cenę chciały poszerzać udział w rynku kredytów hipotecznych. Centrale narzucały więc oddziałom plany sprzedaży tak wyśrubowane, że zaczęło się psucie rynku. Znam ludzi, którzy odeszli z bankowości, bo widzieli, że to szaleństwo. Na ich miejsce przychodzili jednak inni. Często – byli doradcy finansowi. Pies zaczął zjadać własny ogon, bo klienci w pogoni za luksusem brali za dużo, na za duże mieszkania. Im bliżej 2009 r., tym bardziej przeszacowane.

Robienie z franka szwajcarskiego chłopca do bicia to nieporozumienie. Ten kredyt i tak cały czas bardziej się opłaca niż złotówkowy. Wraz ze wzrostem kursu przeciętna rata wzrosła o około 200–300 zł. Nie dajmy się zwariować, że 300 zł rozbija komuś cały budżet. Problem polega na tym, że kredyt hipoteczny otworzył klientów na inne kredyty. Nagle dostali mieszkanie. Spłata jakoś specjalnie ich nie bolała, więc w ten sam sposób zapragnęli dostać samochód, lodówkę, plazmę. To jest źródło dzisiejszych problemów. To kredyty konsumpcyjne duszą ludzi. Zadłużone karty kredytowe z oprocentowaniem po 27 proc. Kredyty dawane bez żadnych zaświadczeń. Niektórzy uzbierali w ten sposób po 100 tys. zł. Kiedy się to połączy z kredytem hipotecznym i doda wysoki kurs franka, to okazuje się, że rzeczywiście może boleć. Ale najczęściej boli z przejedzenia.

 

Na prośbę bohaterek autor nie podał nazwisk i zmienił ich imiona. Magda i Ania obawiają się, że w razie rozpoznania bank mógłby domagać się wcześniejszej spłaty kredytu ze względu na trudności ze spłatą. Co zresztą zawarte jest w umowie kredytowej.

Polityka 27.2011 (2814) z dnia 28.06.2011; Temat tygodnia; s. 13
Oryginalny tytuł tekstu: "Pokolenie franka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną