Społeczeństwo

Niech świecą neony!

Neony wracają na warszawskie ulice

Moda na ratowanie neonów obiegła Polskę. W całym kraju działają ludzie, którzy starają się przejmować opiekę nad starymi reklamami świetlnymi, zbierać fundusze na ich odrestaurowanie i utrzymanie. Moda na ratowanie neonów obiegła Polskę. W całym kraju działają ludzie, którzy starają się przejmować opiekę nad starymi reklamami świetlnymi, zbierać fundusze na ich odrestaurowanie i utrzymanie. Anna Musiałówna / Polityka
W PRL były symbolem wielkiego świata, choć często reklamowały coś, czego w sklepach nie było. Dzisiaj młode pokolenie docenia ich artystyczny kształt i walczy o to, by neony nie znikały z ulic.
Podczas ostatniej stołecznej nocy muzeów wielkim zainteresowaniem cieszyła się ekspozycja w młodym muzeum neonów.Anna Musiałówna/Polityka Podczas ostatniej stołecznej nocy muzeów wielkim zainteresowaniem cieszyła się ekspozycja w młodym muzeum neonów.
W najlepszym dla neonów okresie, czyli w latach 60. i 70., niemal każdy sklep, kawiarnię, bibliotekę czy dom handlowy ozdabiały świetliste litery.Anna Musiałówna/Polityka W najlepszym dla neonów okresie, czyli w latach 60. i 70., niemal każdy sklep, kawiarnię, bibliotekę czy dom handlowy ozdabiały świetliste litery.
Tadeusz Gocławski i Ryszard Karłowski, fachowcy od świecącej reklamy (z Reklamy)Anna Musiałówna/Polityka Tadeusz Gocławski i Ryszard Karłowski, fachowcy od świecącej reklamy (z Reklamy)

Noc Muzeów 2011 r. Miasto tętni życiem. Pofabryczne wnętrza starej Cukierni na warszawskiej Pradze rozświetla kolorowy blask. Na ścianach ledwo mieszczą się świetliste litery. Sarenka, Ambasador, Cepelia, Berlin. Wyglądają pięknie, ale nieco dziwnie upchnięte w ciasnych wnętrzach. Przez dwie niewielkie sale w sumie przewinie się tej nocy ponad 5 tys. osób.

To pierwsza prezentacja kolekcji powstałego w 2010 r. Muzeum Neonów. Nie ma ono jeszcze siedziby i działa głównie wirtualnie (www.neonmuzeum.org), ale jego twórcy – mieszkająca od 1991 r. w Londynie fotografka Ilona Karwińska i jej siostrzeniec 22-letni Witold Urbanowicz – i tak mają ręce pełne roboty. – Nie ma tygodnia, żeby nie dzwonił do nas ktoś w sprawie interwencji – opowiada Witek. Ludzie zgłaszają neony, które niszczeją albo które ktoś właśnie likwiduje. Wtedy Karwińska z Urbanowiczem włączają się do akcji, negocjują, dyskutują, a gdy nie uda się przekonać właścicieli, że neon powinien zostać na swoim miejscu – przygarniają niechciane litery.

Pogotowie dla świetlówek

W najlepszym dla neonów okresie, czyli w latach 60. i 70., niemal każdy sklep, kawiarnię, bibliotekę czy dom handlowy ozdabiały świetliste litery. Najbardziej reprezentacyjne miejsca miasta, takie jak chociażby warszawskie Domy Towarowe Centrum, spowijało kilkanaście kilometrów rurek wypełnionych neonem i argonem. Do dzisiaj zostało zaledwie kilkadziesiąt neonów. Większość od dawna nie świeci. Znikają jeden po drugim, często razem z budynkami, na których były zamontowane.

Gdy Karwińska w 2006 r. przyjechała z wizytą do rodziny, postanowiła sfotografować napisy, które zrobiły na niej kiedyś ogromne wrażenie. Odkryła, że czerwony neon Berlin przy placu Konstytucji zniknął. Fotografka ruszyła na poszukiwania i odnalazła porzucone litery na jednym z podwórek. – Nie mogłam ich tak zostawić – wspomina. Z jeszcze większym zapałem wzięła się za dokumentowanie znikających z dnia na dzień reklamowych napisów. Wydała album „Warszawa Polski Neon”, który spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem w Polsce i za granicą, przygotowała kolejny, który w sierpniu ukaże się w nowojorskim wydawnictwie, zorganizowała jesienią 2007 r. w Londynie, Luksemburgu, Wrocławiu i Warszawie wystawy prezentujące zdjęcia zrobione na stołecznych ulicach. Wszędzie woziła ze sobą czerwony Berlin. Z czasem dołączyło do niego Kino Praha, odkupione od robotnika pracującego przy rozbiórce budynku, oraz Tkaniny Dekoracyjne, które przekazał jej właściciel likwidowanego sklepu. To one stały się zaczątkiem muzeum.

Na co dzień muzealne neony spoczywają w garażu na Bródnie.

Najbardziej skomplikowana jest Restauracja Ambasador; neonowe rurki kilkukrotnie zaginane, pozawijane. Najwięcej liter ma Główna Księgarnia Techniczna. Najstarsza jest Cepelia z lat 50. Największy z neonów – Jubiler – stoi przed wejściem, bo się nie mieści w drzwiach i nie można go wnieść do środka. Ma osiem metrów długości i cztery wysokości. Powstał w latach 80., wisiał na budynku przy Al. Jerozolimskich. Dwa lata temu właściciel postanowił go zdjąć – po tym, jak wspólnota podniosła czynsz za wynajem powierzchni.

W sumie jest ich 20. Kolekcja rośnie zwłaszcza po tak głośnych akcjach jak prezentacja zbiorów w Noc Muzeów. Ostatnio dołączył Hotel Saski – zdjęty z remontowanego budynku przy pl. Bankowym. Tym razem przekazanie liter odbyło się uroczyście i z pompą. Właściciele budynku, w którym powstać ma biurowiec, zdecydowali się odrestaurować neon i przekazać muzeum.

Ustawione pod ścianami garażu, wygaszone litery z bliska robią wrażenie ogromnych i topornych. Dopiero na budynkach zyskują na lekkości i finezji. – Największy sens miałoby, gdyby pozostawały na swoich pierwotnych miejscach, dopiero tam można docenić ich prawdziwy urok – zaznacza Witold.

Ostatnio udało się to z neonem biblioteki publicznej z ul. Grójeckiej – wspartą na książce syrenką. Początkowo dekoracja miała zniknąć z budynku, ponieważ biblioteka zmieniała siedzibę, jednak dzięki interwencji muzeum, które zebrało pieniądze na jego pozostawienie na elewacji budynku – syrenka będzie świecić (na razie co prawda tylko przez godzinę dziennie).

Szukając specjalistów, którzy pomogą odrestaurować neony, Ilona i Witek trafili do pracowników firmy Reklama – tych samych ludzi, którzy kilkadziesiąt lat temu te neony montowali. – Kiedy przyszliśmy do nich z Berlinem, nie pojmowali, jak można się interesować starymi neonami, przekonywali, że taniej jest zrobić nowy – wspomina Urbanowicz. Majstrowie z Reklamy pomogli jednak młodym zapaleńcom.

 

 

Stara gwardia

Warszawskie Szmulki. Obok walących się czynszowych kamienic wyrastają nowe bloki, w których nikt jeszcze nie mieszka. Na tyłach wielkich magazynów meblarskich znajduje się mały warsztat. Przy wejściu wisi dziwna pokiereszowana metalowa konstrukcja. Jeśli się jej przyjrzeć, można rozpoznać kształt motyla o wielu skrzydłach. W warsztacie dwa wielkie stoły, na jednym z nich zielone metalowe pudła liter. – To Księgarnia Naukowa z Krakowskiego Przedmieścia. Na tych blaszanych skrzynkach montuje się szklane rurki wypełnione świecącym gazem – wskazuje na zielone blachy Jacek Hanak, dyrektor produkcji firmy Reklama. – Zdjęliśmy, bo się ledwo trzymała. Ale tak to jest w dobrym stanie. Pewnie nie wróci już na miejsce. Miasto nie chce dołożyć do jej utrzymania, a właściciela nie stać. Godzina świecenia neonu kosztuje ok. 1 zł. Droga jest konserwacja, ale dobrze przygotowany neon może przetrwać długo bez napraw.

Niektóre, dobrze zakonserwowane, świecą nawet po 30 latach – opowiada pan Ryszard, uderzając palcem w litery. Pracuje tu od 20 lat. Jest najmłodszy stażem. Najstarszy pracownik, pan Stanisław, majster elektryk związany jest z firmą od 1964 r. Pamięta czasy, kiedy szklane rurki woziło się do montażu furmanką albo tramwajem. Jego pierwszym neonem był napis Kino Palladium przy ulicy Złotej. Ile ich później zamontował, nawet nie pamięta, na pewno były ich setki. – Domy Centrum, Dworzec Centralny, Pałac Kultury. Wszystkie robiliśmy – mówi. Brakuje mu starych neonów. – Ładnie wyglądała wtedy Warszawa. Podobała mi się bardziej niż teraz – mruczy.

W Reklamie pracuje siedem osób. W latach świetności Stołeczne Przedsiębiorstwo Instalacji Reklam Świetlnych, na gruzach którego po transformacji powstała firma, zatrudniało 350 pracowników. Miało monopol na wykonywanie i tworzenie neonów w Warszawie i okolicach. Studio projektowe pod okiem Jacka Wyczółkowskiego, wówczas szefa pracowni projektowej, dzisiaj dyrektora firmy, przygotowywało kilkanaście projektów miesięcznie. Wyczółkowski pamięta czasy tzw. neonizacji – kiedy ambicją władz było nadanie stolicy charakteru europejskiej metropolii przez rozświetlenie jej setkami reklam. Raz w miesiącu robili objazd miasta, a następnie meldowali o stanie neonów w Biurze Naczelnego Plastyka. Pod ich opieką było w najlepszym okresie tysiąc obiektów.

Dzisiaj zleceń jest mało. – Ludzie wolą kasetony. Ledy (od ang. light-emitting diode – święcące diody elektroluminescencyjne, energooszczędne źródło światła). To tanie jest. Litera przestrzenna jest droższa. Lepiej kupić komputer i ploter (elektroniczną wycinarkę – przyp. red.). Z praktycznego punktu widzenia nie ma powodu, żeby robić neony – przyznaje ze smutkiem dyrektor Hanak, który w firmie pracuje od 1976 r.

Na ratunek siatkarce

Teraz to się robi literkę z aluminium, nie rdzewieje, umalowana jest, to nie widać różnicy. Dla nas łatwiej, bo można wyciąć na ploterze, nikt się nie kapnie. A po staremu, to najpierw rysunek musi być, potem trzeba to odrysować na blasze, wyciąć ręcznie. Kupa roboty. Teraz można używać kolorowanych rurek, mają wyraźniejsze, mocniejsze kolory. Efekt ten sam. Ale artyści tego nie chcą. Chcą po staremu, białe rurki, cynkowa blacha – śmieje się pan Ryszard, który współpracował z Muzeum Neonów, a wcześniej pomagał artystce Paulinie Ołowskiej przygotować według oryginalnych projektów nieistniejące już trzy neony na wystawę sztuki współczesnej w austriackim Grazu. Powstały wielkie kwiaty z Kruczej, mrugająca okiem krówka ze szklanką zachęcająca do picia mleka, którą wszyscy pamiętają z filmu „Nie lubię poniedziałku”, i trzy babuszki ze sklepu Natasza. – Bo w ogóle Ołowska to była pierwsza – zaznacza ślusarz, który towarzyszył artystce podczas wystawy.

Rzeczywiście – dyskusja o neonach i ich druga młodość zaczęła się od siatkarki z placu Konstytucji, gdy absolwentka ASP, w maju 2006 r., kilka miesięcy przed przyjazdem Ilony Karwińskiej do kraju i historią z Berlinem, zorganizowała artystyczny happening i zebrała pieniądze na odrestaurowanie i zachowanie w pierwotnej lokalizacji neonu zaprojektowanego przez znanego grafika Jana Mucharskiego w 1960 r. Przedstawia on siatkarkę rzucającą piłkę, która spada z budynku przez kilka pięter. Teraz Ołowska razem z Muzeum Sztuki Nowoczesnej stara się o pozwolenia na zamontowanie odtworzonych na potrzeby wystawy w Grazu neonów w pierwotnych lokalizacjach. Projekt miał być realizowany w ramach dotacji dla Europejskiej Stolicy Kultury, przegrana Warszawy w staraniach o ten tytuł może przekreślić szanse na powrót neonów.

W latach 90. wszystko, co kojarzyło się z Peerelem, było skrzętnie niszczone jako wstydliwy dowód podporządkowania się systemowi – mówi Tomasz Fudala, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które niedawno włączyło do swoich zbiorów neon Kina Skarpa, jako przykład wzornictwa lat 60. – Przez to doświadczenie wiele osób nie dostrzega, że w tamtych latach mieliśmy naprawdę dobre wzornictwo, nowoczesne. Neony są tego najlepszym przykładem.

Były fenomenem. Do ich projektowania zatrudniano wybitnych architektów, artystów plastyków, malarzy – m.in. Tadeusza Gronowskiego, Eryka Lipińskiego, wspomnianego Mucharskiego. Często łamali oni kanony, eksperymentowali z liternictwem. Napisy Kawiarnia i Kwiaciarnia były delikatne i filuterne, Mydlarnia unosiła się jak bąbelki, PZU miał wyrażać pewność, stabilność. Twórców nie krępowały żadne przestrzenne ograniczenia – świetliste kwiaty mogły mieć wysokość czterech pięter. Niezwykle ważne było też to, że neony powstawały równolegle z koncepcją architektoniczną budynków, jako ich integralna część. Wszystkie projekty były dopracowane w najmniejszych szczegółach – najpierw sporządzano projekt plastyczny, elektryczny i konstrukcyjny, następnie naczelny plastyk opiniował i akceptował pomysł, biorąc pod uwagę położenie obiektu, to jak komponuje się z otoczeniem. Choć zabierało to dużo czasu (niektóre projekty powstawały nawet trzy lata), gwarantowało spójność w przestrzeni miasta. – Dzisiaj zatraciliśmy respekt dla nadzoru architektonicznego nad miejską przestrzenią. Jesteśmy atakowani przez nachalne reklamy z każdej strony. I tu czegoś mogą nas nauczyć stare neony – zaznacza Fudala.

Neomoda

Klubokawiarnia Warszawa Powiśle. Tłum ludzi rozlewa się wokół małego budynku z wielkim dachem, na którym świecą neonowe litery. To jedno z najmodniejszych miejsc w stolicy. Powstało w modernistycznym budynku dawnych kas PKP. Przez wiele lat okrąglak stał opuszczony. Dwa lata temu wynajęli go młodzi ludzie. Odrestaurowali budynek i neon. – To miejsce robi dla wzrostu świadomości wartości dawnej architektury więcej niż niejedna wystawa – podkreśla Tomasz Fudala. – Jest żywą reklamą tego, że modernizm mógł mieć swój sens i ciekawy wyraz architektoniczny.

Orędownikiem tej tezy jest młode pokolenie artystów, designerów i krytyków, które chętnie sięga po inspiracje właśnie do lat 60. Ci sami ludzie, którzy walczą o neony, stają w obronie wyburzanego Supersamu, budynku Chemii, który spotkał ten sam los, czy doceniają architekturę Dworca Centralnego, przez starsze pokolenie wciąż uważanego za komunistyczne szkaradztwo. – Wreszcie budzi się świadomość wartości architektury tego miasta – tłumaczy Fudala. – Nie ma ono tak naprawdę zbyt wiele substancji zabytkowej, a dokonania modernizmu mogłyby wejść w tę rolę i stanowić o jego atrakcyjności.

Moda na ratowanie neonów objęła już całą Polskę. W Internecie są dziesiątki poświęconych im blogów i forów. W Katowicach, Wrocławiu, Białymstoku, Poznaniu działają ludzie, którzy starają się przejmować opiekę nad starymi reklamami świetlnymi, zbierać fundusze na ich odrestaurowanie i utrzymanie. Dzięki nim np. w Katowicach powstać ma ściana, na której pojawią się uratowane neony. A we Wrocławiu złodziej z reklamy PZU wciąż skrada się wzdłuż napisu, świeci lew z zoo i wita przyjezdnych Dobry Wieczór We Wrocławiu. Ostatnio zamontowano tu siedmiometrową neonową reklamę nawiązującego do peerelowskiego stylu bistro: Lorneta z Meduzą.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną