Ukraińcy po pracę do Polski

Jewropa
Każdy może sobie ściągnąć Ukraińca do pracy. Każdy może też go oszukać. No bo przecież ktoś nam musi zbudować ten kapitalizm.
Obcokrajowcy z założenia są na przegranej pozycji wobec pracodawcy.
Leszek Zych/Reporter

Obcokrajowcy z założenia są na przegranej pozycji wobec pracodawcy.

Polsko-ukraińskie przejście w Medyce.
Jacenty Dedek/Reporter

Polsko-ukraińskie przejście w Medyce.

Natalia Kiwszyk z zawodu jest projektantką mody. Od sześciu lat projektuje ludziom życie. Kojarzy ze sobą pracodawców z Polski i pracowników z Ukrainy.
Iwona Burdzanowska/Agencja Gazeta

Natalia Kiwszyk z zawodu jest projektantką mody. Od sześciu lat projektuje ludziom życie. Kojarzy ze sobą pracodawców z Polski i pracowników z Ukrainy.

Wszystko, kurwa, przez ten złamany nos. A nos rzeczywiście złamany jest pięknie. Kubistycznie, można by powiedzieć. Tyle że Andriej nie czeka na miłośników kubizmu. Interesują go pracodawcy. Konkretnie faceci w Oplach Astrach i butkach z hipermarketu, którzy pańskim gestem pokazują palcem: ty i ty na tylne siedzenie. Ale jak widzą ten jego nos, to często im się palec omsknie i stojącego obok pokazują. Bo facetowi z nosem i posturą boksera trudno na koniec dnia powiedzieć, że stawka jednak uległa zmianie. I Andriej stoi jak ten ciul. Ciul to nowe słowo. Nauczył się go w Polsce. Zna też inne: zapierdalać, robole i ustna umowa. Żadne z tych słów mu się nie podoba. Ale wielokrotnie słyszał też ciąg dalszy: jak się nie podoba, to wypier… na Ukrainę.

Na razie wyp… na miasto, bo po dwóch godzinach stania nie złapał dzisiaj żadnej roboty. A stoi się przy ulicy Majdańskiej w Warszawie. 100 m od warszawskiego Urzędu Pracy. 200 m od komisariatu policji. Stoi się od 7 do 9, góra 10. Trzeba tylko dobrze się ustawić. Bliżej komisariatu stoją Polacy. Po drugiej stronie placu – Ukraińcy. Łatwo się pomylić, bo z wyglądu niewiele się różnią. Podejdziesz i spytasz: druhyj do farbowania? A tu zaraz się któryś wyrwie, że tutaj to się bierze do malowania, bo tu Polska stoi. Jedni i drudzy jarają szlugi. Polacy pochłonięci są dyskusjami o naprawianiu państwa. A Ukrainiec do Ukraińca nie gada. Bo i o czym. Jak naprawić Ukrainę? Pomoże Boże.

Około godziny 10 robi się pusto, bo otwierają się okoliczne sklepiki i właściciele dzwonią po straż miejską, że im element klienta odstrasza. I tak dzień w dzień. Od prawie 20 lat. Ale tego Andriej pamiętać nie może, bo 20 lat temu nie miał jeszcze złamanego nosa, mieszkał w ZSRR i nawet mu do głowy nie przyszło, że będzie żebrał za pracą w Polsce. Bo co to jest, ta Polska? Ot, takie ludzie, co to na handel przyjeżdżali. Dżins z Turcji ciągnęli. A teraz, ech szkoda gadać. I Andriej przestaje gadać. Wzrok ma nieobecny. A po chwili znowu zaczyna, bo z tym nosem to było tak.

Niemoc kontrolowana

Po prostu złamali. Jak, kto, co? A ty co, milicja? Denerwuje się, bo już drugi dzień z rzędu żadna robota mu się nie trafiła. Do Polski przyjechał trzy miesiące temu. Byłby wcześniej, ale musiał pieniędzy na papiery dozbierać. Normalnie to pozwolenia po 400 dol. chodzą. Ale jemu drożej zaśpiewali. Przez ten nos. Na papierach stało, że pojedzie pracować do hurtowni owoców cytrusowych pod Warszawę. Nawet się ucieszył, bo banan jest zdrowy i pożywny. A pośrednik w śmiech, a ty co, małpa? Banany lubisz, to w sklepie choćby i 100 kilo kupisz. W Polsce robota na ulicy leży. A płace jewropejskie.

Zresztą tej hurtowni to nawet nie ma co szukać, bo ona tak na sztukę jest pisana. Prawo takie. Pieczątka ma być, nazwa firmy ma być. A sama hurtownia – niekoniecznie. A dalej to wsiadasz w autobus, jedziesz i radź sobie sam. Duży jesteś, silny. Radę sobie dasz. Rozwalał już ściany, wynosił gruz, pilnował parkingu. Ale złapali go, że przysnął. I znów wylądował na Majdańskiej. Fajki z Ukrainy się skończyły. Dziewczyny na łacha bez pieniędzy nawet nie spojrzą. Jak się tutaj nie wkurwiać? Bilet na powrót kosztuje prawie 200 zł. No i te dolary pożyczone na wyjazd oddać jeszcze trzeba. I znów wzrok ma nieobecny.

Hurtownia, do której oficjalnie przyjechał Andriej, ma dwa numery: KRS i komórkę. Komórka milczy, a na KRS nie da się zadzwonić. Jak na firmę, która prowadzi działalność wymagającą ściągania z Ukrainy kilkudziesięciu pracowników rocznie, to nie dba zbytnio o promocję i reklamę. Sporządzona przez Straż Graniczną lista firm, które hurtowo wystawiają wnioski o zamiarze powierzenia wykonywania pracy obywatelom Ukrainy, jest długa i pełna takich, które ograniczają się właściwie do adresu i KRS. Lista jest płynna, bo firmy szybko powstają i szybko znikają. Powtarzają się tylko miasta, czasem adresy. Ząbki, Marki, Sochaczew, Sulejówek, Łowicz.

Chłop, co ma kilka hektarów, potrafi wystawić Ukraińcom ponad 300 oświadczeń. My wiemy, że to słup, ale nic nie możemy z tym zrobić – mówi proszący o anonimowość urzędnik. Na swój sposób wszystko to odbywa się w świetle prawa. – Ustawodawca nałożył na nas obowiązek rejestrowania tych oświadczeń – tłumaczy Wanda Adach, szefowa warszawskiego Urzędu Pracy – ale nie poszły za tym żadne środki. Nie mamy narzędzi i właściwie obowiązku prowadzenia statystyki, ilu obcokrajowców ściąga dana firma czy osoba. A ściągać może właściwie każdy.

Dlatego skala jest przytłaczająca. W warszawskim Urzędzie Pracy dwóch urzędników przyjmuje kilka tysięcy oświadczeń miesięcznie. Tylko w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy tego roku w Powiatowym Urzędzie Pracy w Warszawie zarejestrowano 17 144 oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom. Przy takim przerobie nie ma co liczyć, że ktoś będzie analizował, jak to jest, że przez malutką firemkę założoną w podwarszawskiej kawalerce przewija się sześciuset Ukraińców rocznie.

Państwo liczy, że zajmie się tym Straż Graniczna. I zajmuje. Tyle że na Warszawę i okolicę jest nieco ponad 50 funkcjonariuszy operacyjnych, którzy mają łapać kontrabandę, szukać narkotyków, wyłapywać nielegalnych Wietnamczyków, ścigać handel żywym towarem. Jak ktoś pracuje nielegalnie, niech go ściga Państwowa Inspekcja Pracy – mówią w Straży Granicznej. A w PIP rozkładają ręce, bo od tych spraw mają sześciu kontrolerów na całe województwo.

Dokumenty rejestrowane są przez urzędy pracy, a przekroczenia granicy przez Straż Graniczną. Nie ma żadnego systemu, który spajałby te informacje, a do którego mielibyśmy dostęp – mówi Tomasz Adamski, zastępca do spraw nadzoru Okręgowego Inspektoratu Pracy w Warszawie. Ale – zapewnia – radzą sobie, jak mogą. – Na miejsce możemy wysłać również pracowników merytorycznych bez uprawnień do prowadzenia samodzielnej kontroli z innych sekcji, w celu dokonania ustalenia miejsca wykonywania pracy, szacunkowej liczby wykonujących prace oraz nazwy podmiotów powierzających pracę ze źródeł ogólnodostępnych, np. tablicy informacyjnej budowy – dodaje dyrektor Adamski. Jak z daleka rozpoznać, czy na budowie pracuje Polak czy Ukrainiec? Tomasz Adamski przyznaje, że nie wie.

Po tej litanii niemocy Andriej właściwie nie powinien niczego się bać. Musi tylko na chwilę zmienić targ pracy.

Po co pisać o tej Majdańskiej. Przełożeni przeczytają. Każą pojechać, spektakularną akcję wyłapywania zrobić. Do mediów komunikat wysłać. A za tydzień to samo będzie – dodaje zrezygnowany funkcjonariusz Straży Granicznej.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną