Społeczeństwo

Z rodziną wśród zwierząt

Rozmowa z autorem książki „Kupiliśmy zoo”

Benjamin Mee – brytyjski dziennikarz, który w 2007 r. został właścicielem ogrodu zoologicznego w Dartmoor w hrabstwie Devon. Benjamin Mee – brytyjski dziennikarz, który w 2007 r. został właścicielem ogrodu zoologicznego w Dartmoor w hrabstwie Devon. Anzenberger / Forum
Benjamin Mee, brytyjski autor książki „Kupiliśmy zoo”, na podstawie której nakręcono film z Mattem Damonem i Scarlett Johansson, opowiada o tym, czy można tak po prostu nabyć ogród zoologiczny i co potem.
Scarlett Johansson i Matt Damon w filmie „Kupiliśmy zoo”20th Century Fox/materiały prasowe Scarlett Johansson i Matt Damon w filmie „Kupiliśmy zoo”
Rosemoor Wildlife Park to filmowa namiastka prawdziwego ogrodu zoologicznego w Dartmoor.20th Century Fox/materiały prasowe Rosemoor Wildlife Park to filmowa namiastka prawdziwego ogrodu zoologicznego w Dartmoor.

Joanna Ozdobińska: – Czy można tak po prostu kupić zoo?
Benjamin Mee: – Sam z niedowierzaniem myślę o tym wydarzeniu. Było tak, że sześć lat temu szukałem nowego domu dla mamy, ponieważ mieszkała sama po śmierci mojego ojca. Mieli z nią zamieszkać mój brat i siostra razem z dziećmi, więc chcieliśmy kupić coś dużego. A jedną z ofert naszego agenta był dom, który – jak się potem okazało – był elementem prywatnego parku zoologicznego, położonego w angielskim hrabstwie Devon. Oczywiście początkowo nie mogliśmy uwierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe.

Czy na świecie są inne prywatne ogrody zoologiczne takie jak Dartmoor Zoo?
Tak, wiem o dwóch innych w Europie. Zdarzyło mi się odebrać telefony od osób zastanawiających się nad kupnem takiego miejsca, które prosiły mnie o radę. Za każdym razem mówiłem im, żeby pod żadnym pozorem tego nie robili! (śmiech). Jedna z tych osób mnie posłuchała, druga nie.

Jak się pan nauczył prowadzić zoo?
Początkowo byłem przerażony. Z pomocą przyszedł mi lokalny inspektor ochrony środowiska, który podpowiedział, że powinienem zatrudnić nadzorcę zwierząt, który zna się na tym, i słuchać tej osoby. Oczywiście, jest to biznes, planowanie wydatków, ale przecież same zwierzęta wymagają uwagi. Trzeba przedkładać dobro i zdrowie zwierząt w budżecie nad wszystko inne. Poprzedni właściciel był bardzo trudny w kontaktach. Zoo doprowadził do bardzo złego stanu. Zdarzało się, że mierzył do inspektorów z naładowanej broni, gdy przychodzili. Ja obiecałem im, że nie będę do nich mierzył z broni tak długo, jak jestem właścicielem zoo, i na razie udało mi się dotrzymać słowa.

Kiedy zdecydował się pan napisać książkę „Kupiliśmy zoo”?
Ponieważ nie miałem pojęcia o prowadzeniu zoo, od początku zacząłem spisywać wszystko, co dotyczyło kierowania nim, uczenia się go krok po kroku. Wydawało mi się, że wiem trochę o psychologii zwierząt, ale nie znałem się kompletnie na interesach. Za to miałem doświadczenie z pisaniem – przez dłuższy czas publikowałem felietony w brytyjskim dzienniku „The Guardian”. Długo nie wspominałem w redakcji, że kupuję zoo, ale w końcu postanowiłem to ujawnić. Skończyło się na tym, że zacząłem pisać o naszym zoo do gazety, a potem powstała książka, która ukazała się na całym świecie, a teraz została sfilmowana.

Jaki wpływ na całą rodzinę miało zamieszkanie w zoo?
Moja żona zmarła na raka tuż po tym, gdy kupiliśmy ogród. Przeżyliśmy jako rodzina tragedię, ale dzięki zoo nasze życie się nie zatrzymało. Zwierzęta nadal trzeba było nakarmić, sprzątnąć wybiegi i klatki, zrobić zakupy i opłacić pracowników. W trakcie negocjacji przy zakupie zoo pomyślałem sobie, że jesteśmy tacy sami jak zwierzęta – po prostu kolejna rodzina ssaków, które są w stanie zająć się innymi ssakami, zapewnić im godne życie. Córka i syn aktywnie uczestniczą w życiu zoo, a w weekendy, gdy nie chodzą do szkoły, zajmują się zwierzętami i sami robią prezentacje na ich temat przed odwiedzającymi. Wiem, że są w zoo całkowicie bezpieczni.

Jakie jest pana zdanie na temat krytykowania ogrodów zoologicznych przez organizacje walczące o prawa zwierząt?
Interesuje mnie dyskusja na ten temat. Gdy kupiliśmy zoo, byłem właśnie w trakcie pisania książki o zwierzęcej inteligencji, której zresztą później przez natłok zajęć nie udało mi się skończyć. Pomyślałem wtedy, że mógłbym połączyć przyjemne z pożytecznym i dalej pracować, obserwując zwierzęta. Początkowo mieliśmy problemy z organizacją walczącą o prawa zwierząt. Jej członkowie przecięli ogrodzenie wybiegu dla jeleni, zanim jeszcze przejęliśmy zoo, ale żadne ze zwierząt nie uciekło – wcale nie chciały wychodzić poza teren wybiegu. Zawsze chciałem zadać im pytanie: skoro uważają trzymanie zwierząt w zoo za nieodpowiednie, to co mogą zaproponować w zamian? Na przykład w przypadku jaguarów, których naturalne środowisko życia w puszczy amazońskiej jest praktycznie całkowicie zniszczone. Niedługo niektóre gatunki zwierząt w zoo będą w ogóle jedynymi egzemplarzami na świecie. Więc jestem jak najbardziej otwarty na dyskusje i propozycje tego, jak podtrzymać przy życiu ostatnie żyjące sztuki.

Czy wyobrażał sobie pan, że historia pana rodziny trafi do Hollywood?
Gdy pisałem książkę „Kupiliśmy zoo”, miałem nadzieję, że mogę zwrócić uwagę czytelników na nasze małe Dartmoor Zoo. Ale nigdy w taki sposób, stając się materiałem na scenariusz filmowy.

 

 

Scenariusz „Kupiliśmy zoo” przeniósł placówkę z Anglii do Kalifornii. Nie sprzeciwiał się pan temu?
Na samym początku miałem wątpliwości i nalegałem, żeby film był kręcony u nas. Niestety, zdjęcia wypadały w europejską zimę, a filmowcy potrzebowali ładnych widoków i słonecznej pogody. Poza tym bardzo cierpliwie wytłumaczono mi tajniki powstawania filmów z żywymi zwierzętami, które muszą być wytresowane i odpowiadać na komendy opiekunów. W rzeczywistości jest tak, że jeśli chcemy zwrócić uwagę kilku lwów na jakąś rzecz, to będziemy mieli ogromne szczęście, jeżeli choć jeden popatrzy w danym kierunku. Szybko dostrzegłem logikę kręcenia takiego filmu w Hollywood. Dodatkowo do zmiany zdania przekonały mnie producentka Julie Yorn i autorka scenariusza Aline Brosh McKenna, które wytłumaczyły, bardzo spokojnie i cierpliwie, że jeśli akcja filmu będzie miała miejsce w deszczowej Anglii, nie zobaczy go tylu widzów, ilu powinno.

W porównaniu z książką zostało zmodyfikowanych też kilka faktów z życia pana rodziny, w tym moment śmierci pana żony. Nie czuł się pan nieswojo, czytając scenariusz?
Nie aż tak bardzo. Takie zmiany to bardzo delikatna sprawa. Można ich dokonać subtelnie albo nieumiejętnie. Podobno ludzie nie lubią oglądać samej tragedii, ale to, jak inni sobie z nią radzą. I tak naprawdę historia opisana w mojej książce jest także o odbudowywaniu rodziny poprzez odnawianie i przygotowywanie zoo do otwarcia. To jest część, na której scenarzyści najbardziej się skupili.

Podobało mi się to, że filmowy Benjamin Mee bardzo dba o wspomnienia i troszczy się o małe rzeczy, które przypominają mu zmarłą żonę. Jest restauracja w Londynie, do której już nie chodzę, bo przeżyliśmy tam z moją żoną wiele cudownych chwil. Są produkty w supermarkecie, których już nie kupuję, bo kiedyś kupowałem je dla niej.

Jak ocenia pan Matta Damona?
To zaszczyt i przyjemność, że mnie zagrał. Producenci zapytali mnie na samym początku, czy widziałbym konkretnego aktora w mojej roli. Nie miałem gotowej odpowiedzi, bo przecież nikt z nas nie myśli o tym, który aktor czy aktorka mógłby zagrać nas w filmie. Zapytałem moich przyjaciół, kto mógłby to być, i pierwszą sugestią był Hugh Grant! Nikt nie zaproponował Seana Connery’ego, którego bardzo lubię. Padały też nazwiska Owena Wilsona, Bena Stillera, Ewana McGregora. Matt Damon też był wśród propozycji moich przyjaciół i teraz wiem, że to doskonały wybór. Mamy podobne poczucie humoru. Matt Damon potrafi rozśmieszać w subtelny sposób. Uwielbiam go we wszystkich filmach z serii „Ocean’s”, bo jego postać ma w sobie dużo pewności siebie i autoironii.

Czy Matt Damon i reżyser Cameron Crowe rozmawiali z panem o roli i postaci?
Nie. Ja i moje dzieci pojawiliśmy się, co prawda, na planie filmu dwa tygodnie przed zakończeniem zdjęć, ale pomyślałem, że spotkanie w momencie, gdy zagrał większość scen ze mną, może być dla Matta dość dziwnym doświadczeniem. Może rozproszy się, zdekoncentruje, a może nawet przestraszy? Ja na pewno bym się zestresował w takiej sytuacji. Jeśli chodzi o Camerona Crowe’a, to najbardziej zainteresowało mnie, w jaki sposób poznał mój tok myślenia. W scenariuszu są fikcyjne zdarzenia, ale wiem, że gdyby miały miejsce, to zachowałbym się dokładnie tak, jak opisał to Cameron.

Jak się miewa Dartmoor Zoo w tej chwili?
Trzyma się na włosku. Mieliśmy bardzo dobry ubiegły rok, ponieważ w lecie nie padało tak często jak przez poprzednie cztery lata. Niestety, 65 proc. rocznych obrotów naszego zoo przypada na lipiec i sierpień, a globalne ocieplenie sprawia, że lata w Anglii są raczej mokre i deszczowe. Ludzie wybierają wtedy wizytę w akwarium, ponieważ jest pod dachem. Słońce wychodzi we wrześniu i październiku. W ubiegłym roku było słonecznie od wiosny do końca lata, więc mieliśmy jeden dobry sezon z pięciu lat działalności. Mam nadzieję, że ten rok będzie jeszcze lepszy, do czego przyczyni się ten film. Zoo zjada bardzo dużo pieniędzy. Potrzebujemy po prostu stałego napływu odwiedzających. Proszę pamiętać, że ja odpowiadam nie tylko za moją rodzinę, ale również za moich pracowników, no i za zwierzęta.

*

Benjamin Mee – brytyjski dziennikarz, który w 2007 r. został właścicielem ogrodu zoologicznego w Dartmoor w hrabstwie Devon. Na 33 akrach hoduje m.in. tygrysy, lwy, niedźwiedzie, wilki, tapiry, surykatki, małpy i gady. Swoje doświadczenia opisał w książce „Kupiliśmy zoo” (wydanej w Polsce przez W.A.B. w 2011 r.), która stała się podstawą scenariusza hollywoodzkiego filmu pod tym samym tytułem, w reżyserii Camerona Crowe’a. Film można oglądać w polskich kinach od 16 marca.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Schematy z rodzinnego domu

Małżeństwo: jak odgrywamy w nim role wyuczone jeszcze w dzieciństwie.

Agnieszka Paczkowska
04.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną