Społeczeństwo

Piękności nocy

Lewandowski realizuje swój sen

Robert Lewandowski zrealizował swój sen w ciągu niecałych trzech lat, bo tyle minęło od jego transferu z Lecha Poznań do Borussii Dortmund. Robert Lewandowski zrealizował swój sen w ciągu niecałych trzech lat, bo tyle minęło od jego transferu z Lecha Poznań do Borussii Dortmund. ICON SPORT / Newspix.pl
Robert Lewandowski, lat 24, strzelając cztery bramki Realowi Madryt, stał się prawdopodobnie najbardziej znanym Polakiem na świecie. W globalnym panteonie sławy zajął miejsce obok, starszego o pokolenie, Zbigniewa Bońka. Czy po finale Ligi Mistrzów dorówna mu także pod względem triumfów w europejskich pucharach?
Boniek jeszcze przez wiele lat po transferze był ostoją reprezentacji.Maciej Śmiarowski/Newspix.pl Boniek jeszcze przez wiele lat po transferze był ostoją reprezentacji.
Przed 7 laty Znicz Pruszków wykupił Lewandowskiego z rezerw Legii Warszawa za 5 tys. zł.Michał Nowak/Newspix.pl Przed 7 laty Znicz Pruszków wykupił Lewandowskiego z rezerw Legii Warszawa za 5 tys. zł.

Nic nie szkodzi, że w następnych ważnych meczach Lewandowski grał gorzej, nie strzelił Bayernowi karnego, że jego Borussia pewnie przegra wielki finał Ligi Mistrzów. Lewy przeszedł już do legendy futbolu; kojarzą go setki milionów kibiców w Europie, Afryce, Ameryce Łacińskiej – wszędzie tam, gdzie piłka i piłkarze są obiektami kultu. Tyle szumu wokół polskiego piłkarza nie było od 30 lat, gdy w 1982 r. Boniek przeszedł z Widzewa Łódź do Juventusu Turyn. Wtedy do gabinetu prezesa Widzewa Ludwika Sobolewskiego ustawiały się w kolejce delegacje czołowych europejskich klubów, ale wszystkich przebił szef Juve i Fiata Gianni Agnelli – mający tradycyjnie dobre kontakty z władzami PRL. Klub zapłacił za Bońka zawrotną jak na tamte czasy, nie tylko w polskim futbolu, kwotę 1,8 mln dol. To było w maju 1982 r., tuż przed mundialem w Hiszpanii, po którym cena za Bońka, wodzireja polskiej reprezentacji, trzeciej drużyny turnieju, jeszcze wzrosła. Ale wtedy mistrzostwa świata nie były traktowane przez piłkarzy jak okno promocyjne – transfery załatwiało się głównie przed turniejem, aby potem skupić się już tylko na grze dla narodowej drużyny.

Dziś wieść niesie, że po rewanżu Borussii Dortmund z Realem o urokach „życia jak w Madrycie” przekonywał Lewandowskiego osobiście prezydent królewskiego klubu Florentino Perez. Wiadomo również, że trener José Mourinho, będący już jedną nogą z powrotem w Chelsea Londyn, klubie, gdzie jest kochany miłością bezwarunkową, wysłał napastnikowi esemesa: „Chcę z tobą pracować w nowym klubie”. Słyszano nawet, jak sam sir Alex Ferguson, trener Manchesteru United, powiedział: „Nie wydaje mi się, aby Lewandowski trafił do Bayernu Monachium”, co natychmiast zostało zinterpretowane jako zapowiedź włączenia się Czerwonych Diabłów do wyścigu po Roberta. Cena: nominalnie ze 20 razy większa niż za Bońka.

Przed 7 laty Znicz Pruszków wykupił Lewandowskiego z rezerw Legii Warszawa za 5 tys. zł.

Robert Lewandowski zrealizował swój sen w ciągu niecałych trzech lat, bo tyle minęło od jego transferu z Lecha Poznań do Borussii Dortmund. Brzmi to nieprawdopodobnie, zwłaszcza dla każdego, kto wie co nieco o marnym poziomie rodzimej ligi. Robert wyróżniał się już od ligowego debiutu w poznańskim Lechu, kiedy strzelił pięknego gola piętą, ale nie było pewności, czy nie jest po prostu jednookim wśród ślepców. Po przenosinach do Dortmundu latem 2011 r. większość krajowych speców od piłki orzekła, że Lewy jest zbyt kruchy, że nie wytrzyma konkurencji i wróci do kraju z podkulonym ogonem, jak wielu przed nim. Okazało się, że jaka liga, tacy eksperci.

Menedżer

Menedżer Roberta, Cezary Kucharski (były piłkarz, dziś także poseł PO), zrzucał wszystkie nieprzychylne opinie na karb polskiej zawiści oraz kompleksów. I wpoił Lewandowskiemu, że musi być panem swojego losu oraz wsłuchiwać się w komentarze płynące z ojczyzny – tylko po to, by robić na odwrót. Napastnik do tego stopnia zaszczepił się na wpływy rodaków, że w Borussii wolał przebywać w towarzystwie niemieckich kolegów, a dwóch pozostałych członków polskiej kolonii, Kubę Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, trzymał na dystans. Jakby słyszał Bońka, który za czasów gry we Włoszech mawiał: klub zapewnia mi kolegów, ale przyjaciół muszę poszukać sobie sam.

W epoce Lewandowskiego karierą piłkarza zarządzają menedżerowie, spece od marketingu i różnej maści impresariowie starający się wycisnąć dla swojego klienta, oraz przy okazji dla siebie, maksimum korzyści. Lojalność wobec klubowych barw, za czasów Bońka traktowana jako moralny obowiązek, dziś nie wytrzymuje presji rynku. Dla piłkarzy kluby są stacją przesiadkową, po transferze raczej nie składają oni deklaracji przywiązania ani nie mówią o tym, że znaleźli się w miejscu swoich marzeń, bo nie chcą utrudniać ewentualnego rozstania. Wierność jest kwestią rozsądku w przypadku gwiazd, którym płaci się tygodniówki w wysokości kilkuletnich zarobków szefa polskiego rządu albo jedyną opcją dla przeciętniaków, po których nie stoi kolejka chętnych.

Lewandowski, w tandemie z menedżerem Kucharskim, też planował karierę na chłodno. Na początku pobytu w Borussii często i chętnie podkreślał, że z punktu widzenia własnego rozwoju nie mógł trafić lepiej. Miłe słowa, ale niezobowiązujące. Zresztą trudne początki – wchodził na boisko jako rezerwowy, notorycznie sprawiał wrażenie ospałego, marnował wyborne sytuacje, co stało się nawet obiektem kpin w programach satyrycznych – nie zapowiadały, że w sprawie ewentualnego przedłużenia kontraktu to Borussii będzie zależało bardziej.

 

Cezary Kucharski nieraz podkreślał, że Robert rozmów o przyszłości nie zaczynał od pytań o pieniądze, co w środowisku futbolistów jest dość rzadkie. Ale było też jasne, że jeśli przyjdzie wreszcie moment, kiedy negocjacje zaczną się od wysokości pensji Lewandowskiego, Borussia może nie wytrzymać konkurencji.

Wprawdzie odkąd w 1995 r. nieznany szerzej belgijski piłkarz Jean Marc Bosman wywalczył przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości swobodę podpisywania kontraktów, skończyło się bezwzględne przywiązanie piłkarzy do klubów. Teraz zawodnik może grać gdzie chce i za tyle, ile wynegocjuje dla niego menedżer. W przypadku Lewandowskiego ostatnie słowo należy jednak do szefów klubu, bo w jego kontrakcie, obowiązującym do połowy przyszłego roku, nie ma wpisanej sumy odstępnego. Szefowie Borussii ugięli się wprawdzie ostatnio i ogłosili, że do 15 maja czekają na propozycje dotyczące Lewandowskiego. Co nie znaczy, że go sprzedadzą. Ale wtedy ryzykują, że po następnym sezonie może odejść, gdy wygaśnie umowa, za darmo.

Najemnik

W Dortmundzie nie lubią szastać pieniędzmi, pomni doświadczeń sprzed kilku lat, kiedy przed bankructwem uratowała klub m.in. pożyczka od dzisiejszego najcięższego rywala – Bayernu Monachium. Borussia jest, być może obok Monaco i Porto, sensacyjnych finalistów z 2004 r., „najtańszym” zespołem, jakiemu udało się dotrzeć do finału Ligi Mistrzów. To znaczy zbudowanym najmniejszym kosztem – 4,5 mln euro, jakie klub z Dortmundu zapłacił za Lewandowskiego, stanowił wtedy górny pułap wydatków.

Ostatnio sytuacja klubu poprawiła się na tyle, że Borussia mogła w ubiegłym roku pozwolić sobie na ekstrawagancję – wydać 17,5 mln euro na Marco Reusa, jedną z młodych gwiazd niemieckiego futbolu. Ale jeśli chodzi o budżet na pensje, klubowi z Dortmundu do potentatów daleko. Lewandowski zarabiał ponoć ok. 1,8 mln euro rocznie, propozycję podwyżki do 3 mln Kucharski uznał za niepoważną.

W Borussii mają Kucharskiego serdecznie dość i uważają go za typowego przedstawiciela kasty menedżerów, myślącego najpierw o tym, ile zgarnie dla siebie prowizji. Ale trudno odnieść wrażenie, że menedżer robi cokolwiek wbrew woli Roberta. Choć w sprawie swojej przyszłości piłkarz milczy jak zaklęty, daje do zrozumienia, że Borussia nie jest dla niego klubem na całe życie.

Dortmundzcy kibice mają mu to za złe, ale gdyby kierować się kibicowską logiką, zgodnie z którą to trener Jürgen Klopp zrobił z Roberta napastnika światowej klasy, Lewandowski nigdy by swojego długu wobec klubu nie spłacił. Więc mimo że Robert strzela gole i jest największą gwiazdą drużyny, nigdy nie był dla kibiców Borussii idolem. Traktowali go trochę jak zaciężnego najemnika, który w każdej chwili może odejść.

Ale Lewandowskiemu trudno się dziwić. Jeśli jest się dwukrotnym mistrzem Niemiec, ma w zasięgu tytuł króla strzelców Bundesligi, króla strzelców Ligi Mistrzów i perspektywę zdobycia Pucharu Europy (finał 25 maja), to trudno nie chcieć od życia więcej. O wyciśnięciu z kontraktów reklamowych rzędu 20 mln euro rocznie, jak Cristiano Ronaldo albo Leo Messi, Lewandowski nie ma co marzyć, ale jeśli zmieni klub, na liście najlepiej zarabiających polskich sportowców na pewno wyprzedzi koszykarza Marcina Gortata, którego kontrakt z Phoenix Suns w amerykańskiej NBA opiewa na ponad 7 mln dol. za sezon.

Reprezentant

Złośliwi twierdzą, że Kucharskiemu bardzo zależy na transferze jeszcze tej wiosny, bo w erze gospodarczego kryzysu oraz wprowadzania z inicjatywy UEFA finansowego fair play, mającego uzdrowić budżety klubów, redukcja pensji piłkarzy jest nieuchronna. Wydaje się, że jeśli chodzi o wydatki na zakupy piłkarzy oraz udział środków przeznaczonych na pensje w budżetach klubów, doszliśmy już do ściany. Transferowy rekord świata, 94 mln euro (ma się rozumieć z kredytu), jakie Real Madryt zapłacił Manchesterowi United za Cristiano Ronaldo, raczej nie zostanie pobity, chyba że szejków albo rosyjskich oligarchów ogarnie nowa fala miłości do futbolu.

Zanim zapadł precedensowy wyrok w sprawie Bosmana, rynek transferowy był w powijakach, a ligi, traktowane trochę jak przybudówki reprezentacji, miały charakter narodowy. Pierwszym piłkarzem, który za podpis na kontrakcie otrzymał milion dolarów, był Johan Cruyff w Barcelonie w połowie lat 70. Głośne transfery wciąż były jednak wtedy rzadkością, aż wreszcie Włosi doszli do wniosku, że nic tak dobrze nie zrobi reklamie ich ligi, jak sprowadzenie do niej zagranicznych gwiazd futbolu.

 

W 1980 r. w Serie A uchylony został zakaz kupowania obcokrajowców, wprowadzony 15 lat wcześniej, by ratować finanse włoskich klubów. Było to jednak otwarcie reglamentowane – najpierw w każdym klubie znalazło się miejsca dla jednego piłkarza z obcym paszportem, potem dla dwóch.

Włoskie kluby nie mogły więc sobie pozwolić na kupowanie przypadkowych piłkarzy. Celowano w gwiazdy: Maradona, Zico, Socrates, Falcao, Rummenigge, Laudrup, Platini, a między nimi Boniek, któremu w wieku 26 lat udało się wyrwać z peerelowskiej szarzyzny, mimo że wciąż obowiązywała zasada, że polski piłkarz do ukończenia 30 roku jest dobrem narodowym niepodlegającym eksportowi, co zresztą przetrąciło kariery wielu Orłom Górskiego.

Dziś jest odwrotnie: za granicę wyjeżdża kto może i jak najwcześniej się da. Reprezentacja narodowa staje się przypadkową zbieraniną obcych sobie, niezgranych zawodników. Boniek jeszcze przez wiele lat po transferze był ostoją reprezentacji, Lewandowski – jak całe jego pokolenie – gra już głównie na siebie. Kibicom rzuca się w oczy, że Lewandowski w reprezentacji i ten z Borussii to są dwaj różni piłkarze. To samo zresztą można powiedzieć o innych zawodnikach z drużyny narodowej – w klubach grają do ładu i składu, zupełnie inaczej niż w kadrze. Na Euro 2012 Lewandowski i spółka zawiedli, przyszłoroczny mundial w Brazylii też się wymyka.

To znak czasów. Tak samo jak dyktat telewizji, który wyniósł piłkę klubową ponad reprezentacyjną. Mistrzostwa świata czy Europy są traktowane w bogatych klubach jak zło konieczne i niepotrzebne narażanie zawodników na kontuzje.

Zawodowiec

W Juventusie duet Boniek-Platini stał się gwarancją sukcesów – w ciągu czterech lat wspólnej gry zdobyli dla Juve wszystkie możliwe trofea, na czele z Pucharem Europy, choć akurat z tamtego majowego wieczoru 1985 r. na brukselskim stadionie Heysel bardziej niż sam mecz wryła się w pamięć śmierć 39 włoskich kibiców tratujących się w panice przed atakiem pijanych chuliganów z Liverpoolu.

U zakochanych w piłce do obłędu Włochów szacunek najłatwiej zdobyć na boisku. A Boniek grał twardo, ofiarnie, nieustępliwie. Przekonywał trenerów, że najwięcej da drużynie, jeśli uwolnią go od schematów i pozwolą grać według własnego pomysłu. O dziwo, zgadzali się. Taka gra, we włoskiej piłce spętanej taktycznym gorsetem, rozpalała serca. Ale Boniek kupił kibiców również swoją naturalnością, otwartością, skłonnością do przekory i poczuciem humoru. Miał swoje zdanie na każdy temat, wadził się z otoczeniem, z uroczą bezczelnością potrafił stawiać się ważniejszym od siebie. Gdy po dwóch sezonach gry w Juve rozeszła się plotka, że Bońka bardzo chce kupić Bayern Monachium, na trybunach stadionu w Turynie kibice wywiesili transparent „Zibi forever”. Po Lewandowskim Dortmund nie będzie płakał.

Po tym jak z Juventusem zdobył wszystko, Zibi postanowił poszukać nowych wyzwań w Romie. Była to ryzykowna decyzja, bo kibice obu klubów żyli jak pies z kotem, do tego jeszcze Boniek miał zastąpić ulubieńca trybun, Króla Rzymu, Brazylijczyka Falcao. Więc już w debiucie naskoczył na sędziego, za co został wprawdzie wyrzucony z boiska, ale sympatię kibiców miał w kieszeni. Gdy wybierał się na zakupy, właściciele zapraszali go na zaplecze, posyłali po kawę za róg i dyskutowali o piłce. Czy ktoś dziś widział gwiazdę futbolu na zakupach? Po co, skoro sklepy przyjeżdżają same. Zawodowcy oddalili się od kibiców, należą do świata celebrytów, izolowanych, chronionych, co najwyżej dostarczających plotek kolorowej prasie.

Kadra

U nas rozbłysk gwiazdy Lewandowskiego spowodował oczywiste skojarzenia z Bońkiem. I pobudził sentymentalne wspomnienia o ostatnim sukcesie reprezentacji, z mundialu w Hiszpanii. Przeciętnego polskiego kibica gole strzelane przez Lewandowskiego dla Borussii albo innego Realu obchodzą, ale tyle o ile. Miło się to ogląda; prawdopodobny udział trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów to historyczna chwila, ale jest gdzieś jednak poczucie, że są to obce sukcesy, więc i radość z nich jest niepełna.

Teraz, z pozycji supergwiazdy futbolu, Lewandowski reprezentant kraju będzie się musiał zmierzyć z jeszcze większymi oczekiwaniami kibiców. Również dotyczącymi wzięcia części odpowiedzialności za to, co się w kadrze i z kadrą dzieje. W temacie klęski na Euro się nie popisał. Grał w kadrze Franciszka Smudy ponad dwa lata, zapewniał, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a gdy Polska pożegnała się z turniejem, udzielił wywiadu, w którym zarzucił Smudzie kompletny brak pomysłu na grę.

Boniek tymczasem, po tym jak Lewandowski strzelił gole Realowi, wpisem na Twitterze przekazał mu tytuł Piękności Nocy, którym kiedyś obdarzył go Gianni Agnelli, podkreślając, że Boniek najlepsze mecze rozgrywa przy sztucznym świetle. Ale jako prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej nie może udawać, że problemów kadry nie widzi. Może pewnego dnia panowie Boniek i Lewandowski usiądą i porozmawiają, co z tą reprezentacją zrobić, żeby wreszcie dała kibicom trochę radości. Jak piękność nocy z pięknością nocy. Bo w Polsce piłkarska noc trwa już za długo.

Polityka 19.2013 (2906) z dnia 07.05.2013; Temat Tygodnia; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Piękności nocy"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną