Pracować czy wypoczywać – co się bardziej opłaci?

Jak leniuchować, żeby pracować
Ekonomiści martwią się, że dni nieróbstwa odbiją się niekorzystnie na wynikach narodowej gospodarki. Bredzą, chyba z przemęczenia. My głosimy tezę przeciwną: dobre wakacje podstawą osobistej i społecznej pomyślności!
Przepracowujemy rocznie o 150 godzin więcej niż legendarni pracusie Amerykanie, a więc o 650 godzin więcej od leniwych Francuzów!
Andres Rodriguez/PantherMedia

Przepracowujemy rocznie o 150 godzin więcej niż legendarni pracusie Amerykanie, a więc o 650 godzin więcej od leniwych Francuzów!

W sprawie wakacji Amerykanie muszą się dogadywać ze swoimi pracodawcami i w efekcie spędzają na urlopie przeciętnie 9 dni w roku.
Norman Pogson/PantherMedia

W sprawie wakacji Amerykanie muszą się dogadywać ze swoimi pracodawcami i w efekcie spędzają na urlopie przeciętnie 9 dni w roku.

Z ekonomicznego punktu widzenia mniej liczy się czas pracy, ważniejszy jest jej efekt.
Moodboard/Getty Images/FPM

Z ekonomicznego punktu widzenia mniej liczy się czas pracy, ważniejszy jest jej efekt.

Pismo Święte głosi „Kto nie pracuje, niech nie je”. Biblijne przesłanie stało się podstawą tzw. etyki protestanckiej premiującej życie oszczędne i pracowite, nakazującej traktować wykonywaną profesję nie jako zło konieczne, lecz jak dane od Boga powołanie. To właśnie ta etyka – przekonywał ponad 100 lat temu wielki niemiecki socjolog Max Weber – przekształciła się w ducha kapitalizmu, bez niej trudno sobie wyobrazić rozkwit ekonomiczny pionierów kapitalistycznej gospodarki: Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Holandii, Niemiec.

USA do dziś zresztą trwają przy swoim kulcie pracy – to jedyny spośród 34 krajów należących do OECD, klubu najbogatszych państw świata, w którym prawo nie gwarantuje żadnej formy płatnego wypoczynku. W sprawie wakacji Amerykanie muszą się dogadywać ze swoimi pracodawcami i w efekcie spędzają na urlopie przeciętnie 9 dni w roku. Mimo to i tak ponad 30 proc. z nich nie wykorzystuje danego im czasu, a 50 proc. zabiera robotę ze sobą.

Przeciętny obywatel USA przepracował w 2012 r. 1790 godzin, aż o 500 więcej od statystycznego Francuza. Zdawałoby się, że rewolucja technologiczna powinna te proporcje zmieniać, ale jest przeciwnie. Słynna kalifornijska Dolina Krzemowa, symbol cyfrowego kapitalizmu, to miejsce, gdzie tyra się na okrągło, w biurze i domu – wszak pozwala na to dziś Internet. Członkowie zespołu programistycznego, którzy na początku lat 80. tworzyli dla Steve’a Jobsa i jego firmy Apple komputer Macintosh, nosili koszulki: „90 hrs/wk and loving it”, czyli pracuję 90 godzin tygodniowo i kocham to. Dziś choć Jobs już nie żyje, Apple jest najbogatszą firmą na świecie, w samej tylko gotówce ma odłożone 150 mld dol.

W czasie gdy Amerykanie z radością harowali po 90 godzin na tydzień, Polacy demontowali realny socjalizm, stosujący zasadę „czy się stoi, czy się leży”. Ówcześni obserwatorzy polskiego społeczeństwa mieli powody wątpić, czy z taką etyką pracy możliwa będzie jakakolwiek kapitalistyczna transformacja i skok do wolnego rynku. Pamiętam, jak w przededniu wprowadzenia planu Balcerowicza zatroskani francuscy przedsiębiorcy pytali: czy to prawda, że w Polsce w niedzielę nikt nawet nie złamie zapałki? A potem wydarzył się cud: w ciągu zaledwie dekady Polacy stali się pod względem etyki pracy najbardziej protestanckim społeczeństwem w Europie.

Przepracowujemy rocznie o 150 godzin więcej niż legendarni pracusie Amerykanie, a więc o 650 godzin więcej od leniwych Francuzów! Na dodatek – jak pokazują międzynarodowe badania porównawcze European Values Survey – kochamy pracować i uważamy pracę, obok rodziny, za sprawę najważniejszą w życiu. Jeszcze niedawno do Polaków przylepiona była niepochlebna, kpiąca etykietka Polnische Wirtschaft. Gdy w 2004 r., po wejściu do Unii, zagony Polaków ruszyły na podbój Europy, brytyjski tygodnik „The Economist”, relacjonując napływ emigrantów na Wyspy Brytyjskie, pisał, że wnieśli oni „polską etykę pracy”, to znaczy najwyższy standard solidności i pracowitości.

Mamy więc powody do dumy, czy jest się jednak z czego cieszyć? Jak to? Przecież pobiliśmy Amerykanów w dyscyplinie, w której przez lata byli światowymi mistrzami. To mało? Niestety, mało, bo z ekonomicznego punktu widzenia mniej liczy się czas pracy, ważniejszy jest jej efekt. To znaczy, jaką wartość ekonomiczną wytwarza zatrudniony pracownik w ciągu godziny. Pod tym względem światową rywalizację wygrywają Luksemburczycy i Norwegowie – godzina ich pracy warta jest ok. 75 dol. (liczonych zgodnie z parytetem siły nabywczej). Amerykanie zajmują piąte miejsce z 59 dol. na godzinę. Gdzie tu są Polacy? Niestety, pod sam koniec listy OECD – wygrywamy tylko z mieszkańcami Chile i Meksyku, wytwarzając w ciągu godziny równowartość niespełna 25 dol. Średnia dla OECD to 44 dol. Czyli zaharowujemy się z dość miernym skutkiem, a czasem pracy staramy się nadrabiać jej stosunkowo niewielką wartość.

40 dni w roku płatnego urlopu

Pora powiedzieć sobie szczerze: pracujemy dużo i solidnie, lecz to często robota głupiego. Nasza bezkrytyczna pracowitość w połączeniu ze strukturalnym zacofaniem polskiej gospodarki to żaden powód do radości. To może być nasza największa bariera rozwojowa.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną