Społeczeństwo

Zapalenie

Złe polskie prawo narkotykowe

10 proc. osób, które używają substancji zmieniających świadomość, uzależnia się od nich. 10 proc. osób, które używają substancji zmieniających świadomość, uzależnia się od nich. Lech Gawuc / Reporter
O tym, dlaczego obowiązujące prawo antynarkotykowe nie ma sensu - mówi Agnieszka Sieniawska.
Agnieszka Sieniawska jest autorką raportu o narkotykach w Polsce.Krzysztof Kuczyk/Forum Agnieszka Sieniawska jest autorką raportu o narkotykach w Polsce.
Cannabis sativa, ilustracja z XIX-wiecznej „Encyklopedii Historii Naturalnej”.Album/Florilegius/EAST NEWS Cannabis sativa, ilustracja z XIX-wiecznej „Encyklopedii Historii Naturalnej”.

Artykuł w wersji audio

Joanna Cieśla: – Która z historii pani klientów najmocniej zapadła pani w pamięć?
Agnieszka Sieniawska: – Chyba ta, gdy przyszedł na dyżur prawny młody mężczyzna z aktem oskarżenia o posiadanie 400 g marihuany. Myślę: „To dużo, może diler?”, a potem wgłębiam się w akta i czytam, że prokurator wpisał wagę brutto, czyli razem z opakowaniem. Tym opakowaniem był plecak, w którym marihuany było 0,3 g!

Poruszające są też przypadki związane z problemami zdrowotnymi. Dziewczyna, Polka, hodowała marihuanę, bo leczy się ze stresu pourazowego w Kalifornii, gdzie programy medycznej marihuany funkcjonują legalnie. Miała na to zaświadczenia. Sąd ich nie uznał – skazał ją na grzywnę i koszty sądowe – w sumie 9 tys. zł.

Napisał też do nas chłopak z chorobą Leśniowskiego-Crohna – rzadkim schorzeniem jelit, związanym z bardzo ostrą biegunką. Mama tego chłopaka wozi go do Czech, żeby mógł legalnie zapalić skręta, co pozwala mu zmniejszyć dawki stosowanych sterydów. Może najbardziej jednak zszokował mnie przypadek mężczyzny, który został skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata za posiadanie 0,2 g marihuany. W czwartym roku policja znów znalazła u niego 0,2 g. Sąd znów go skazał, na 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, ale wtedy pierwsza kara została odwieszona. Sąd odrzucił nasz wniosek o odroczenie, argumentując, że ta sprawa będzie przykładem dla rówieśników naszego klienta. A on ma 38 lat.

Poszedł siedzieć?
Trafił do celi z 16 osobami, raz w tygodniu mógł korzystać z telefonu. Był dręczony, miał napady lęku, psychicznie nie dawał rady. Jest rastafarianinem. Czuł się pokrzywdzony przez wymiar sprawiedliwości, nie czuł się przestępcą i nadal uważa, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Jego matka dowiedziała się ode mnie, że jest w więzieniu, bo wstydził jej się przyznać, tak jak i dziewczynie. Po trzech miesiącach sąd uznał nasz wniosek o zamianę kary na dozór elektroniczny. Gdy minęło pół roku, czyli połowa czasu odbywania kary, wnioskowaliśmy o anulowanie reszty – bo nasz klient spełnia wszystkie warunki, nie narusza porządku prawnego. Sąd odrzucił wniosek właśnie dlatego, że skazany nie czuje, że popełnił przestępstwo.

Po co palił, skoro wiedział, że może się wpakować w kłopoty? Po co w ogóle ludzie palą?
A po co piją, skoro wiedzą, że alkohol jest niezdrowy? Ludzkość odurzała się od zawsze i zawsze będzie to robić. Chłopak od plecaka też rok po tamtej historii znów wpadł z małą ilością. Chciał być stewardem – skończył studia, przeszedł odpowiednie szkolenie, ale z powodu wyroku za posiadanie okruszków cannabis plan upadł, bo w tej pracy wymagane jest zaświadczenie o niekaralności. System sprawiedliwości i opinia publiczna nie przyjmują do wiadomości tego, co powtarzają terapeuci – że samo używanie substancji odurzających nie jest problemem. Jest następstwem i pokłosiem tego, że ludzie mają różne inne problemy. Nie w narkotykach trzeba szukać wroga publicznego.

Ale ludzie się uzależniają.
10 proc. osób, które używają substancji zmieniających świadomość, uzależnia się od nich. Czy to dużo, to już inne pytanie. Ale żeby chronić tych, którzy mogliby się uzależnić, stworzyliśmy system narażający wszystkich pozostałych na bardzo poważne konsekwencje i naruszający konstytucję. Odmawianie człowiekowi prawa do wyboru tego, czym chce się odurzyć, jeśli jego postępowanie nie zagraża bezpieczeństwu i zdrowiu innych osób, jest sprzeczne z konstytucyjnym nakazem uszanowania istoty, rdzenia wolności i praw. Idzie pani sobie do pracy albo na spotkanie, a ktoś nagle panią zatrzymuje, przeszukuje pani teczkę, zagląda do torebki.

Co więcej, w samym systemie jest mnóstwo niekonsekwencji. Skazujemy ludzi za gram marihuany w kieszeni na podstawie art. 62 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, choć w świetle prawa narkotykowego o posiadaniu można mówić nie wtedy, kiedy ktoś po prostu ma substancję psychoaktywną, ale wtedy, gdy można udowodnić, że zamierza ją na przykład udostępniać innym, sprzedawać. Zgodnie z prawem za samo posiadanie skręta w ogóle nie powinno się karać. W Polsce istnieje jednak zasada niezawisłości sędziowskiej i zasada dowolnej interpretacji dowodów. Można odwoływać się od wyroków w kolejnych instancjach i ostatecznie dojść do Sądu Najwyższego, ale klienci nie chcą walczyć. Rzadko decydują się na złożenie apelacji, nie mają siły, to się wiąże z kosztami.

Dużo jest takich spraw?
W 2011 r. 37 tys. osób skazano za posiadanie substancji zakazanych, w tym 35 tys. za małe ilości. W ubiegłym roku, po wprowadzeniu art. 62a, pozwalającego umarzać postępowania, prokuratura i sądy zajęły się 18,5 tys. spraw. Z tego prokuratorzy, na podstawie art. 62a, umorzyli co dziesiątą. Dotarłam też do informacji Biura Analiz Sejmowych, z której wynika, że w listopadzie 2012 r. za posiadanie narkotyków w zakładach karnych przebywało 2,8 tys. osób. Ich osadzenie kosztowało ponad 12 mln zł. Tylko dwóch na stu zamiast więzienia dostało dozór elektroniczny.

 

Dodatkowo przebadaliśmy sprawy naszych klientów. W ubiegłym roku zgłosiło się do nas 346 osób z całej Polski. Wylosowaliśmy z tego 97 spraw dotyczących posiadania substancji zakazanych, które zakończyły się w ubiegłym roku. Ponad 80 proc. z nich dotyczyło posiadania marihuany, z tego ponad 80 proc. – ilości do 3 g. W prawie co drugim przypadku zapadły wyroki skazujące. Najczęściej pozbawienie wolności w zawieszeniu oraz grzywna, dozór kuratorski. No i wpis do rejestru skazanych, ograniczający nie tylko możliwość znalezienia pracy, ale też na przykład starania o wizę.

Te sprawy mają jakiś standardowy scenariusz?
Najczęściej do zatrzymań dochodzi w czasie rutynowej kontroli ulicznej lub drogowej, na spacerach, w parkach. W godzinach wieczornych. Funkcjonariusze zwykle zatrzymują człowieka, kierując się jego wyglądem, wiekiem, tym, że jest w jakimś miejscu.

Każdy policjant może tak po prostu przeszukać na ulicy każdego człowieka?
Powinien mieć podstawy. Na przykład jakieś poważne podejrzenie o popełnienie przestępstwa. Sam wygląd nie jest wystarczającym powodem. Ale ludzie nie protestują i pozwalają się przeszukiwać – bo władza każe. Wyciągają portfel, pokazują zawartość kieszeni, torby. Jeśli funkcjonariusze trafiają na substancje zakazane, rekwirują je i zabierają człowieka do policyjnej izby zatrzymań. Tam sporządzany jest protokół zatrzymania. We wszystkich protokołach, które trafiły do mnie, jest napisane: „Przy osobie podejrzewanej wykryto – na przykład – 0,5 g marihuany. Istnieje obawa zatarcia śladów i ukrywania się, w związku z czym następuje zatrzymanie”. To również bezzasadne. Gdy policja znajduje narkotyk, ma już dowody, więc o zatarciu śladów nie może być mowy. Mimo to policjanci z automatu zatrzymują – do 48 godzin.

Po co?
Bo władza ma w narkotykach dogodnego wroga – którego może przedstawić jako groźnego, nieludzkiego, straszyć nim – a dzięki temu narzucać swoją wolę społeczeństwu. Tylko takie wytłumaczenie mi się nasuwa.

Co się dzieje w czasie zatrzymania?
Zazwyczaj przeszukiwany jest dom – co samo w sobie jest kolejnym absurdem. Co więcej, policja przeszukuje miejsce zameldowania zatrzymanego – na przykład dom rodziców w Mielcu, podczas, gdy on studiuje i mieszka w Warszawie. I to już absurd piętrowy.

Przeszukują, zakładając, że ktoś, kto ma przy sobie 0,5 g marihuany, może mieć w domu cały magazyn?
Tym argumentem posługuje się policja – że takie procedury mają ułatwić dotarcie do dilerów. A to naiwność. Prawdziwi dilerzy nie trzymają przecież towaru w domu. Nigdzie na świecie jednostki rozpracowujące przestępczość narkotykową nie posługują się podobnymi narzędziami. Pracują operacyjnie, ich oficerowie wchodzą do grup przestępczych.

W raporcie przytaczają państwo list człowieka, który w czasie składania zeznań był bity przez policjantów. Często się to zdarza?
Na początku myślałam, że to pojedyncze incydenty, a teraz widzę, że w trakcie przesłuchań policjanci notorycznie przekraczają uprawnienia. Biją, grożą, chcąc wyciągnąć informacje, które z punktu widzenia rozpracowywania zorganizowanej przestępczości są bezużyteczne – ale mogą mieć efekty statystyczne. Na przykład pytają, kto jeszcze pali w środowisku zatrzymanego. To wiedza, która ma służyć tylko do tego, żeby złapać kolejne osoby z małą ilością i poprawić wyniki wykrywalności. A w końcu i tak funkcjonariusze namawiają do dobrowolnego poddania się karze: mają już zatrzymanego, więc chcą mieć sprawę z głowy. Prokuratorzy proponują od sześciu miesięcy do roku pozbawienia wolności, w zawieszeniu na okres od dwóch do czterech lat. Zatrzymany się godzi i wychodzi – ale będzie miał zawaloną kartotekę.

Można na przykład nie dać się przeszukać?
Już w momencie zatrzymania mamy do dyspozycji mnóstwo mechanizmów, które nas chronią przed machiną procesową. Można stanowczo domagać się podania przyczyny zatrzymania – i nie może nią być po prostu podejrzenie posiadania substancji psychoaktywnych.

Jeśli funkcjonariusz znajdzie przy nas, powiedzmy, skręta z marihuaną, trzeba domagać się podania swoich praw i te prawa egzekwować. Zatrzymywany ma prawo do wykonania telefonu na żądanie – na przykład do rodziców i do prawnika. Nasz numer jest czynny całą dobę i my możemy pomóc w trakcie zatrzymywania.

 

Po znalezieniu narkotyków trzeba żądać wypuszczenia na wolność. Jeśli policjanci odmawiają i wpisują do protokołu, że istnieje podejrzenie ukrywania się, należy żądać kontaktu z prokuratorem. Można odmówić składania zeznań. Osoby zatrzymane są wystraszone, w emocjach mówią rzeczy, które mogą im zaszkodzić, więc lepiej działać spokojnie, odmówić składania zeznań – a później w rozmowie z prokuratorem je złożyć. Jeśli prokurator nie umarza sprawy od razu, to w każdym przypadku przestępstwa narkotykowego ma obowiązek powołać biegłego, który zbada, czy podejrzany jest uzależniony lub czy szkodliwie używa substancji psychoaktywnej. W żadnej z badanych przez nas spraw tego biegłego nie powołano.

Intuicja podpowiada inne zachowanie – że jeśli się podporządkuję, to zostanę potraktowana łagodnie.
W tym przypadku to nie działa. Jeśli funkcjonariusz zauważy, że nie jest z panią łatwo, to prędzej panią wypuści. Taka jest praktyka, niestety.

Pani, pracownica organizacji opłacanej ze Skarbu Państwa, instruuje ludzi, jak się nie dać policji.
Cóż, zachodzi tutaj pewna sprzeczność – stanowisko rządu jest nieugięte w sprawie zmiany polityki narkotykowej w Polsce, a z drugiej strony rząd finansuje nasz program i rzecznika, który ma niwelować negatywne konsekwencje barbarzyńskiego prawa. Choć można po prostu zmienić prawo. Aleksander Kwaśniewski podpisał ustawę wprowadzającą karę do trzech lat więzienia za posiadanie jakiejkolwiek ilości nielegalnych substancji, a potem za to przepraszał. Sądzę, że słusznie.

Ale jeszcze w 2008 r. wicepremier Grzegorz Schetyna powołał wydziały do walki z przestępczością narkotykową we wszystkich komendach miejskich.
I z przestępstw, które wykryły w pierwszym pół roku działalności, dwie trzecie dotyczyło posiadania niewielkiej ilości narkotyków lub częstowania nimi. Zaledwie 35 proc. dotyczyło poważnej przestępczości: handlu, przemytu, produkcji!

Wprowadzone w ubiegłym roku zmiany, ułatwiające umarzanie postępowań dotyczących małych ilości narkotyków, idą w dobrym kierunku?
Nowe przepisy stworzono na wzór niemieckich – a tam dopiero po 30 latach od ich uchwalenia doszło do ukształtowania dobrej praktyki. Ale można zrobić mały krok, żeby stosowanie art. 62a usprawnić – choćby dodając tabele wartości granicznych, które by precyzowały, co to jest nieznaczna ilość substancji zakazanej.

To możliwe do przeprowadzenia?
W obecnym Sejmie nie. Projekt nowelizacji w tej sprawie został złożony przez grupę 13 posłów Ruchu Palikota i trzech posłów PO. Janusz Palikot trywializuje ten problem, spłyca go i przekształca w happening. A opór PO jest zadziwiający. Projekt leży w szufladzie marszałek Sejmu. Wielkie nadzieje pokładam w Aleksandrze Kwaśniewskim, który jeśli zaangażuje się w politykę, może wprowadzić zmianę prawa narkotykowego, poprzedzoną rzetelną debatą.

Projekt nowelizacji uwzględnia też możliwość medycznych zastosowań marihuany?
Uwzględnia. Chociaż procedura dopuszczania THC do użytku medycznego trwa niezależnie od tego. Na listę leków został wpisany Sativex, lek, który zawiera THC i jeszcze inną substancję z marihuany. Ale w przypadkach wielu chorób cannabis działa tylko, gdy jest palona. Poza tym, jeśli firmom farmaceutycznym odda się ten rynek, będą lobbować, by THC zawsze było dopuszczalne tylko w produktach leczniczych. A przecież cannabis można hodować w ogródku. Oczywiście, to jest substancja zmieniająca świadomość, która ma negatywne skutki – może na przykład powodować stany lękowe. Ale o tym trzeba zacząć normalnie rozmawiać. Bo na razie jest histeria albo happeningi, łamanie ludziom życiorysów oraz poprawianie statystyk.

 

Biuro Rzecznika Praw Osób Uzależnionych

Biuro udziela porad prawnych w sprawach związanych z używaniem narkotyków. Jest finansowane przez Ministerstwo Zdrowia za pośrednictwem Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii, a także przez Instytut Spraw Publicznych. 21 sierpnia opublikowało raport na temat polskiego prawa narkotykowego „Pokaż mi swoje prawo narkotykowe, a powiem ci, w jakim kraju żyjesz”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Groźny spam z Afryki Zachodniej

Uwaga, powracają internetowi oszuści z Afryki Zachodniej. Próbują starych szwindli w nowej technologicznej odsłonie.

Jędrzej Winiecki
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną