Społeczeństwo

Uciekająca panna młoda

Monika Kern - 20 lat po ucieczce

Monika Kern myśli sobie, że gdyby tamta historia z Maćkiem wydarzyła się dzisiaj, pewnie przyszłoby jej tańczyć z gwiazdami. Bo taki jest teraz los celebrytów. Monika Kern myśli sobie, że gdyby tamta historia z Maćkiem wydarzyła się dzisiaj, pewnie przyszłoby jej tańczyć z gwiazdami. Bo taki jest teraz los celebrytów. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Przez te 20 lat Monika Kern dojrzała. Zrobiła szybką karierę, a potem szukała pracy. Zakochała się co najmniej dwa razy. I już wie, że od tamtej ucieczki do końca uciec się nie da.
Maciek zakochuje się w Monice, on też wpada jej od razu w oko.Jacek Domiński/Reporter/EAST NEWS Maciek zakochuje się w Monice, on też wpada jej od razu w oko.
Kadr z filmu „Uprowadzenie Agaty”.materiały prasowe Kadr z filmu „Uprowadzenie Agaty”.

Gdyby to działo się dzisiaj, w epoce tabloidów, nagłówki mogłyby wyglądać tak: „Policja gania za marszałkówną, a bandyci grasują bezkarnie!”, albo tak: „Wielka miłość czy bagno moralne?”. A może: „Moniko! To wstyd!”. Monika Kern, pierwsza celebrytka III RP. Córka Andrzeja Kerna, adwokata, współzałożyciela Porozumienia Centrum i wicemarszałka Sejmu, w 1992 r. poszukiwana przez pół Polski. Miłość, ucieczkę i zaginięcie 17-latki relacjonowały wszystkie media, debatując, czy jej ojciec w poszukiwaniach nadużył stanowiska i politycznych wpływów. Niedawno Monika zobaczyła w Internecie: „Polska żyła tą sprawą jak sprawą mamy Madzi”. Westchnęła: „Ja pitolę…”. I posurfowała dalej.

Monika jednak te nowe media lubi. Przyjmuje zasady, które nimi rządzą – choćby tę, że jak chcesz rozkręcić dyskusję, piszesz ostro, wychodzisz z mocną tezą. „Szkoda dla was, szkodniki, zmieniać Łódź” – wstukuje na swoim blogu. „Żal restaurować budynki, zmieniać infrastrukturę, malować elewacje i porządkować chodniki. I tak wszystko zaplujecie, upaprzecie, zamażecie i obszczacie”. Napisała, bo po spacerze Piotrkowską wzięli ją diabli.

Czuję się związana z tym miastem. I wkurza mnie, jak ktoś nie sprząta po psie, rzuca peta, ale żąda, żeby było czysto i schludnie.

Ucieczka: początek

Tamta ucieczka, mówi dziś, skończyła się już, gdy się zaczęła. Scenariusz zdarzeń utrwalił w publicznej pamięci gniotowaty film Marka Piwowskiego „Uprowadzenie Agaty”. Dla porządku streszczenie prawdziwej historii: Monika przez koleżankę poznaje Maćka. Maciek zakochuje się w Monice, on też wpada jej od razu w oko. Odwiedza, przychodzi pod szkołę, płacze, gdy nie mogą się zobaczyć. Maciek jest 21-latkiem ze świadectwem ukończenia podstawówki, synem właścicielki pizzerii. Według dominującej na początku lat 90. narracji właśnie to jest powodem niechęci adwokackiej rodziny Kernów wobec młodzieńczej miłości. Media, wtedy mniej liczne i mniej drapieżne niż dziś, obsadzają młodych w rolach współczesnych Julii i Romea. Według rodziny Moniki, Maciek odciąga ją od nauki. Monika kilka razy ucieka z Maćkiem, aż w końcu znika na dobre. Ojciec, wicemarszałek Sejmu, w wystąpieniu telewizyjnym apeluje o pomoc w jej odnalezieniu. Przeciwnicy polityczni zarzucają mu, że do rozwiązania rodzinnej sprawy nadmiernie angażuje policję i prokuraturę, używa niedopuszczalnych nacisków. To podchwytują media.

Monikę i Maćka ukrywa jego rodzina, argumentując, że trzeba chronić tę miłość. W tym celu rodzina organizuje młodym ślub w łódzkiej katedrze, a potem wesele na 300 osób. Ostentacyjna obecność na nim Jerzego Urbana i start matki Maćka w wyborach do Senatu w 1993 r., a po drodze próba odwołania wicemarszałka Kerna, utwierdza część mediów, a także samego Andrzeja Kerna w przekonaniu, że cała historia była prowokacją wymierzoną w prawicowego polityka.

Andrzej Kern dotrwał do końca kadencji, ale potem nie udało mu się wrócić do krajowej polityki. Monika krótko po ślubie wróciła do rodziców. – Położył mnie brak doświadczenia, dziecięca naiwność. Ale można nad swoim losem zapłakać albo potraktować to jako wydarzenie, które mnie ukształtowało. Może dzięki temu jestem teraz twarda – kwituje po latach.

Ucieczka od ucieczki

– Zaraz potem chciałam udowodnić rodzicom, że teraz już będę w porządku; odrobić i nadrobić to, co im zabrałam. Postanowiłam, że będę studiować prawo, jak oni. I ojciec, i matka odradzali. Ale wspólne wieczory nad kodeksami, pomoc w kancelarii u taty – takie rzeczy ponownie zbliżają rodzinę. Do Moniki zaczyna jednak docierać, że choć rodzice puścili tamtą ucieczkę w niepamięć, inni tak łatwo nie zapomną, kim jest. I rzecz nawet nie w jej szczeniackich wyczynach, bardziej chodzi o skojarzenia z ojcem. Uczelnię Monika musiała zmienić. Po drugim roku z Uniwersytetu Łódzkiego przenosi się na Gdański.

 

Wcześniej jest jeszcze staż w Radiu Łódź. Gdy prezes Andrzej Berut, wówczas kojarzony z prawicą, zapowiada, że przyjdzie Monika Kern, zespół popada w popłoch. „Po co nam ktoś taki w publicznym radiu? Jak ją przedstawiać na antenie?” buntują się dziennikarze. Prezes co i rusz dopytuje: „No i jak tam pani Monika? Co dziś robi?”. Redakcja rozumie to jako przekaz, by wywindować stażystkę na gwiazdę. Monika tego nie czuje. Ale i tak po kilku miesiącach wyjeżdża.

W Gdańsku mieszka jak przystało na porządną panienkę – w pokoiku u cioci ze strony mamy, studiuje z kuzynką. Magisterium pisze o zniesławieniu u prof. Jarosława Warylewskiego. O tamtą sprawę czasem ktoś pyta, ale nikt nie dokucza. Monika uważa, że łatwo zaprzyjaźnia się z ludźmi.

Ucieczka bezcelowa

Może by więc została w Gdańsku, ale znów pojawia się chłopak. Monika przyjeżdża za nim po studiach do Łodzi. Chce robić aplikację adwokacką – ale nabór zostaje wstrzymany. Idzie do pracy w urzędzie miasta. A wraz z nią powszechne przekonanie, że etat dał jej osobiście Jerzy Kropiwnicki, ówczesny prezydent, prezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, przyjaciel Andrzeja Kerna z czasów opozycji w PRL i z polityki w wolnej już Polsce. Do Moniki dociera wtedy kolejna prawda, że przed pewnymi rzeczami nie warto nawet próbować uciekać. – Wszystko będzie komentowane, że „tata mi załatwił”. A moim obowiązkiem jest udowodnić, że oprócz nazwiska, z którego jestem dumna, mam mózg, którym umiem się posługiwać. Zaczyna od najniższego stanowiska, zbiera oświadczenia majątkowe od radnych, urzędników, dyrektorek szkół.

Iwona Bartosik, kiedyś łódzka radna, nie ma wątpliwości, że start miejskiej kariery Moniki był wspomagany kanałami towarzyskimi. – Ale to prędko straciło znaczenie. Przestała być Kernówną, a stała się po prostu Moniką. Życzliwa, bez patrzenia na polityczne afiliacje tworzyła pomost między radnymi a prezydentem. Ocieplała jego wizerunek. To było już później, po tym, jak Jerzy Kropiwnicki zatrudnił ją – po castingu – jako asystentkę.

Dziś mówi, że jest wdzięczna Jerzemu Kropiwnickiemu za każde trzaśnięcie drzwiami. – Kłóciliśmy się. Wiedział, że jestem odległa światopoglądowo. Powiedziałam, że źle zrobił, zakazując na przykład Parady Równości.

Na studiach Monika Kern zaczęła odchodzić od światopoglądu taty w rejony liberalno-lewicowe. Jak tłumaczy, z lęku przed fanatykami, których w szeregach prawicy jest nadreprezentacja. – Ojca to nie dotyczy, był mądrym prawicowcem, nie oszołomem. W domu dużo dyskutowaliśmy. Passusu z książki ojca, że celem Adama Michnika jest, aby „diaspora żydowska określała i realizowała cele państwa”, Monika nie pamięta. Ojciec miał przecież wielu przyjaciół Żydów.

Ucieczka do ludzi

Jeszcze z czasów licealnych Monika ma kilkunastu przyjaciół, paczkę. Ktoś z kimś był w klasie, ktoś jest czyimś bratem, ktoś z kimś chodził. Jest też ten chłopak, który po studiach ściągnął Monikę do Łodzi – dziś przyjaciel, była jego świadkiem na ślubie. Te znajomości, zwykle przypadkowe, okazują się dziedziczne. Tamten przyjaciel to syn człowieka, którego Andrzej Kern bronił w procesie politycznym 1968 r. Dwie przyjaciółki są córkami opozycjonistów, z którymi siedział w Łowiczu.

 

Spotykają się na kolacjach, wielkanocnych i bożonarodzeniowych śniadaniach. Na jednym z takich śniadań, kilka lat temu, Monice dłużej schodzi na rozmowie z Jackiem, architektem, z którym wcześniej znali się luźno. Jackowi akurat rozpada się małżeństwo, jest dwójka małych dzieci. Umawiają się raz, drugi. Oczywiście ojcowie chodzili razem do liceum. Po roku zaręczyny.

– Te więzi są czasem bliższe niż pokrewieństwo, wszyscy nam ich zazdroszczą – chwali się Marcin Piekarczyk z ekipy przyjaciół. – A Monika jest ważnym ogniwem spajającym, siłą napędową. Mobilizuje, żeby się ruszyć na narty, na sylwestra. Niedawno przed imprezą na czterdziestkę kolegi wywiesili w Łodzi banner: „Michał, będziemy. Bo Cię kochamy i wiemy, że Ty nas też. Dzięki za najlepsze 40 lat w naszym życiu”. Przed świętami organizują „Szlachetną paczkę” – zbierają na prezenty dla wybranych dwóch–trzech rodzin.

Ucieczka do pokus

W 2007 r. umiera Andrzej Kern. Pół roku później Zofia, mama Moniki, odbiera diagnozę – rak. Monika jest wtedy w Stanach. Esemesa dostaje, jadąc pociągiem. Zaczyna przez ten pociąg biec. A potem zaczyna jeść. Mama przechodzi operację, wraca do zdrowia, a Monika dalej je. Z nawyku – wieczorem po harówce w pracy, w weekendy w czasie maratonów po knajpach. Narzeczony, przyjaciółki proszą: „Zrób coś ze sobą”. Eteryczna Julia z lat 90. dobiega 80 kg. Puchną nogi, na schodach sapie. Znajomi licytują się osiągnięciami w biegach, Monika wystaje przed lustrem, by na spotkanie z nimi dobrać strój, w którym nie będzie widać. – Wiedziałam, że wyglądam przerażająco, ale wstrząsnęło mną dopiero zdjęcie z sylwestra – gdy usiłuję się przecisnąć przez wąski pokój pełen ludzi. Testuje dietę pudełkową, sesje z diet-coachem, środki ziołowe i chemiczne, z apteki i z Allegro.

W końcu trafia na przytomną dietetyczkę. Pomaga zmienić podejście do jedzenia – tak, by nie głodować, ale nie tyć. Wypracowują uważność. Monika myśli o tym, co je, jak i po co – że jedzenie jest do jedzenia, a nie do uciekania czy odstresowania. Przez rok traci 18 kilogramów.

Ucieczka do przodu?

Tuż przed referendum, które ma odwołać Jerzego Kropiwnickiego z funkcji, prezydent Łodzi oddelegowuje Monikę na p.o. prezesa Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania. Jest listopad 2009 r. Trudno rozstrzygnąć – trampolina to czy mina? Zarobić można lepiej niż w urzędzie, ale poprzedni prezes ma zarzuty prokuratorskie. Tuż po referendum, w lutym, komisarz Kernównę odwołuje.

W 2010 r. Monika robi kampanię samorządową Hanny Zdanowskiej – za czasów Jerzego Kropiwnickiego wiceprezydent, teraz platformerskiej kandydatce na prezydenta miasta. „Ucieczka do przodu” – Monika lubi to sformułowanie. Prowadzi też kampanię swojemu narzeczonemu Jackowi Borkowskiemu, który startuje do Rady Miasta z listy PO (a także kilku innym politykom z różnych formacji – kreowanie wizerunku to jej konik). Nowa prezydent Hanna Zdanowska znów powołuje Monikę Kern do zarządu MPO. Ale w łódzkiej Platformie zaczynają się tarcia także o stanowiska. Rada nadzorcza odwołuje Monikę z MPO. Jarosław Berger, łódzki radny SLD, upatruje w tej decyzji raczej zemstę za narzeczonego, klasyczny strzał rykoszetowy: – Nie słychać było o jakichś jej błędach. Kompetencyjnie na pewno nie była gorsza od ludzi, którzy teraz zarządzają tą spółką.

Monika szuka pracy przez rok. Coś znalazła, zapewnia, że CV wysłała przez pracuj.pl.

– Czy nie chciałam uciec w inną dziedzinę, dalej od polityki, prawa, administracji? Nie. Cokolwiek bym robiła, ktoś może powiedzieć, że pomaga mi nazwisko. Czasem pewnie pomaga. A czasem nie – podsumowuje Monika.

Myśli sobie, że gdyby tamta historia z Maćkiem wydarzyła się dzisiaj, pewnie przyszłoby jej tańczyć z gwiazdami. Bo taki jest teraz los celebrytów. Tabloidy na pewno asystowałyby też przy rozstaniu młodych. Nagłówki mogłyby wyglądać tak: „Kto zniszczył tę miłość?”, „Dramat Moniki, łzy Maćka”. A tak po cichu, bez emocji, Maciek jakby rozpłynął się we mgle…

Im bardziej Monika obserwuje politykę od kuchni, tym bardziej jest dla niej oczywiste, że wtedy, przed 20 laty, to jednak była sprawa polityczna, politycznie podgrzewana. Rozumie swojego ojca. Ona też postawiłaby na nogi całą Polskę, żeby szukać jej dziecka. Gdyby je miała. Gdyby wciąż nie musiała uciekać.

Polityka 45.2013 (2932) z dnia 05.11.2013; Kraj; s. 29
Oryginalny tytuł tekstu: "Uciekająca panna młoda"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną