Społeczeństwo

Oszustwa miłosierdzia

Podszywają się pod niepełnosprawnych, wyłudzają pieniądze

Wizerunek tej dziewczyny wykorzystują oszuści posługujący sie nazwiskami „Marty Wieczorek”„Marty Kowalczyk” i „Marty Warawko” - proszą o pieniądze na pomoc w leczeniu. Wizerunek tej dziewczyny wykorzystują oszuści posługujący sie nazwiskami „Marty Wieczorek”„Marty Kowalczyk” i „Marty Warawko” - proszą o pieniądze na pomoc w leczeniu. 123 RF
W internecie roi się od apeli o pomoc dla ciężko chorych, skrzywdzonych, nieszczęśliwych. Jak odróżnić prawdziwe od fałszywych?
Na oficjalną stronę nieuleczalnie chorego Łukasza Berezaka, z jego numerem konta i prośbą o wpłacenie 1 proc. podatku na leczenie, mało kto zwrócił uwagę. Natomiast na kilku fałszywych fanpejdżach lajkowała cała facebookowa Polska.Marcin Bielecki/PAP Na oficjalną stronę nieuleczalnie chorego Łukasza Berezaka, z jego numerem konta i prośbą o wpłacenie 1 proc. podatku na leczenie, mało kto zwrócił uwagę. Natomiast na kilku fałszywych fanpejdżach lajkowała cała facebookowa Polska.

Szymek Kasperczak ma 11 lat, mózgowe porażenie dziecięce i padaczkę. Ma też dzielną, kochającą go nad życie matkę, która dla jego zdrowia zrobi wszystko, łącznie z błagalnym mailingiem opatrzonym zdjęciami chłopca (z maskotką prosiaczkiem i na wózku inwalidzkim na tle brązowego narożnika). Niemal wszystko w tym elektronicznym liście jest prawdą: informacje o cenie godziny rehabilitacji (120 zł), miesięcznym turnusie (4 tys.). Prawdziwy jest nawet numer konta, na które mają wpływać wyżebrane pieniądze. I tylko Szymek Kasperczak nie istnieje. – Tak naprawdę na zdjęciu jest Andriej Bieljajew. Ktoś ukradł je z portalu rosyjskiej fundacji pomocowej i dorobił do niego historię – opowiada pisarka Małgorzata Karolina Piekarska, która zdemaskowała oszustwo na swoim blogu. Gdy odnośnik do strony dał na swoim Facebooku znany raper – poszło. Ktoś ze znajomych Piekarskiej wysłał pseudo-Szymonowi kilkadziesiąt złotych, prywatna szkoła angielskiego, która ma w statucie pomoc potrzebującym, przelała 200.

Na lenia

Badacze internetu bagatelizują te tzw. oszustwa miłosierdzia, przekonując, że to zaledwie 1 proc. wszystkich popełnianych w internecie. Nieznana jest dokładna liczba oszukanych. Policja nie prowadzi takich statystyk, a i niewielu z cyberskrzywdzonych szuka sprawiedliwości.

Ale pieniądze płyną – bo oczywiście w internetowych oszustwach motyw finansowy jest na pierwszym miejscu. Takim samym tekstem i identyczną fotką (szczupłej brunetki na wózku – okulary, kawałek drewnianego płotu w tle – prosi o pomoc w leczeniu), ale już innymi numerami kont, anonsują się „Marta Kowalczyk” i „Marta Warawko”. Ich żebracze maile dosłownie zderzają się w skrzynkach. Ostatnio pieniądze płyną do kolejnego wcielenia osoby posługującej się nazwiskiem „Marta Wieczorek” (obecnie jako wirtualna 22-latka, chora na stwardnienie rozsiane, która powołuje się na fundację SM).

Sprawdzenie, że zmultiplikowana Marta posługuje się nie tylko zdjęciem ukradzionym z serwisu internetowego Fakt.pl, ale też splagiatowała prawdziwy list napisany przez chorą na SM, jest banalnie proste. Wystarczy wrzucić tekst w Google – wyskoczy strona, z której został skradziony. – Fundacja, na którą powoływała się pseudo-Marta, również nie istnieje – dodaje Piekarska. – Sprawdzenie, że pod podanym adresem mieści się inna instytucja, też nie jest ponadludzkim wysiłkiem.

Jednak ludziom nie chce się sprawdzać. – Bo to dodatkowy wysiłek. A wirtualne miłosierdzie powinno być aktem prostym. I przede wszystkim przyjemnym, bo wysyłając niewielkie zazwyczaj pieniądze, czujemy się potrzebni, empatyczni, prospołeczni – wyjaśnia dr Wiesław Baryła, psycholog społeczny z SWPS w Sopocie. – W cyfrowym miłosierdziu nie chodzi tylko o to, żeby komuś pomóc, ale raczej, by błyskawicznie zaspokoić własny dyskomfort: dostajemy wołanie o pomoc, czujemy przypływ współczucia i błyskawicznie możemy się od niego uwolnić, naciskając na odpowiedni klawisz.

A naciskamy na ten klawisz tym chętniej, jeśli widzimy, że zrobił to już ktoś bliski. Jesteśmy bezkrytyczni w stosunku do znajomych, którzy przecież też mogli bezmyślnie coś zalajkować. Ale też jeśli chodzi o sam internet. Nie potrafimy z niego korzystać – zamiast szperać, sprawdzać, wybieramy gotowe pakiety informacji. Na przykład na temat Oli Kuczmy – opisywanej w mediach ofiary tragicznego pożaru, w którym straciła połowę twarzy. Dziś Ola ma 8 lat i aby zobaczyć, jak wygląda, wystarczy wrzucić w Google jej imię i nazwisko. Mimo to w mailowym łańcuszku na zawsze pozostała 15-miesięczną dziewczynką, która wygrała z ogniem wojnę o życie. Ale – jak nawołuje życzliwy zainteresowany – to dopiero początek jej walki, trzeba jej pomóc. Bardzo prosto – przesyłając dalej mail z jej zdjęciem.

Na fachowo

Na oszustwach miłosierdzia wyłudza się nie tylko przelewy pieniężne. Na przykład ci, co ukradli zdjęcia Oli Kuczmy, proszą jedynie o przesyłanie dalej jej zdjęć – buzia w bliznach, otwarte usta, bandaże. Informując, że z każdego maila rodzice Oli dostają trzy grosze. Do rodziców dziecka – którzy zresztą wiele razy mówili o tym w mediach – z takich mailingów nie trafia ani złotówka. Twórcom łańcuszków chodzi o zebranie jak największej liczby adresów mailowych, a potem sprzedanie ich firmom, które wyślą tam niechciane reklamy. Cena naszego miłosierdzia jest relatywnie wysoka: jeden adres to 10 groszy.

O wiele wyższa niż facebookowych lajków (od grosza do pięciu), którymi dajemy upust własnej wrażliwości, wspierając chore dziecko, ale też wyrażamy oburzenie z powodu katowania psa czy nędznego losu kota. Założyć stronę, która żeruje na miłosierdziu, jest łatwo: wystarczy zdjęcie (niekoniecznie kradzione, bo w przypadku psa czworonożnej biedy pełno na ulicach), emocjonalny wpis i wirtualne kciuki lecą w górę. Im ich więcej, tym lepiej. Farma, czyli strona polubiona przez 100 tys. osób, chodzi na Allegro nawet po 5 tys. zł.

 

A jeśli obficie olajkowanego fanpejdża nie uda się sprzedać, na stronie można przecież umieścić reklamy, które ściągają pieniądze za każde kliknięcie. Internetowe miłosierdzie ludzkie dalej będzie sponsorować oszusta. – Można też wrzucić linki do rzekomo humorystycznych albo kontrowersyjnych filmików – dodaje Anna Wasilewska-Śpioch z Działu Bezpieczeństwo portalu DI24.pl. – Kiedy usiłujemy je obejrzeć, padamy ofiarą kolejnego oszustwa tzw. porywania lajków, czyli nieświadomego lubienia różnych stron, a nawet wyłudzania pieniędzy za wysyłanie np. niechcianych wróżb.

Ci, którzy realnie potrzebują pomocy, są ofiarami wyłudzaczy. Bo mogliby dostać od ludzi pomoc, a nie dostają. Ostatnio cała facebookowa Polska na kilku fanpejdżach biła rekord polubień Łukasza Berezaka, nieuleczalnie chorego chłopca, który stał się ikoną Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wirtualne kciuki błyskawicznie szły do góry (około 800 tys. razy w ciągu jednego dnia). Niewiele osób zwróciło uwagę, że poza Facebookiem istnieje też oficjalna strona chłopca z jego numerem konta i prośbą o wpłacanie 1 proc. podatku na leczenie. Na szczęście jeden z internautów podniósł alarm i farmy lajków zostały zamknięte.

Oficjalny profil Łukasza na Facebooku też powstał, ale nigdy nie powtórzył sukcesu swoich fałszywych odpowiedników. Ma niewiele ponad 100 tys. lajków. Miłosierdzie się nie przyjęło, bo może fanpejdż nie jest tak kolorowy jak tamten ze zdjęciem Łukasza na tle księżyca i nikt nie opatrzył go nośnym hasłem „Dla mnie nie ma już ratunku, więc chciałbym pomagać innym”. Może też emocje, które napędzały tamte lajki, opadły, bo wielu klikało wtedy może nawet bardziej z potrzeby opowiedzenia się po stronie atakowanego Jurka Owsiaka, a nie chorego dziecka. – A może po prostu tamte fałszywe strony robili specjaliści od oszukiwania – podrzuca dr Wiesław Baryła. – Oni doskonale wiedzą, że w internecie wszystko, nawet cierpienie, musi być pięknie opakowane i atrakcyjnie sprzedane. I tu nie chodzi tylko o zdjęcia, na których nawet ciężko chore dziecko musi wyglądać ładnie, ale też sposób, w jaki opowiadana jest jego historia.

W jakimś sensie na internetowej dobroci tracimy też my wszyscy – mówią badacze. W ubiegłym roku Amerykanie poprosili badanych przez siebie ludzi o wirtualne wsparcie dla różnych szczytnych przedsięwzięć, a potem przekazanie pieniędzy albo wejście w wolontariat. Okazało się, że im bardziej publiczny charakter miał pierwszy akt poparcia, tym mniej prawdopodobne było udzielenie rzeczywistej pomocy. – Nasza próżniacza prospołeczność, nazwana już w literaturze slacktivism (od angielskich słów slacker – próżniak i activism), karmi się miłosierdziem, ale w wersji light, bez realnego kontaktu z drugim człowiekiem – dodaje dr Wiesław Baryła. – Lenistwo to idealna pożywka dla oszustów.

Na emocje

Ale to nie znaczy, że cybermiłosierdzie jest wyprane z emocji. Przeciwnie – czasem zasysa na miesiące albo lata. Jak w przypadku Emilii, mamy, która na blogu kochamylaure.pl opisywała swoją walkę o czas dla nieuleczalnie chorej córki. Trafiła w sieci na Karolinę J., 19-latkę spod Legnicy, której życie miało być pasmem niepowodzeń. Najpierw umarł jej ojciec, potem matka razem z małą siostrzyczką zginęły w wypadku, wreszcie w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia na serce zmarła jej ukochana babcia. Na domiar złego przeszczep szpiku – bo Karolina J. miała cierpieć na białaczkę – nie przyjął się, a jakiś okrutny dorosły ukradł jej laptop, który był jej jedynym kontaktem ze światem. – Nie sposób przejść obok takiej historii obojętnie – przekonuje Emilia. – Czułam, że muszę coś zrobić, żeby pomóc i jej. Siedziałam po nocach i szukałam fundacji, która mogłaby znaleźć dla niej dawcę, godzinami rozmawiałyśmy przez komórkę (skarżyła się na tęsknotę za zmarłymi rodzicami, mówiła, że przypominam jej matkę), wreszcie oboje z mężem oddaliśmy krew i zarejestrowaliśmy się jako dawcy szpiku.

 

Emilia, która nigdy w życiu nie spotkała się z 19-latką, z czasem zaczęła myśleć o niej jak o przyjaciółce. A kiedy po jej działaniach jedna z fundacji zaczęła szukać szpiku dla nastolatki spod Legnicy, Emilia doszła do wniosku, że być może i cierpienie jej dziecka ma jednak sens – dziecku nie mogła pomóc, ale innemu człowiekowi tak.

Niestety, zaraz później Karolina wpadła. Banalnie: fundacja zadzwoniła do kliniki, w której miała się leczyć, i okazało się, że nigdy nie było tam nikogo o takim nazwisku, a resztę zrobiła zaalarmowana przez fundację policja. Nastolatkę namierzono: była zdrowa, miała pełną rodzinę i psa. Okazało się, że posty niby ze szpitala pisała w kafejce internetowej.

Oraz że gdy zaczęła, to nie mogła przestać. Sieciowe więzi wiążą w obie strony. Trudno zrezygnować z ofiarnych, w jakimś sensie zakochanych w człowieku przyjaciół, którym naprawdę zależy. – Blog daje nam wrażenie intymnego, bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem – mówi dr Krzysztof Kreitz, psycholog internetu z SWPS. – I nie ma znaczenia, że wiążemy się z bytem wirtualnym albo dajemy się nabrać na fałszywą historię. Wyjście z relacji zawsze jest trudne. Często wręcz, nawet wiedząc, że zostaliśmy skrzywdzeni, chronimy swojego krzywdziciela.

Na dłużej

Po Majce z Bydgoszczy, Czarodziejce Oli i jeszcze paru innych została w internecie cała rzesza sierot. W. nie tylko nie poszła w sprawie oszustki Majki, rzekomo chorej na białaczkę, na policję, ale wręcz przyznaje, że nie potrafi się do niej zniechęcić. Nie zainwestowała w fałszywą blogerkę ani grosza (choć byli tacy, którzy wpłacali pieniądze na jej leczenie), ale zaangażowała się emocjonalnie. Codziennie wchodziła na jej stronę, płakała na myśl o jej dzieciach (trójka z dwóch związków, plus dwoje jej partnera), zapisywała (tak na wszelki wypadek) jej sposoby na walkę z nowotworem (napar z ostrej papryczki z olejem lnianym). Kiedy Majka wpadła – znów banalnie: jedna z czytelniczek zauważyła błąd ortograficzny w umieszczonym przez nią dokumencie z centrum onkologii – W. nie mogła sobie znaleźć miejsca. Tak jak inne czytelniczki dawała wyraz swojemu oburzeniu na forach albo w postach pod innymi, prawdziwymi blogami onkologicznymi. Ale nawet tam brakowało jej Majki i ciągu dalszego jej historii.

Ofiary Czarodziejki Oli oszustki, od 8 lat prowadzącej fałszywe blogi, na których choruje na białaczkę, glejaka, ślepnie, walczy z przerzutami i cukrzycą założyły stronę, na której demaskują jej sposoby działania. Czyli: odławianie na wpisach pod blogami potencjalnych wirtualnych przyjaciół, zaczepianie, zdobywanie numeru telefonu, a potem wciąganie w toksyczną relację i wyciąganie nie tyle pieniędzy, ile czasu. Podają swoje nazwiska, szczegóły dotyczące chorób ich bliskich – głównie dzieci, bo większość z nich zmaga się z nieuleczalnymi schorzeniami – ale prawdziwych danych Oli nie ujawnią. – Zniszczyła moją wiarę w drugiego człowieka, ale nie chcę, aby ktoś ją skrzywdził – tłumaczy jedna z poszkodowanych, która zorganizowała dla rzekomo umierającej Oli zbiórkę pieniędzy na zakup wymarzonej maszyny do pisania. – Szkoda mi jej – dodaje inna, którą oszustka, domagając się uwagi, dręczyła esemesami jako matka Oli, jako zajmująca się nią pielęgniarka, a nawet dziennikarka pisząca o niej książkę. – Ona jest chora, ale nie na raka, lecz o tym nie mogę mówić.

Opowie Ada, której córka była czytelniczką jednego z blogów Czarodziejki Oli. Teraz już może. Bo przed śmiercią córki czuła, że powinna chronić nawet jej złudzenia o tym, że ludzie są dobrzy. – Internauci przestrzegali, że nie powinna kontaktować się z Czarodziejką, ale moja córka nie wierzyła, że ktoś może udawać ciężką chorobę, aby w ten sposób grać na cudzych uczuciach – wspomina Ada. – Agata Maćkowiak, bo tak w owym czasie przedstawiała się Czarodziejka, dzwoniła do niej, rozmawiały w necie. Agata obiecywała, że kiedy moja córka wygrzebie się z białaczki, założą razem fundację pomocy innym chorym dzieciom.

Obiecywała też, że wpadnie do niej do szpitala, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie. Córka Ady nie doczekała się spotkania ze swoją wirtualną przyjaciółką. Zmarła 1 października 2013 r. Miesiąc później Ada dostała esemesa, że umarła również Agata Maćkowiak. Pod wiadomością podpisał się rzekomy narzeczony dziewczyny.

Ada, tropiąc teraz oszustkę w internecie, usiłuje jakoś wyrównać ujemny bilans. Na wciąż działającym blogu o chorobie swojej córki umieściła apel do innych wykorzystanych. Może razem coś wymyślą, zainteresują sprawą policję, a ta skutecznie eksmituje Czarodziejkę z internetu. Choć to bardzo trudne do kwalifikacji przestępstwo: wyłudzić czyjeś uczucia.

Polityka 8.2014 (2946) z dnia 18.02.2014; Społeczeństwo; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Oszustwa miłosierdzia"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną