Społeczeństwo

Bagaż narodowy

„Walka o bagaż” po naszemu

Przed licytacją uczestnicy mogli z daleka przyjrzeć się bagażom. Przed licytacją uczestnicy mogli z daleka przyjrzeć się bagażom. Leszek Zych / Polityka
Polskie Linie Lotnicze LOT po raz pierwszy w historii urządziły aukcję nieodebranych bagaży.
Jedna z uczestniczek aukcji otworzyła wylicytowany bagaż już na miejscu. Znalazła przeglądarkę DVD.Leszek Zych/Polityka Jedna z uczestniczek aukcji otworzyła wylicytowany bagaż już na miejscu. Znalazła przeglądarkę DVD.

Gdy na fejsie pojawiła się wrzuta, że PLL LOT, zainspirowany amerykańskimi programami z cyklu łowcy promocji, zlicytuje nieodebrane bagaże wraz z zawartością, wejściówki w cenie 10 zł wyprzedały się w airkiosku po kilku godzinach (organizator zapewniał dreszcz emocji). A ponieważ było ich zaledwie 120 sztuk, najpierw w sieci odbyła się aukcja wejściówek.

Wartość biletów rosła jak na giełdzie: Chętnie odkupię, jestem otwarty na propozycje cenowe; Dam 250 PLN; Dam 400; 800 za dwie; Czekam tylko na poważne oferty do godz. 10, potem odpiszę do osoby, która zaoferuje najkorzystniejszą kwotę; Zlicytuję w pakiecie 4 bilety za 1000 PLN; Pozbędę się przyjemności uczestnictwa zaraz po zaksięgowaniu wpłaty na PayU. Ceny przekroczyły dwa tysiące.

Wejściówki licytowali głównie oglądacze serii „Walka o bagaż” na Discovery Chanel. W programie koneserzy ryzyka zbijają majątki na cudzych nieodebranych walizkach. Trafiają się pierścionki z diamentem, zegarki Rolex, stare monety, antyczne posążki itp. Polak też liczył na dobra luksusowe, typu zaszyty w stanik naszyjnik po bogatej – weźmy – pani Megan, plik euro w skarpecie, markowe płetwy. Jeszcze przed aukcją pod budynkiem chodziły koniki z biletami. W końcu za 23 tys. zł wylicytowano 67 walizek.

Polak Polakowi kartoflem

C. nie żałował na swoją wejściówkę, gdyż żyje z myślenia, bo w tym kraju inaczej się nie da. Inteligencja C. była o tyle ważna, że aukcję zorganizowano w ciemno. Nie mógł dotknąć ani podnieść, potrząsnąć i ocenić wagowo żadnej walizki. Podczas godzinnej tzw. prezentacji bagażu przeznaczonego do licytacji C., zbity w kupę z innymi za szlabanem, oglądał, zapisując na karteczkach numerki tych, które działały na wyobraźnię.

C. szukał neseserów biznesowych z kłódeczką, sprawiających wrażenie dalekobieżnych. Może należały do dobrze sytuowanych amerykańskich przedsiębiorców, skoro machnęli ręką na szukanie swojej walizki, której np. urwała się wywieszka bagażowa? Może do pasażera z Arabii Saudyjskiej? Odrzucał ortalionówki po – najpewniej – globtroterach. Prawdopodobnie dostali od przewoźnika kwotę odszkodowawczą wartą więcej niż własny grajdoł ze spoconym dresem. Oraz wyglądające na własność tzw. pojedynczych żołnierzyków latających krótkobieżnie, przykładowo: para zakochanych odkładała pół roku na walentynkową wycieczkę do Paryża.

Natomiast J. podczas prezentacji bagażu skupiał się na tym, żeby omijać walizki wyglądające na polską turystykę. Tu jest jednak kartofland. J. wie, co matka wozi ciotce do Chicago. Głównie gazetki z wykrojami ręcznych robótek i hurtowe ilości kisielu Słodka Chwila, bo u nich nasz kisiel kosztuje grube dolary. Poza tym Polak nie jest nonszalancki, cenniejsze przedmioty na pewno trzyma kurczowo w podręcznym. Ale neseser z chińskim logo (coś jak Penk Czenk) już tak. Jeśli Chińczyk podróżuje, musi być zamożny.

W. zapisał na karteczce numery aukcyjne ośmiu walizek wyglądających prawie identycznie. Sam dużo lata, ale nigdy na taśmie nie widział obok siebie takich samych walizek. Może należały do dużej sportowej kadry?

W. – nastawiając się na złoto/srebro, ekskluzywne telefony VERTU, robione pod indywidualne zamówienie – postawił na trzy sztuki tych prawie identycznych. Licytował taktycznie, gdyż ma bagaż doświadczeń z przetargów samochodów powypadkowych. Jeśli cena wywoławcza: 10 zł!, on od razu: 200! Czym dawał do zrozumienia innym, że jest napalony i nie ustąpi.

Tymczasem znalazł w nich syf, kiłę i mogiłę. Mało tego, uchylił wieko przy ludziach. I natychmiast zamknął, gdyż oblał go gorąc. Całkiem możliwe, że organizator kupił te walizy na Allegro po 20 zł, a żeby to czymś wypchać, wysłał po ciuchy do Raszyna jakąś sekretarkę. Ona, też chcąc przyoszczędzić, przyniosła stare ubranka po swoich dzieciakach.

Polak Polakowi złodziejem

Z powodu zawartości pierwszych walizek licytanci zaczęli wstydzić się otwierać swoje publicznie. Tylko macali rękami, czekając na ocenę ryzyka, aż wrócą do domów.

Wysypujących w garażach, kotłowniach i piwnicach zawartość swoich walizek najbardziej dziwiło to, że z każdej wypadało stado telefonów i ani jednej ładowarki. G. w wylicytowanych sześciu znalazł ogółem 24 modele. Kto tak lata? To musiały być ewidentnie dołożone fanty, żeby nikt za bardzo nie marudził. P. w dwóch miał pięć sztuk. Nabrał podejrzeń, gdy po menu doszedł, że należały do: Francuza, Hiszpana, Anglika i dwóch Niemców. K. w dwóch naliczyła 14. Były upchane po kieszonkach. Gdyby wiedziała, co ma w walizce wiezionej z aukcji, umarłaby ze strachu przed policją.

J. sądzi, że jego walizki nie przetrzepali dokładnie, ponieważ w kieszeni jeansów znalazł 55 dol. Od początku nie miał wątpliwości, że temat jest pogrzebany i nic tam nie będzie. Pogłębiła ją jeszcze regulaminowa informacja, iż bagaże przeszły rentgena służb celnych na wypadek przedmiotów niebezpiecznych, w tym broń, narkotyki, fajerwerki. I prasowe wypowiedzi organizatora, że jeśli bagaż nie został odebrany w ciągu 5 dni, następuje komisyjne otwarcie. To z kolei na wypadek przedmiotów zabronionych, opróżnia się go z alkoholu, kosmetyków, spożywki, które się utylizuje. Ponoć utylizowanie jest wielką przykrością dla obsługi, ale nie mają wyjścia, gdyż czynność jest naszpikowana procedurami – monitorowana, komisyjna, protokołowana itp. Według J. już sobie nasi ze służby lotniskowej zrobili aukcję wewnętrzną.

M., koneser walizek, ma kolegę, który służył w 36 pułku. Tylko machnął ręką, dowiedziawszy się, że M. wylicytował osiem sztuk. Kolega do M: – Jak ja bym ci powiedział, co trzeba zrobić, żeby złapać robotę na magazynie i ile osób z tego żyje.

Licytujących uprzedzali też na forach, że u nas złodziej złodziejem przykryty. Nawet jeśli nie buchnęli ci z obsługi, to z pewnością zrobili to pracownicy autsorsingowych firm ochroniarskich/sprzątających. Forumowicze mieli poczucie graniczące z pewnością, że z błyskotek zostały jedynie różańce, miedziane duperele, szklane podróbki i plastikowe zabawki dla dzieci.

Nick Polak nie wierzy w uczciwość pracowników z pensją ok. 1,8 tys. zł. Sam też by coś buchnął. Jurek2000 apelował, żeby nie być ludzkim ślepotą, bo tu jest jednak k…a Polska, nie USA, a jak Polak zajrzał, wiadomo, że nie przepuścił. Olaff też nas zna i nie wierzy, że tam coś jest, łącznie z długopisami i żelem pod prysznic. Kali555, będąc w technikum lotniczym, miał praktyki w hangarach, tam już nie ma prawa nic być. Lukask73 tłumaczył jak dzieciom, że sposoby na otwarcie walizek są banalnie proste. Podał nawet filmik instruktażowy na YouTube.

Mańka z powodu naiwności licytujących ogarnął smutek i rozpacz. Tylko niepełnosprawni intelektualnie myślą, że tam nie było kipiszu.

Polak Polakowi cwaniakiem

A., wylicytowawszy trzy walizki za 1,2 tys. zł, opowiadała telewizjom, które rozstawiły się w celu zrobienia newsa o tym, jak Polak umie bawić się na lajcie, że tu chodzi o fan. Jednak w domu poczuła się zbulwersowana. Nawet założyła fanpejdża „zdegustowana Ania”.

Pierwsza walizka była po brzegi wypchana pampersami dla dorosłych w różnych rozmiarach. Plus dwie pary butów z wyrwanymi wkładkami i klapki z napisem „Amsterdam”. Jeszcze nie wie, ile są warte pampersy, bo nikt w rodzinie się nie moczy. W drugiej zastała kurteczkę dziecięcą, kamizelkę damską z lat 60., płaszcz damski, cztery pary spodni w różnych rozmiarach, a wszystko sprawiające wrażenie zakupionego w lumpeksie.

Intrygująca była zawartość trzeciej: dwie damskie bluzki w różnych rozmiarach, spodnie, buty zimowe, dwie pary majtek, mnóstwo dokumentów hiszpańskojęzycznych, w tym rachunki bankowe z personaliami, oraz dwa telefony.

Chyba A. wytropiła duży przekręt. Zgodnie z konwencją montrealską walizki wystawiane do licytacji muszą przeleżakować dwa lata, w tym czasie przewoźnik zobowiązany jest dołożyć wszelkich starań, żeby za pomocą Międzynarodowego Systemu Poszukiwania Bagaży skomunikować pasażera z walizką. Przewoźnik może (komisyjnie) szukać w bagażu przedmiotów identyfikujących właściciela typu wizytówki, notesy. Tymczasem A. odkryła, że w telefonie Sony Xperia, rocznik 2008, z kartą SIM w sieci Era, ostatnią aktywnością był esemes z 15 maja 2013. 30 sekund zajęło jej skontaktowanie się z ­właścicielką. Pani zaklinała na Boga, że nigdy w życiu nie zgubiła bagażu. Ponieważ tej pani zależało na karcie SIM, spotkały się przy herbacie, gdyż tak się złożyło, że pracują na tej samej uczelni. Karta SIM z drugiego telefonu należy do operatora arabskiego. Ostatnia aktywność 23 grudnia 2012. Z powodów lingwistycznych A. jeszcze się nie skomunikowała.

A. liczyła się z tym, że może kupić brudne gacie, ale w tych walizkach było coś niepokojąco bez sensu. To z całą pewnością nie są bagaże koherentnych podróżnych. Jakby ktoś pakował się z zamkniętymi oczami. Bo ile fasonów, stylów i rozmiarów może zawierać bagaż normalnego człowieka? Kto bierze letnie spodenki dziecięce plus szalik, parę spodni garniturowych i koszul, a każde w innym rozmiarze?

C. też zauważył bezsens tej zawartości. W jednej walizce znalazł połowę rzeczy widocznie należącej do wyrafinowanej kobiety XXS i połowę barchanowych gaci XXL, na pewno nie tej pierwszej. Jak w jednej walizce mogą być spakowane tak różne turystki? Do tego paragon z Izraela, aparat ze zdjęciami Pakistańczyka i dwie sztuki pustych portfeli.

P. prosi forumowiczów, żeby pomogli mu ustalić profil właściciela wylicytowanej przez matkę walizki, gdyż wygląda mu na to, że były to rzeczy pięciu różnych osób. Znalazł: aparat ze zdjęciami z Chin z 2011 r., komórkę Czecha (ostatnie esemesy z 2012 r. typu „witamy w Tajlandii”, „witamy w Wietnamie”), trzy pary spodni roboczych upapranych farbą, pięć par spodni od garnituru (w tym jedne od Armaniego), marynarkę Bossa. Pablos do P.: „A może był to Czech, który wyjechał do Anglii zarobić na wyjazd. Jak już zarobił na budowie, to kupił w Locie bilet do Pekinu. Jadąc przez Wietnam i Tajlandię do kraju, uszył sobie spodnie i garnitur u Hindusa z kolekcji Armaniego i Bossa, bo musiał się pochwalić, jak to w Anglii się rozwinął zawodowo”.

Polak Polakowi szambonurkiem

Więc teraz uczestnicy aukcji utylizują wylicytowaną zawartość na koszt własny. Lub, pod maską filantropii, dystrybuują towar po ochronkach miłosierdzia i skupach PCK. Najbardziej przydatne są wielkie 10-letnie telefony komórkowe. Biorą je chętnie starsi emeryci, narzekający na miniaturowość świata.

Z. ma pytanie do organizatorów: jak oni go potraktowali? Jak szambonurka? W walizce znalazł jakieś „ch... j wie co”. Normalnie żer dla skner. Nie liczył na złote zęby żydowskie, ale bądźmy realistami. To musiało być wybebeszone. Kupił kilka walizek. To dziwne, ale w żadnej nie było majtek ani skarpet. To śmierdzi wałkiem na odległość. Z jakiej podróży wraca się bez majtek?

Żona P., paląc w piecu zawartość trzech walizek (w tym ciuchy o rozpiętości XXS do XXXL plus dwie gazety sportowe), też krzyczała na niego, że jaki kraj, takie ryzyko. Schował się w fotelu. Mówiąc szczerze, też był zdziwiony ich niekoherentnością. Kto wozi w jednej walizce tureckie spodenki dziecięce, dwa garnitury męskie (w wersji pan bardzo wysoki i bardzo niski), cztery krawaty, polską sztuczną biżuterię z metką 39,99 PLN oraz włoskie kozaki na szpilce? Uspokajał tymi kozakami żonę, że przecież są nowe, skórzane. Nie mogą narzekać, jemu trafiły się buty narciarskie za ok. 700 zł. Dla P. zastanawiający był też zapach zawartości. Identyczny w każdej walizce. Coś à la wkładka do szafy w stylu kwiaty polskie. Tymczasem wąchał walizki z zewnątrz i nic nie wyczuwał. Na tej podstawie wnioskuje, że cały ten towar leżał razem na kupie, zanim go upchano spontanicznie.

L. uspokaja się, że jeśli spienięży zawartość dwóch walizek, wyjdzie na zero. Do spieniężenia ma specjalistyczną odzież roboczą, w tym: nówki rękawice spawalnicze, rękawice antywibracyjne z podwójnym zbrojeniem dla pracujących przy młocie pneumatycznym, kombinezon do autowarsztatu itp. L. nie wierzy, że przewoźnik, robiąc kipisz w walizce, nie mógł zlokalizować właściciela. Na spodzie znalazł zeszyt, na okładce imię, nazwisko, telefon i mail do Bułgara.

K. też nie może powiedzieć, że jest przegrany. Wylicytował aparat Sony, telefon Samsung (bez ładowarki) oraz z 8 kg ciuszków z wyższej półki po filigranowej paniusi. Najpewniej Gruzinka lecąca do Izraela, gdyż zastał przewodnik gruzińsko-hebrajski plus informator. Niewykluczone, że wyjdzie ciut do przodu, jeśli wystawi na Allegro: klapeczki, śliczne, z brylancikami, nowiutki szlafroczek, róż, puszysty (w galerii w Brwinowie są po 180 zł), 10 par rajstop, piękne jak cuda-niewidy, oraz komplecik – majteczki czerwone ze stanikiem. Kurtkę puchową zostawił dla siebie, a jest kawał chłopa. Co u takiej paniusi robiła męska postawna kurtka? I skąd się wzięło kilka empetrójek bez słuchawek? Kto tak jedzie w podróż?

Spektakularnym wygranym jest M., zwany koneserem walizek. Początkowo z ośmiu wylicytowanych sztuk wysypywały się: dwie puste reklamówki (najpewniej były w nich dobre buty, przecież nie kładzie się butów bezpośrednio na koszulę), nakładki do suszarki (ale bez suszarki), ładowarka do laptopa (bez laptopa), dowód zakupu w strefie wolnocłowej kartonu Hiltonów (bez tychże), kilka sztuk dżinsów jeszcze z metkami (M. wziął je za szlufki i trzepnął, niby płaskie, tylko kieszenie mocno odstające, widać, że tam niejedna ręka była). Dalej: aparat Nikon ze zdjęciami pary w plenerach włoskich, czerwona torebka, w torebce notesik, najpewniej należący do dziewczyny na telefon. Już miał odrzucić na kupę ostatnią walizkę, gdy nagle coś zadygotało pod podszewką. Przeciął ją scyzorykiem, a tam zawinięty w folię bąbelkową nowy złoty Rolex z cyferblatem obłożonym kamieniami i datownikiem na bransolecie z 18-karatowego złota. Ustalił wartość na 147 tys. Na razie nie do sprzedania, gdyż cena tego zegarka rośnie z czasem. M. cieszy się tym bardziej, że przechytrzył Polaka, przecież kipiszowały przed nim organy celne, skarbowe, bagażowe – jest pewien – i inne.

PS Barbara Pijanowska-Kuras, rzecznik PLL LOT, komentując aukcję, podkreśliła, że nieznajomość licytowanej zawartości jest ideą tego typu przedsięwzięć. Jak twierdzi, dzięki tej aukcji „pojawiło się też wiele możliwości pokazania, co się dzieje z zaginionym bagażem, jak wygląda proces poszukiwania właściciela i jakim precyzyjnym procedurom są poddawane bagaże”.

Polityka 10.2014 (2948) z dnia 04.03.2014; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Bagaż narodowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Historia, jakiej nie znacie: Zarazki na wojnie

Przerażające pojęcie „broni biologicznej” kojarzy się z XX w. Ale na pomysł, by wykorzystywać trucizny i choroby, wojskowi wpadli na długo, zanim ktoś po raz pierwszy wypowiedział słowo „wirus”.

Jan M. Długosz
27.03.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną