Społeczeństwo

Puszkin i Papużkin

Dyrektor więzienia pójdzie siedzieć?

Polski wymiar sprawiedliwości jest pełen absurdów. Sprawa Kusza i Olkowicza ukazuje to jak na dłoni. Polski wymiar sprawiedliwości jest pełen absurdów. Sprawa Kusza i Olkowicza ukazuje to jak na dłoni. John McAllister / PantherMedia
Jezus Chrystus i Elvis Presley prowadzą przez życie Arkadiusza Kusza. Ostatnio zaprowadzili go do więzienia, ale nie była to daremna ofiara.
Arkadiusz KuszJuliusz Ćwieluch/Polityka Arkadiusz Kusz
Krzysztof Olkowicz, dyrektor okręgowej służby więziennej w Koszalinie.Piotr Bławicki/DDTVN/EAST NEWS Krzysztof Olkowicz, dyrektor okręgowej służby więziennej w Koszalinie.

Łatwiej by się żyło sędziom, gdyby wiedzieli, że są częścią boskiego planu. O tym, że byli narzędziem w ręku Boga, lepiej nie wspominać. Bo to ludzie z autorytetem i taka figura mogłaby godzić w ich wrażliwość. Rzeczowo i zgodnie z procedurami osądzili kradzież wafelka. A później w tym samym duchu zamienili karę grzywny na areszt. Po jednym dniu odsiadki za każde ukradzione 20 groszy.

Później się tłumaczyli. Nawet wyrok skasowali. Choć żaden z sędziów skazanego, a następnie uniewinnionego, nawet na oczy nie widział. – Zrobili, co Bóg zaplanował, i chwała im za to – tak to przynajmniej widzi Arkadiusz Kusz. Bo wie, że potężny Goliat też lżył lud Izraela przez dni 40. Ale poległ z ręki zwykłego pasterza.

Papużkin

Boski plan zaczął być realizowany dokładnie 7 października 2011 r. o godz. 17.50 przy ulicy Połtawskiej 10 w Koszalinie. System sprawiedliwości jest skrupulatny i chętnie karmi się tego typu informacjami. W sprawozdaniu nie ma ani słowa, że oskarżony o kradzież wafelka princessa o smaku kokosowym w promocyjnej cenie 99 gr Arkadiusz Kusz przyznaje się do winy. Ani kopii nagrania, na którym widać, jak go kradnie. Są tylko zeznania ochroniarza. Sąd jednak nie uznał za stosowne wysłuchać oskarżonego. Wyrok – 100 zł grzywny i 50 zł na poczet kosztów wydał w trybie nakazowym. Na zamkniętym posiedzeniu. I, jak twierdzi wiceprezes Sądu Apelacyjnego w Szczecinie, nie można się na to obrażać, bo taki tryb nikomu nie zamyka drogi do sprawiedliwości. Wystarczy tylko przesłać sądowi pisemnie brak zgody na wyrok.

Tyle że Arkadiusz Kusz z wyrokiem nie mógł się nie zgodzić, bo go nie poznał. Poczty nie odbierał, bo w jego świecie taka czynność się nie mieści. Według obserwacji psychiatrycznej funkcjonuje w przestrzeni własnych imaginacji i bliskiej więzi z Bogiem. A ten przemawia do niego za pomocą znaków, gestów i snów. Żadnego poleconego od Boga Arkadiusz Kusz nigdy nie dostał.

O jakimś uchybieniu ze strony wymiaru sprawiedliwości mówić nie można, bo sąd lekką ręką człowieka do więzienia nie wsadzał. I wielu instrumentów użył, nim to się stało. Najpierw o pomoc poprosił komornika. Okazało się, że Arkadiusz Kusz jest jako ta lilia polna. Nie sieje i nie orze. Dostaje tylko zasiłek z MOPS. Ale nikt nie zainteresował się, dlaczego MOPS mu ten zasiłek wypłaca. Gdyby się ktoś nad tym pochylił, to szybko by się zorientował, że Kusz to osoba ubezwłasnowolniona.

Wysłał też sąd do sprawcy policję. Ta mogłaby mu przemówić do rozsądku. Sytuację naświetlić. Ale wtedy okazało się, że jest również jak te ptaki niebieskie. Zupełnie nie wiadomo, gdzie mieszka i przebywa. Przynajmniej nie udało się ustalić tego policji.

15 maja 2013 r. sąd zarządził wobec ukaranego wykonanie 5 dni aresztu za grzywnę w wysokości 100 zł. I krótko po tym nastąpił cud. Policja, która wcześniej nie mogła znaleźć Arkadiusza Kusza, 3 września odnalazła go w wynajmowanym mieszkaniu. Łatwo poszło, bo mieszkał tam od wielu miesięcy. Policja nie ma sobie nic do zarzucenia. – W naszej ocenie nie nastąpiło tu jakiekolwiek przeoczenie ani naruszenie dyscypliny służbowej ze strony policjantów – twierdzi podkom. Przemysław Kimon, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji w Szczecinie.

Sąd też nie ma sobie nic do zarzucenia. Do więzienia Arkadiusz Kusza trafił tak jak stał. Nawet nie zdążył nakarmić swoich papużek. Miał ich 17. I dwie oddały życie za sprawiedliwość. Widać i ta ofiara była potrzebna, bo jak inaczej dyrektor więzienia dowiedziałby się o człowieku, który prosi o dwie godziny wolnego, żeby nakarmić papużki?

Puszkin

Sprawa Arkadiusza Kusza ostatecznie trafiła do Krzysztofa Olkowicza, dyrektora okręgowej służby więziennej w Koszalinie. Olkowicz kolekcjonował takie przypadki od dawna. Najpierw z zawodowej ciekawości, bo sam kiedyś był sędzią i przez dwa lata wydawał wyroki. Później ku przestrodze, jak się prawa nie powinno używać. A na końcu już chyba tylko z mściwej satysfakcji. Względnie zdumienia, że coś tak pięknego jak sprawiedliwość można zamienić w coś tak karykaturalnego. Na dorocznych zebraniach z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Sprawiedliwości prosił o głos i bez komentarza czytał wyroki ludzi, którzy w danym roku przewinęli się przez podległe pod jego okręg zakłady karne.

Jednych nawet te wystąpienia bawiły. No bo jak się nie śmiać z takiej sprawy jak Jana Kazimierza D., który „poprzez wykrzykiwanie słów wulgarnych, wymachiwanie parasolką oraz wszczynanie awantury zakłócił spokój i porządek publiczny”? Za co ostatecznie trafił do aresztu na dni 15. Widać te dwa tygodnie i jeden dzień to w Szczecinku jakaś równa miarka. Tyle samo dostał Rafał Cz., który „będąc pod wpływem alkoholu, przechodził przez jezdnię w miejscu zabronionym”. Albo Tadeusz D., syn Feliksa i Haliny – „pił piwo z puszki, czym zakłócił spokój i porządek publiczny”. Lub Sławomir S., który swoje 15 dni w areszcie wyjeździł bez biletu. „Pomimo nieuiszczenia dwukrotnie nałożonej kary pieniężnej za przejazd bez ważnego biletu w określonej taryfie, po raz trzeci w ciągu roku bez zamiaru uiszczenia należności wyłudził przejazd autobusem”. Paweł K. ukradł 35 kg rur kanalizacyjnych o łącznej wartości 20 zł. A Piotr M. dwie puszki piwa o wartości 1,49 zł sztuka. Poszli siedzieć, bo nie zapłacili zasądzonej grzywny.

Olkowicz pytał retorycznie, czy nie rozsądniej i taniej byłoby zatrudnić ich do sprzątania ulic lub pielęgnowania miejskiej zieleni? Tym bardziej że, jak widać, pewien talent do usuwania rzeczy mają. Ustawowo wszystko jest gotowe od 1997 r. Są procedury, rozporządzenia. Tylko jakoś nikomu nie chce się o tych ludzi powalczyć. – W sądzie w Lęborku i Bytowie 50 proc. skazanych odpracowuje karę. W innych sądach 2 proc. To są jakieś dwie różne Polski? – pytał dyrektor Olkowicz.

Pochylał się też nad sensem i kosztami zamykania na jeden dzień. Każdego takiego skazanego musi zbadać lekarz. Każdemu trzeba wydać materac, przybory. Sporządzić opinię, odbyć rozmowę. A następnego dnia jeszcze dać jakieś ubranie i kupić bilet. Bo jak doprowadzony ma choćby złotówkę w kieszeni, to już jest zdziwienie. Skala nie jest mała. Bywają lata, że takich osób bywa 200, 300. Ale musi być w tym jakaś głębsza myśl, skoro ktoś ich do tych więzień pakuje.

W resorcie na te czytanki i pytania Olkowicza patrzyli jak na zwykłe jątrzenie. Przecież nie tego państwo od niego i jemu podobnych oczekuje. Sądy i więzienia to dwie ręce jednego organizmu. I nie może być tak, żeby jedna ręka drugą rękę biła. Jeden cel te ręce mają – sprawiedliwość wymierzać. Uznano nawet, że widać Olkowicz własny jakiś musi mieć interes w tym poniżaniu resortu. Niemal pewność co do tego mieli, kiedy uznali, że zaczął sprawy wywlekać poza resortowe zebrania.

A poszło o Radosława Agatowskiego. W zarzutach to grubsza sprawa była, bo Agatowski miał na koncie 15 wyroków i kradzieże za 10 tys. zł. Kradł głównie metalowe przedmioty. Koledzy z osiedla mu nawet na tym legendę zbudowali, mówiąc na niego Puszkin. Bo od zbierania puszek zaczynał. Przy 16 wyroku karząca ręka sprawiedliwości zadziałała. I zapuszkowali Puszkina.

W więzieniu koledzy z celi pięknie się nim zajęli. Lekcję życia dostał. Papieroski na nim gasili. Porządku nauczyli. Ale i nagrody były. Jak porządnie wysprzątał całą celę, łóżka pościelił, szklanki pomył, mógł pooglądać bajki. A bajki oprócz złomu to była u Puszkina sprawa priorytetowa. Głowa nie nadążyła u niego za metryką. Pomiędzy jednym a drugim była ciągle powiększająca się luka. W papierach wszystko się zgadzało, bo Puszkin miał 25 lat i sporą kartotekę. Tylko że w nocy płakał za mamą.

Pierwsze miesiące odsiedział w więzieniu w Potulicach. Ale mieli go sądzić za kolejnych siedem kradzieży i przenieśli go do Aresztu Śledczego w Koszalinie. Olkowicz po kilku godzinach rozmowy z Puszkinem udzielił mu pięciodniowej przepustki specjalnej. A matka wysłała go na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Bardzo się to sądowi nie spodobało. Nie po to zamykali, żeby dyrektor wypuszczał.

Do sprawy włączyli się miejscowi parlamentarzyści, media. Zrobiło się głośno i nieprzyjemnie. Agatowskiego przed powrotem do więzienia wybroniła psychiatra. Ale jeszcze sprawa Puszkina się nie skończyła, a tu Olkowicz wyskoczył z Papużkinem. I tego najwyraźniej było już za dużo.

Zaniepokojeni funkcjonariusze

Kusz trafił do więzienia we wtorek. Nie wspomina tego źle: – Rozmawialiśmy ogólnie towarzysko i o bożych sprawach. Od jednego ze współwięźniów zyskiwałem nawet za to kawę, gdyż ja kawy byłem tam pozbawiony.

Nim o jego istnieniu dowiedział się dyrektor okręgowy, minęły trzy kolejne dni. Spotkanie dyrektora z osadzonym miało charakter kurtuazyjny, ale nie bez służbowego charakteru. Dlatego odbywało się w obecności osób trzecich. Osadzony dużo mówił o swoich wizjach i intymnej relacji z Bogiem, który ma co do niego swój boski plan. I to właściwie on we śnie skierował go do dyrektora w sprawie krótkiej przerwy na nakarmienie papużek. Na pobyt w więzieniu specjalnie się nie żalił, odnajdując w tym metaforę biblijną. Posiłkując się losami Józefa, szczegółowo opisał historię jego niesprawiedliwego osadzenia w więzieniu. Ale i wywyższenia.

Choć byli i tacy, którzy kwestionowali. I pytali, co to za Bóg, któremu on służy, a go nie uratował? A on dzięki darowi wykładania snów trafił przed oblicze Faraona. Zaszczyty go spotkały. Wolność odzyskał. Godność odzyskał – opowiadał Kusz. I chyba na fali tej radości z Józefowego szczęścia – zaśpiewał.

Śpiewający w gabinecie dyrektora osadzony to rzecz niezwykła. Trudno się dziwić, że ściągnęło to do pokoju sekretarkę. W tak powiększonym gronie wysłuchali utworu „It’s Now Or Never” („Teraz albo nigdy”) z repertuaru Elvisa Presleya. Ta piękna ballada nagrana przez króla w 1960 r. była niczym innym jak amerykańską wersją włoskiego szlagieru „O Sole Mio”. Ale interpretator kładł nacisk na romantyczny wątek i frazę „kiss me my darling” wskazujące na erotyczno-miłosny kontekst. Biblijnie i wokalnie pouczony dyrektor regionalny uznał, że ten mężczyzna nie spędzi jednak weekendu w podległym mu areszcie.

Ponieważ nie mógł sprostać jego prośbie i wypuścić go na dwie godziny w celu nakarmienia papużek, pojechał zrobić to osobiście. A przy okazji chciał namówić właścicieli mieszkania, w którym Kusz wynajmował pokój, do wpłacenia za niego 40 zł kaucji. Przerażenie w ich oczach było całą odpowiedzią. Właśnie zapełniali ogromny kontener rzeczami, które Arek znalazł na ulicach i śmietnikach, a które bez wątpienia były darami od Boga. I jako takie nie podlegały wyrzuceniu. A dary to były wszelakie. Najbardziej rzucającym się w nos była reklamówka z rybami.

I wtedy właśnie dyrektor Olkowicz wszedł na drogę występku i sam zapłacił kaucję. Zrobił to bez wątpienia z premedytacją. O czym zresztą poinformował publicznie w środkach masowego przekazu. Najpierw lokalnych. A jakby tego było mało, beznadziejnie pogrążał się w ogólnopolskich mediach elektronicznych. Jako były sędzia musiał wiedzieć, że igra z wymiarem sprawiedliwości i własną karierą, bo dokonał czynu kodeksowo zabronionego. I na to wymiar sprawiedliwości też ma pełną dokumentację.

Prawie dwa tygodnie trwał festiwal medialnych zachwytów nad postawą dyrektora Olkowicza. A jak już media rzuciły się naprawiać inny fragment świata, do Ministerstwa Sprawiedliwości i „Gazety Polskiej” napisali „zaniepokojeni funkcjonariusze okręgu koszalińskiego”. I choć normalnie ministerstwo nie wszczyna postępowań na podstawie anonimów, to tym razem zasada została złamana. Sprawę do zbadania przez policję przesłał sędzia Mirosław Przybylski, dyrektor Departamentu Wykonania Orzeczeń i Probacji.

Biblijnie rzecz ujmując

Arkadiusz Kusz dla dyrektora Olkowicza śpiewał trzykrotnie. Prawnicy zastanawiali się nawet, czy nie wyczerpuje to znamion czynności, za którą dyrektor mógł zapłacić owe 40 zł. Kusz niejako sam pokryłby grzywnę, zarabiając na nią śpiewem.

Najciekawszy był ten trzeci raz, kiedy Kusz odwiedził dyrektora już jako wolny człowiek w przededniu wyjazdu na pielgrzymkę. Sama Matka Boska i święty Józef go na nią wysłali. Ale wcześniej powiedzieli: idź, Areczku, do pana dyrektora, biblijnym go wzmocnij przykładem.

Krzysztof Olkowicz obwiniony jest bowiem o to, że „w dniu 6 września 2013 r. w Koszalinie, nie będąc osobą najbliższą dla ukaranego, uiścił za Arkadiusza Kusz pozostałą do zapłacenia karę grzywny w wysokości 40 zł, orzeczoną wyrokiem Sądu Rejonowego w Koszalinie”. Co zdaniem oskarżyciela, czyli policji, wyczerpuje znamiona wykroczenia z art. 57 par. 1. I pretenduje do wymierzenia mu kary grzywny w kwocie 50 zł. Wobec karanego dyrektora minister sprawiedliwości może podjąć decyzję o zwolnieniu ze służby.

Sprawę już dawno można by osądzić, ale sąd jakoś się do tego nie pali. Już raz odesłał wniosek policji do uzupełnienia. 5 marca policja znów przesłała go do sądu. Olkowicz zapowiada, że będzie walczył o sprawiedliwość. Co biblijnie rzecz ujmując, Arkadiuszowi Kuszowi kojarzy się z losami króla Dawida. – Goliat 40 dni rano i wieczorem śmiał się z wojska Izraela. Mówił: pijecie mocz i jecie kał. Lżył szeregi pańskie. Był wojownikiem doświadczonym i zapewne bez porażki. Postrachem dla każdego wojska. Tak było. A jak się skończyło?

Polityka 13.2014 (2951) z dnia 25.03.2014; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Puszkin i Papużkin"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną