Społeczeństwo

Prokreacyjnie rozrzutni

Bieda się rozmnaża

Problem uzależnionych od pomocy społecznej, życiowo ospałych, ale też zarażonych alkoholizmem jest ogromny. Problem uzależnionych od pomocy społecznej, życiowo ospałych, ale też zarażonych alkoholizmem jest ogromny. fffranz / PantherMedia
Stworzyliśmy sprytny (innowacyjny) język, którym obsługujemy stary problem w sposób politycznie, etycznie i konstytucyjnie poprawny. Ktoś w końcu musi pierwszy zmienić styl.
Szacuje się, że w samej Warszawie mieszka 15 tys. skrajnie zaniedbanych dzieci.Mirosław Gryń/Polityka Szacuje się, że w samej Warszawie mieszka 15 tys. skrajnie zaniedbanych dzieci.
Co to za polityka prorodzinna, skoro prezerwatywa jest obłożona 7-proc. VAT, a śpioszki 23-proc.?Mirosław Gryń/Polityka Co to za polityka prorodzinna, skoro prezerwatywa jest obłożona 7-proc. VAT, a śpioszki 23-proc.?

Co roku drukarki zobligowanych unijnie Ośrodków ­Pomocy Społecznej wypluwają strategie rozwią­zywania problemów, zagadnienia horyzontalne, plany operacyjne itd. Po wstępie w stylu „rodzina zaliczana jest do najstarszych struktur społecznych” (to Grajewo), w analizie SWOT, oceniającej mocne i słabe strony stałych klientów, charakteryzują ich jako: wielodzietnych, bezrobotnych, roszczeniowych, niezaradnych wychowawczo, których głównym ­kryterium zachowań społecznych jest chęć przetrwania.

W strategiach mówi się o nich – defaworyzowani. Słowo patologiczni byłoby stygmatyzujące, a standard basic opieki nad klientem to upodmiotowianie go. Nie ma gorszych ani lepszych. Żadna dysfunkcyjność nie może być powodem, by kimś pogardzać. Także tymi, którzy mimo ospałości życiowej preferują – mówiąc językiem demografów – rozrzutny styl reprodukcji.

W grudniu 2013 r. z powodu uprzedmiotowienia Wioletty S. poprzez „dokonanie jej ubezpłodnienia” sąd skazał lekarkę z Szamotuł na rok więzienia w zawieszeniu. Wykonując cesarskie cięcie Wioletty S., poszła na skróty. Powinna wybudzić pacjentkę z narkozy i poinformować ją, że przy następnym (dziewiątym) porodzie może jej pęknąć macica. Czy wyraża zgodę? Ociężała intelektualnie powódka i jej 67-letni partner, choć od lat pionizowani życiowo przez panie z MOPS, powoływali się w sądzie na traumę wywołaną świadomością, że już nie mogą mieć więcej dzieci.

Jak – żeby nie zaleciało eugeniką – porozmawiać o rozrzutnym stylu reprodukcji defaworyzowanych? O tym, że strategie OPS składają się z metajęzyka-impotenta, który przykrywa istotę spraw? I że za chwilę będą potrzebne nowe strategie, żeby posprzątać po obecnych. Może tak:

Stymulowani

Właśnie mija pięć lat od pożaru hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim. Po wieczornym grillu zakrapianym z powodu Wielkanocy spłonęło 10 dorosłych i 13 dzieci. Niektóre były stopione z matami i gumoleum. Czujniki przeciwpożarowe zostały wcześniej rozbite, bo przeszkadzały w imprezach z rożnem na klatkach.

Dwa lata później 77 ocalonych (w tym 25 dzieci) wprowadzało się do dwóch nowych bloków. Wnosili pobrane z magazynów: żyrandole, okapy, rolety, plazmy, ertefałki, laptopy i inne. A., wyjeżdżając z wózeczkiem dziecięcym, poczuł się dotknięty uwagą, że nie ma dzieci, mówił: otóż mogę je mieć. I już ma.

Na warsztatach z poczęstunkiem rozdawano ocalonym skoroszyty i metodą burzy mózgów ćwiczono, jak pchnąć siebie na właściwe tory. Uświadamiano, że traumatyczność nie będzie wieczna. A żeby jeszcze bardziej stymulować ich poziom ambicji, 10 m dalej wybudowano blok TBS, gdzie zamieszkali odpłatnie życiowo zaradni. Niech ci pierwsi patrzą z okien, jak ci drudzy wychodzą rano do pracy.

Niestety, z powodu zbyt głębokich deficytów motywacyjnych nie zaskoczyli, zostawiając po sobie niesmaczne wrażenie, że chętnie by jeszcze raz spłonęli, mogąc zyskać. Niektórzy już posprzedawali u paserów podarowane rzeczówki, jakie wnosili do mieszkań. Państwu K., proszącym darczyńców m.in. o dużą ­lodówkę, w której mogliby schłodzić bolące od skoku pięty, został tylko materac. Zaś ocalonemu E. (był oburzony, jak powiedziano mu, że nie dostanie większego metrażu, bo jego kobieta zaszła z drugim dzieckiem już po pożarze) – przykryty brezentem stylizowany skuterek i rasowy piesek o imieniu Dżejzi, kupione z zasiłku w kwocie 37 tys., jakie każdy dostał za traumatyczne przeżycia.

Pod blokami postawiono plac zabaw dla ocalonych i nowo narodzonych dzieci. Ale stoi pusty. Nie pasuje dzieciom. Też czują się pokrzywdzone przez gminę, bo co im dała? Huśtawki i ślizgawki? Chciałyby czegoś więcej. Więc jak dawniej wolą ganiać za sobą po piwnicach.

Kilkuletni synek R. nie ma czasu bawić się w ganianie, ponieważ mama posyła go w miasto. Wchodzi do sklepów, banków, usług i deklamuje, że nie ma na żywność. Taktowny. W miejsca, gdzie coś dostanie, nie wraca nazajutrz, lecz co trzeci dzień. Mama znów jest zakochana.

Nowo narodzonych dzieci przybyło kilkoro. Urodziła m.in. W., która podczas pożaru straciła synka z downem. Obudzili się z partnerem, jak ten synek już płonął w łóżeczku. Z powodu krytycznej ospałości życiowej jest ciągle zapraszana na pogadanki o planowaniu rodziny. Nie godzi się na ograniczanie płodności, ale obiecuje, że będzie uważać. Urodziła też B., zakochana w recydywiście.

Nastąpiła – można powiedzieć – wzorowa koherencja działań różnych jednostek opiekuńczych. Żeby matki nie zasłaniały się przed pracą macierzyństwem, dwa metry od bloków zbudowano im przedszkole. Opieka deklarowała dofinansowanie za pobyt, a żeby jeszcze mocniej ocieplić atmosferę, zmieniono nawet nazwę ulicy. Obecnie przedszkole stoi nie przy Elizy Orzeszkowej, lecz Kornela Makuszyńskiego.

Na 150 przedszkolaków, tych od ocalonych chodzi góra troje. Matki o godz. 8 rano są jeszcze niewypoczęte. Poza tym ciepła woda kosztuje, a przecież nie mogą słać brudnych, bo zabiorą im dzieci.

W czasie gdy pod krzyż, który stanął na pogorzelisku, wciąż chodzą szkolne wycieczki na lekcje wychowawcze, do czego może doprowadzić życiowa postawa beztroski, ocaleni dalej żyją na tzw. żywca. Najbardziej wyczerpującym zajęciem jest dla nich uciekanie przed awizo wzywającym do zapłaty czynszu. Przez co stresują gminę, gdyż ta ze strachu przed najazdem kamer boi się eksmitować ocalonych i kompletnie nie wie, co zrobić z tym faktem.

Kontraktowani

W zamkniętym niedawno ośrodku przy ul. Dudziarskiej w Olszynce Grochowskiej ciągle rodziły się dzieci, choć Iwona Balsam, szefowa, narozdawała się panom prezerwatyw. Dzieci nie przychodziły na świat z wyrachowania. Matki liczyły na miłość, nie becikowe. Zresztą zawsze późno orientowały się, że zaszły, a warunkiem becikowego jest ciąża monitorowana od piątego tygodnia. Więc tych dzieci świat nie wita nawet tysiącem. W nagrodę dostają wyszukane imiona: Samanta, Aron, Dżesika. I już od pampersów w rozmiarze NewBaby przemieszczają się z matkami po ośrodkach. Jest ich w Polsce ok. 400. Jeśli matce coś nie odpowiada, np. nie chce stać przy kuchni, zostawia pokój razem ze stertą ciuchów, bo tych nigdy nie brakuje. Jak B.

Gdy B. znów się zakochała, a pięcioro już miała na zasiłkach, dostała od darczyńców szwedzką spiralkę dla wieloródek, z podwyższoną gwarancją. Fakt, że wytargowała za spiralkę 200 zł (od ginekologa, do którego wysłano ją na założenie), wydał się dopiero, kiedy znów zaszła. Obecnie jeździ po Polsce z dziewiątką.

 

Albo M., lat 25, dzieci sześcioro. Kobiety obliczyły, że jeśli córka powieli jej przykład, kiedy M. będzie obchodzić 45 urodziny, może być prababcią. M. została matką samotną w wieku lat 15, gdyż ojca dziecka zamknęli z powodu tego współżycia. Poszło na zastępczość (opiekę zastępczą) do pradziadków, czyli dziadków M., którzy wcześniej ją mieli na zastępczości. Za ciężkie pobicie dziewczyny w ­dyskotece – już 17-letnia M. – dostała dwa lata. Przebadana w areszcie pod kątem ciążowym, znów była na TAK. Urodziła w więzieniu w Grudziądzu. Gdy synek miał pół roku, zamieszkali w ośrodku MARKOT. A ponieważ była bardzo wpadająca w oko, dorodziła jeszcze czworo. Od czterech lat, dzięki przychylności losu, ma przerwę w rodzeniu.

W ramach unijnych programów operacyjnych mieszkanki ośrodków są serdecznie zapraszane przez – mówiąc językiem strategii – personel projektów na treningi nabywania umiejętności pomagających w prawidłowym funkcjonowaniu społecznym. OPS są tak kreatywne w zdobywaniu unijnych pieniędzy na wykluczenie, że mamy największy rynek szkoleń w Europie. Od Nidzicy, przez Grajewo, po Tczew treningi rehabilitacyjne dla wykluczonych mają profesjonalnie brzmiące nazwy: Warsztaty umiejętności wychowawczych; Treningi pozytywnego myślenia; Radosne macierzyństwo; Akademia dobrego życia; Świadomi siebie i innych; Siła spokoju – poznaj czynniki stresogenne; Tanie gotowanie; Trening zarządzania czasem; Trening racjonalnego żywienia. I tak dalej.

W celu rozbudzenia u terapeutyzowanych identyfikacji z programem uczestnicy są zapraszani na wyjazdy rekreacyjno-wspierające z grillem (poradnik dotyczący wsparcia sugeruje, by nie robić dla wykluczonych zwykłych festynów w społeczności lokalnej, bo mają znikomy wpływ na proces integracji).

Trzy nieobecności eliminują z projektu. I dobrze, bo u trenowanych matek powodują nerwicę: siedzieć w kręgu i słuchać, że na matczyną wizytę do domu dziecka prowadzonego przez zakonnice nie należy wkładać czerwonej mini ze skaju, ponieważ ta spódnica ściśle wiąże się z opinią.

Tylko kilka matek z Dudziarskiej dotrwało do końca kontraktu. Pechowo wpadła Z. Żeby ładnie wypaść i szybko znaleźć dobrze płatną pracę, podczas wstępnego indywidualnego wywiadu pogłębionego (IDI – Individual in-Depth Interview) powiedziała, że zna biegle angielski potwierdzony państwową pieczątką. Poległa, ponieważ dostała zadanie domowe: przynieść dokumenty z pieczątką. Z. latami do perfekcji opanowała kłamanie w kolejkach po zasiłki, no, niestety, tym razem padło jej myślenie perspektywiczne.

Zresztą bardziej niż dwuletnie kontrakty matkom opłacały się występy w pewnym tokszoł, gdyż to były łatwe i fajne pieniądze. Otóż kiedy w tokszoł brakowało prawdziwych bohaterów, ucharakteryzowane robiły za: mające dziecko z księdzem, molestowane przez ojca, maltretowane przez mężów. Czasem tak się wczuwały w rolę, że na wizji interweniował psycholog. Bo to dla nich bomba: zwrot za podróż, obiad, fryzjer, makijażysta, hotel (jeśli nagranie się przedłuży). Za połowę mniejsze pieniądze zostawały też bohaterkami tabloidowych historii jako: wyginające wzrokiem łyżki, przestawiające wzrokiem szklanki; iskrzące się podczas biegania; zazdrosne teściowe, które podały synowej trujący kwiat itp.

Upodmiotowiani

Można powiedzieć, że treningi z cyklu: Jak być asertywnym; Wzorce postaw w urzędach; Jak nie wpaść w paraliż, gdy pani z opieki powie: te dokumenty są niekompletne, proszę odejść – odbiły się rykoszetem. Trenowani dostali tyle modułów upodmiotowiających, że jeszcze bardziej wiedzą, co robić.

Kiedy dwa lata temu z powodu braku dotacji od miasta Fundacja Tarkowskich zamykała Dom Pomocy Słoneczny przy ul. Przyce w Warszawie, mieszkańcy wezwali telewizję i Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej Piotra Ikonowicza. Krzyczeli, że tu jest 50 jednostek ludzkich, w tym 19 dzieci do 10 roku życia i rodzące na dniach! A darczyńca Carrefour w ramach zwrotu produktów na dacie (kończących termin przydatności) nie dostarcza żadnych konkretów. Z tego można zrobić tylko zupę. I tym jednym garnkiem strawki mają wykarmić te dzieci! Nie ma nawet nowych garnków, nie ma nic. A tu są dzieci! Więc muszą sami kupić, żeby te dzieci miały. Na przykład cyfrową enkę oraz DVD, żeby obejrzały choć tę bajczynę. Państwo wydaje na powodzian, a na te dzieci?! Przecież przyjechali do Warszawy, to miasto ma fundusze.

Piotr Ikonowicz obiecał wyrwać 300 tys. z gardła Gronkiewicz. Bo Warszawa nie może być Pekinem i zamykać przed nimi drzwi. Radził przyciągnąć więcej kamer. Niech Gronkiewicz odpowie Warszawie, co robi matkom z dziećmi? Przy kamerach będzie musiała odpowiedzieć. Trzeba też zrobić kampanię propagandową. Im sławniejszy przypadek, tym lepiej. Proponował wyłonić reprezentację i na kolanie napisać uchwałę, że się stąd nie ruszą.

Przed domem Słonecznym zwołano konferencję. Przyłączył się Janusz Palikot, świeżo wybrany poseł własnej partii. Mówił do kamer, że jest zszokowany. Zobaczył warunki barbarzyńskie. Serwuje się tym dzieciom mięso z robakami. ­Miasto pozbawia tych ludzi pieniędzy, praw, są zastraszani, ­szantażowani odebraniem dzieci, rozbiciem rodziny, upokarzani i upodlani, jak w obozach w czasie drugiej wojny światowej. Zadeklarował, że odda na wsparcie wykluczonych 480 tys. zł, równowartość poselskiej pensji przez całą kadencję, a na posiedzeniu sejmowym wezwie innych posłów, niech oddadzą choć jedną rocznie. To powinno być ważne dla ­każdego, kto chce mieć honor i dumę reprezentowania ludzi!

Obecnie w Słonecznym siedzą nie całkiem formalnie. Ale siedzą. 20 m dalej zawsze trwają jakieś roboty budowlane. Czasem pilnie potrzebują do łopaty. Płacą 100 zł dniówki. Na zachętę dadzą przed robotą. Nie są zainteresowani. Bo te miliony w państwie starczyłyby dla wszystkich, żeby je po równo dzielić. Bo państwo traktuje ich dzieci jako zbędność konsumpcyjną. A przecież te dzieci to przypadek losowy. Co to za polityka prorodzinna, skoro prezerwatywa jest obłożona 7-proc. VAT, a śpioszki 23-proc.?

Nieuszkadzalni

K. wyszła za S. zaraz po szkole specjalnej. Rodziła już cztery razy, ponieważ po wykryciu u K. wirusa HCV doktor nie ­wyraził zgody na antykoncepcyjne zastrzyki. Ginekolog sugerował spiralę, lecz K. miała trudności z wyleczeniem grzybicy pochwy. No to ma cztery córki, a wszystkie już też uczące się w szkole specjalnej z internatem, gdzie mogą za darmo przysposabiać się do ukończenia 25 lat.

Wszystkie cztery, mimo pogadanek z katechetką, są mocno rozhamowane seksualnie. Odbierają od kolegów – zapoznanych na warsztatach typu Mały Kucharz, Duży Kucharz – esemesy ze zdjęciami ich penisów sikających w ubikacji i rewanżują się tym samym. K. też – jak mówi – wciąż jest bardzo za seksem. Ostatnio próbowała nawiązać romans z kierowcą busa jadącym do wsi z codzienną spożywką. A ponieważ był niechętny, oblała go za karę gorącą herbatą z termosu.

Poza seksem nie może narzekać. Oprócz zasiłków na córki S. ma 1 tys. zł renty za krwiaka mózgu, który powstał z powodu upadku z ciągnika w stanie nietrzeźwości, a jedzenia w domu dużo nie schodzi, ponieważ K. dysfunkcyjnie skrobie nawet ziemniaka, sprowadzając go do średnicy orzeszka. Z tego powodu córki nie chcą zjeżdżać z internatu, jeśli nie muszą. Niby to tylko 10 km od domu, ale przecież potrzebują kalorii, bo są dorodne.

Wieś, nie wytrzymując nerwowo dostatku połączonego z apatią K., zgłosiła do opieki, że S. zasiłki córek wydaje na raty za wieżę stereo, długi, ruskie papierosy i inne. Wieś poskarżyła się też, że tylko patrzeć, jak te córki zajdą.

Wysłano na podwórko asystenta rodziny, lecz S. go przegonił, bo mu nie trzeba doradców. Jeśli będą go nachodzić, zadzwoni do tej pani Jaworowicz. Ona jest mocno wrażliwa, bo chyba nie ma dzieci. Już kilka razy była w okolicy z interwencją.

Codziennie pod szkołę specjalną, gdzie chodzą cztery córki K., przywożą swoje dzieci na inwalidzkich wózkach smutne, niekrzyczące, nieospałe matki. Poprawiają im na wózkach poskręcane nóżki, a po zajęciach zabierają do domów. Niech nie siedzą w internacie, chociaż tyle.

Ponieważ nie można uszkodzić płodności ani K., ani jej czterech córek – obecnie opieka konsultuje się z prawnikiem. Czy zgodny z prawem może być godnościowo skonstruowany nakaz sądowy wzywający do nieposiadania dzieci?

Asystowani

Od kilku lat drukarki w MOPS wypluwają raporty ze słowem asystent. Asystent to innowacyjny instrument stymulujący rozwój jednostki w rodzinie.

Zanim u B. z Hipolitowa znaleziono szczątki niemowląt, latami była stymulowana, najpierw przez panie społeczne, potem przez innowacyjne instrumenty. Wizytowana raz w miesiącu, zawsze z zaskoczenia, proszona o opamiętanie, gdyż jedynym środkiem antykoncepcyjnym B. były ciąże.

I tu nastąpił chaos kompetencyjny. Personel nie miał prawa macać, podciągać bluzki ani pytać, dlaczego przyjmuje ich w kucki lub innych nienaturalnych pozycjach.

W czasie comiesięcznej stymulacji B. urodziła pięcioro żywych noworodków, które upychała po strychach, gdyż bała się reakcji ludzi oraz konkubenta. Tłumaczyła, że musiała mordować te dzieci, żeby z nim być, bo jak się okazywało, że nagle już nie jest w ciąży, on się inaczej odnosił.

Z zeznań B.: rodziła na wersalce, żywe, troje płci męskiej, dwoje żeńskiej. Jeden chłopiec nawet lekko się uśmiechnął. Poleżały na niej trochę, po czym odcinała pępowinę nożem kuchennym, obmywała i ubierała w śpioszki. Karmiła lub nie. Pierwszą dwójkę wyniosła na strych, trzecie (obciążając kamieniem) wrzuciła do stawu, czwarte – do piwnicy za stodołą, a piąte pod chlew, gdzie stoi uwiązany pies w typie husky. Po wszystkim zapierała wersalkę, kładła się spać lub grzała wodę do mycia żywych dzieci, jeśli to była sobota.

W tym czasie urodziła tych dwóch synów, zachowanych przy życiu, ponieważ tego zabijania już nie mogła wytrzymać psychicznie.

Miała jeszcze to szóste, urodzone w 1998 r. Chłopca przejęła teściowa.

B. zeznaje, że M., jej 20-letnia córka, o tych ciążach wiedziała na pewno. Przy jednej krzyczała na matkę: Ty chcesz mieć drużynę piłkarską! Synowie też widzieli, że rano jest brzuch, a wieczorem brak. Ale nie pytali. To wszystko, co chciała z siebie wyrzucić.

W celi B. zaczytuje się w harlequinach.

Usamodzielniani

Dom Fundacji Tarkowskich w podlubelskich Podlodach został założony, żeby ratować choć dzieci. Skoro matki i tak już życiowo odwirowane (wyrzucane z ośrodka dopiero po trzecim zapiciu). Są, jakie są, nieobecne i rozlazłe, ale przecież potrafią bardzo kochać.

Jak J. Mąż lubił robić jej dzieci i – to już razem ze swoją matką – przypalać na J. papierosy. Była calutka podziurawiona jak durszlak. Nie odchodziła, bo straszyli. Aż zwariowała. Wzięła nóż i ucięła głowę teściowej. Rzuciła ją psom, ale nie chciały jeść. To wzięła głowę za włosy i zaniosła na policję.

Dzieci też są za matkami. Do niedawna, gdy w Podlodach widziały w oknie kuratora, dostawały drgawek. Kurator straszył matki, że je im odbierze, jak nie usamodzielnią się w ustawowe trzy miesiące. Wtedy kurator może się pochwalić w zestawieniu rocznym, że trzyma się terminów w stawianiu matek na nogi. Najszybciej jest wypchnąć je ze swojego terenu. Tak w półtora roku porozganiano po Polsce matki i 68 dzieci z Podlodów.

Czynność usamodzielnienia M.: 12 lat wychodziła/przychodziła do Podlodów, czwórka dzieci. Co tydzień pani socjalna robiła w jej pokoju tzw. koguta, czyli wyrzucało się brudne łachy na środek i prosiło się M.: posegreguj, co ci potrzebne, co nie. Jak dostawała zasiłek, dzieci przez tydzień miały rozstrój żołądków od batonów. Najstarszy, S., mówił, że ze sobą skończy bez matki. 17 lat, a opiekuńczy jak ojciec. Przestał się uczyć, odkąd zaczęła matkę usamodzielniać kurator, wysyłając na siłę do jej matki w Suwałkach. Choć M. tłumaczyła, że w dwóch pokojach przy pijącej matce nie da rady spionizować się społecznie, nieraz uciekała stamtąd do Podlodów. Przerzucona do ośrodka interwencji kryzysowej, gdzie postanowili zabrać jej dzieci, zaczynając od najmłodszych. Kiedy przyszła kolej na S., poszedł do łazienki i się powiesił.

Usamodzielnianie W.: zachodziła na oczach dzieci, bo mąż lubił ją przy nich gwałcić. Było już czworo, gdy zadzwoniły na policję, że mama leży na podłodze i chyba nie żyje, a tato wyszedł. Najstarszy 8-letni syn w ośrodkach rzucał się na małe dziewczynki, imitując akt płciowy. Miał wiecznie dzikie oczy. W szpitalu psychiatrycznym stwierdzono kompletną demoralizację. Już nie do odkręcenia. W ramach usamodzielniania się – pod nadzorem kuratora – W. wróciła z powrotem do męża.

Przez 20 lat przez kilka ośrodków fundacji przewinęło się parę tysięcy dzieci. Najwyżej 150 udało się trwale uratować. Reszta krąży po Polsce, odziedziczywszy tzw. szwendaczkę. Ospałość dziedziczą jak nazwisko. Potem wracają do Podlodów ze swoimi dziećmi – właśnie zaczyna zjeżdżać trzecie pokolenie.

Ewaluowani

Marzec. Z kamer monitoringu w Kaliszu: na ulicy żebrze matka. Jedno dziecko pcha w wózku, drugie przywiązane do wózka sznurkiem, gdyż słania się na nogach. Powiadomione panie z opieki zajrzały w okienko ośrodka, gdzie się zatrzymała, ale zobaczyły tylko stertę ciuchów. Była już w drodze do Sieradza, gdyż tu – z powodu tefałenu – stała się zbyt rozpoznawalna. Tłumaczyła w TVN: – No, czy to jest krótki sznurek, no niech pan powie?

Panie z opieki obiecują zlokalizować MOPS właściwy dla jej miejsca zameldowania (gdzieś na Dolnym Śląsku). Ten z kolei wdroży długofalowy program naprawczy.

Na koniec roku drukarki w OPS wyplują monitoringi ewaluacji efektów, kopiując ten sam metajęzyk w stylu: „Beneficjenci zintegrowali się ze sobą podczas spotkania, którego celem było rozbudzenie w nich poczucia identyfikacji z projektem”; „Zajęcia wygenerowały wspólne wspomnienia, które scaliły grupę”; „Uczestnicy otrzymali, materiały szkoleniowe, napoje, wafelki i dyplom ukończenia”. A w analizie SWOT – silnych i słabych stron – trajektorie życiowe prokreacyjnie rozrzutnych są ciągle na nie.

***

Szacuje się, że w samej Warszawie mieszka 15 tys. skrajnie zaniedbanych dzieci. Socjologowie zaczęli już wręcz używać terminu „dzieci niższej i wyższej jakości”. Problem uzależnionych od pomocy społecznej, życiowo ospałych, ale też zarażonych alkoholizmem jest na tyle ważny i trudny, że będziemy kontynuować temat, przytaczając w kolejnych numerach POLITYKI opinie ekspertów.

Polityka 13.2014 (2951) z dnia 25.03.2014; Społeczeństwo; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Prokreacyjnie rozrzutni"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną