Społeczeństwo

Na Marsie da się żyć

„One way ticket” na Czerwoną Planetę

Do lotu na Marsa może się zgłosić każdy, bez względu na wiek, byle miał odpowiednią motywację, był zdrowy fizycznie i psychicznie. Do lotu na Marsa może się zgłosić każdy, bez względu na wiek, byle miał odpowiednią motywację, był zdrowy fizycznie i psychicznie. NASA
Projekt Mars One nie przewiduje powrotów. Wszyscy, którzy polecą na Marsa, zostaną tam do końca życia. Nauczycielka biologii z Sosnowca i emerytowany inżynier z Wieruszowa są na to przygotowani. Pierwszy etap rekrutacji kandydatów na lot mają już za sobą.
Aleksandra Granat, lat 59, nauczycielka biologii.Michał Łuczak Aleksandra Granat, lat 59, nauczycielka biologii.
Kazimierz Błaszczak, lat 68, emerytowany inżynier.Michał Łuczak Kazimierz Błaszczak, lat 68, emerytowany inżynier.
Logo programu Mars One Logo programu Mars One

Orion – statek kosmiczny projektu NASA i wybudowany przez koncern Lockheed Martin – 4 grudnia miał odbyć testowy lot. Misja się nie powiodła – statek powstrzymały porywy wiatru i problemy z zaworami paliwowymi. Test przełożono na kolejny dzień.

Misja NASA ma zapoczątkować podróże człowieka na Marsa. Orion przemieszczał się w fazie testowej na razie bez załogi – dotarł na niską orbitę okołoziemską, później spadł (zgodnie z planami) do oceanu. Próba się powiodła, Amerykanie mogą więc planować kolejną – podboju kosmosu.

Człowiek lądował na Księżycu równo 45 lat temu. Czy uda się stanąć na Marsie? I Polacy mieliby na to ochotę – poniższy tekst ukazał się w maju 2014 r.

*

Bas Lansdorp, holenderski przedsiębiorca i pomysłodawca projektu Mars One, ma wizję: w 2025 r. na Marsie ląduje statek z czterema osobami na pokładzie. Załoga zasiedla bazę i tworzy pierwszą pozaziemską kolonię. W kolejnych latach do pierwszych Marsjan dołączają następni. Baza się rozrasta, a my, na Ziemi, możemy to wszystko śledzić na ekranach telewizorów. Kosmiczny Big Brother. Ale z naukowym przesłaniem i misją.

Niespodziewanie projekt Lansdorpa wsparło wielu znanych naukowców, a gdy ogłoszono nabór kandydatów, aplikacje wysłało blisko 200 tys. chętnych. Po pierwszej selekcji zostało ich 1058, w tym 13 Polaków. Wśród nich oni – Aleksandra Granat, lat 59, nauczycielka biologii, i Kazimierz Błaszczak, lat 68, emerytowany inżynier.

Ona i furia

Ona fascynację niebem odziedziczyła po ojcu. Zmarł, gdy miała pięć lat, ale gdyby żył, dyskutowałby z córką o życiu opartym na krzemie. Gdyby żył, ona może zostałaby fizykiem lub matematykiem, bo ojciec, inżynier, mógł ją pchnąć w objęcia nauk ścisłych. A tak poszła na biologię i właściwie nikogo nie powinno to dziwić, przynajmniej od czasu, gdy jako mała dziewczynka hodowała w nocniku kijanki. Pracę magisterską napisała z genetyki, co w świetle ostatnich wydarzeń nabiera nowego znaczenia, potem poszła uczyć dzieci do szkoły podstawowej, którą sama kończyła.

Najbardziej cieszyły ją wpisy na Naszej Klasie, że lekcje z nią to prawdziwa przygoda. Lubiła patrzeć, jak dzieciaki się zmieniały, jak po roku nauki nasiąkały wiedzą. Kiedy po reformie szkolnictwa jej podstawówka zamieniła się w gimnazjum, starała się uczyć tego, co ważne, przekazać wiedzę przydatną w życiu. To była jej prywatna misja. Po ostatnich zmianach programowych misja dobiegła końca. Przeładowany program zmusza ją do lawirowania między tym, czego chce uczyć, a tym, co wydaje jej się niepotrzebne, ale czego uczyć musi. Mordęga, nie misja.

To dlatego w aplikacji na pytanie, co doprowadza ją do furii, napisała, że najbardziej denerwują ją nowe ustawy dotyczące oświaty. A na pytanie, jak sobie z tym radzi, przyznała, że za każdym razem, gdy się zdenerwuje, przychodzi do domu, głośno wykrzykuje wszystkie ordynarne słowa, które zna (żeby dać upust wściekłości), potem próbuje całą sytuację ośmieszyć (żeby się od niej zdystansować), a na końcu znajduje takie rozwiązanie, żeby podporządkować się ustawie, ale jednocześnie zrobić swoje.

Dodała, że my, Polacy, jesteśmy w takim lawirowaniu bardzo dobrzy. I że tak właśnie zamierza radzić sobie ze stresującymi sytuacjami podczas misji. Tej nowej, marsjańskiej.

On i współpraca

Kazimierz Błaszczak połknął bakcyla 4 października 1957 r. I nie ma nic dziwnego w tym, że tak dokładnie pamięta datę, bo tego dnia Związek Radziecki wystrzelił na orbitę pierwszego sztucznego satelitę. On chodził wtedy do szóstej klasy szkoły podstawowej i z rozdziawioną buzią chłonął wyjaśnienia nauczyciela, który w sposób możliwie najprostszy tłumaczył skomplikowane zagadnienia przyciągania ziemskiego.

Od tej pory patrzył w niebo częściej i dłużej. Spoglądając w gwiazdy, skończył studia (kierunek technologia drewna), budował wieruszowską fabrykę płyt wiórowych, a potem zatrudnił się w niej jako inżynier. Wcześniej, gdy odbywał obowiązkową służbę wojskową, Amerykanie ruszyli na podbój kosmosu i wylądowali na Księżycu. Błaszczak wyprosił u dowódcy pozwolenie i całą noc przesiedział przed telewizorem. Od tamtego czasu niecierpliwie czeka na kolejną misję, która zakończy się szczęśliwym lądowaniem na innej planecie lub jej księżycu. Na kolejny krok ludzkości w kosmosie.

Od dawna uważał, że powinien to być krok na Marsa. Na Merkurym za gorąco, na Wenus nie dość, że za gorąco, to jeszcze olbrzymie ciśnienie i kwas siarkowy. Pozostałe planety to gazowe kule, żaden pojazd na nich nie wyląduje, nie mówiąc o ich zasiedleniu. Są jeszcze kamienne księżyce Jowisza, ale to trochę za daleko. Więc tylko Mars, najbardziej przyjazna planeta w Układzie Słonecznym – doba zbliżona do ziemskiej, temperatura w okolicach równika dochodzi do 26 stopni Celsjusza, na biegunach jest woda, a grawitacja, choć znacznie mniejsza, to jednak 38 proc. ziemskiej. Da się żyć.

Od 14 lat angażuje się w działalność stowarzyszenia Mars Society Polska, które jest oddziałem amerykańskiego stowarzyszenia The Mars Society i za swój statutowy cel uważa wspieranie misji lądowania ludzi na Marsie. Marzył, by doczekać tego za swojego życia. Ale gdy pojawił się cień szansy, by nie tylko zobaczyć, ale samemu polecieć, nie wahał się długo. Ponieważ chętni zgłaszali się z całego świata, w aplikacji napisał, że ma córkę w Stanach Zjednoczonych i kiedy ją odwiedza, spotyka w prowadzonym przez nią hoteliku Chińczyków, Turków, Japończyków i ze wszystkimi świetnie się rozumie. Więc nie ma obaw, może współpracować z każdym.

Ona i plan

Marsa zobaczyła we śnie. Śniła, że stoi na planecie i patrzy na czerwonopomarańczowe niebo. Jest sama i wie, że oprócz niej na całej planecie nie ma nikogo. We śnie doświadcza poczucia absolutnej samotności, ale ta absolutna samotność nie przeraża, raczej fascynuje. Uczucie jest tak przejmujące i silne, że może je przywołać jeszcze kilka lat później. To właśnie sen pchnął ją do opracowania planu. Który opierał się na popularnej grze liczbowej Karolinka. W śląskim totolotku, jak nazywano Karolinkę, trzeba było skreślić pięć cyfr z 49. Oprócz pieniędzy szczęśliwcy wygrywali działkę budowlaną i przydział na materiały budowlane. Aleksandra Granat trafiła piątkę w latach 60. – i wygrała milion. Tylko że na lot w kosmos milion to za mało. Wymyśliła więc tak: wygrywa jeszcze raz i przekazuje pieniądze laboratorium, które zajmuje się badaniami genetycznymi. Daje wszystko pod jednym warunkiem: zostaje królikiem doświadczalnym. Od tej pory wszystkie nowe leki, które mogą przedłużyć jej życie i pozwolą doczekać lotów w kosmos, testowane są na niej. Plan był może nawet dobry – ale nie wypalił, bo pod koniec lat 80. Karolinka zniknęła. Aleksandra Granat próbowała szczęścia w innych grach liczbowych, ale to już nie były jej gry.

Gdy więc usłyszała o Mars One, nie zastanawiała się ani chwili. Ściągnęła z internetu formularz aplikacji i zabrała się za wypełnianie. Nie znała angielskiego, pomogli jej synowie. Trochę trudniej było z wideo. Krótki tekst zapisała fonetycznie na brystolu i przez dwa tygodnie ćwiczyła na sucho. Kiedy uznała, że jest gotowa, włączyła kamerę i opowiedziała o sobie: że ma męża, dwóch synów, psa i koty, że interesuje się historią prekolumbijskiej Ameryki, Wszechświatem i zachodzącymi w nim procesami oraz nowymi odkryciami z genetyki. W aplikacji na pytanie, czy miała kontakt z ludźmi innych kultur i jak sobie radzi z ich odmiennością, napisała, że każdy człowiek jest odrębnym kosmosem. Żeby się z nim dogadać, trzeba tę inność zaakceptować. W szkole robi to na co dzień. A na pytanie, dlaczego chce lecieć na Marsa, napisała, że po to, by zaszczepić na Marsie życie. Bo gdy uda się tam zbudować biosferę, będzie ona bardzo niestabilna, delikatna. Tak delikatna, że ważny będzie każdy, najmniejszy nawet jej element. To uczy innego myślenia o życiu.

Ostatniego dnia 2013 r. przyszła informacja, że zakwalifikowała się do drugiego etapu projektu. Aleksandra dostała trzy miesiące na zrobienie obowiązkowych badań lekarskich. Musiała iść do lekarza po skierowania: EKG, EEG, laryngolog, okulista, ginekolog. Szła z koleżanką, żeby lekarz nie pomyślał, że robi sobie z niego żarty. Jeśli pomyślał, to nie dał po sobie poznać – na skierowaniach, w rubryce przyczyna badań, bez mrugnięcia okiem napisał: „Zakwalifikowana na lot na Marsa”.

On i misja

Był akurat u córki w Stanach Zjednoczonych, gdy się dowiedział, że na konferencję The Mars Society przyjedzie sam Bas Lansdorp. O misji już słyszał, ale usłyszeć o niej od samego Lansdorpa to zupełnie inna sprawa. Wsiadł w samolot i poleciał na spotkanie.

Na konferencji Lansdorp opowiadał, że może się zgłosić każdy, bez względu na wiek, byle miał odpowiednią motywację, był zdrowy fizycznie i psychicznie. Poinformował, że pierwsza selekcja uczestników zakończy się pod koniec roku. Podał szczegółowy harmonogram: 2015 r. – rozpoczęcie pełnego treningu wybranych kandydatów, 2020 r. – wysłanie na Marsa łazika, który znajdzie odpowiednie miejsce do lądowania. Dwa lata później wylądują tu statki, które przywiozą z Ziemi zaopatrzenie, kapsuły mieszkalne i te podtrzymujące życie. I wreszcie 2024 r. – start statku z czterema członkami załogi, którzy po siedmiu, może ośmiu miesiącach podróży wylądują na Marsie i zamieszkają w przygotowanej przez łazika bazie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, rok później przylecą następni ludzie. Projekt nie zakłada powrotów. Wszyscy, którzy polecą na Marsa, zostaną tam do końca życia.

Wykład Lansdorpa wywołał wśród słuchaczy aplauz. Po wykładzie Kazimierz Błaszczak wiedział, że każdy Marsjanin (bo po wylądowaniu na Marsie Ziemianie będą Marsjanami) będzie mieszkał w module o powierzchni 50 m kw., a nawet to, że meble będą pikowane, w kolorze bladoniebieskim albo beżowym. I że na zewnątrz będzie można wychodzić w specjalnych skafandrach, a osiedle, ze względu na szkodliwe promieniowanie, będzie prawdopodobnie osłonięte warstwą marsjańskiej ziemi. Przekonał się, że wszystko jest drobiazgowo zaplanowane, i pozbył wątpliwości. Wrócił do kraju, złożył aplikację.

Nie przeraziła go myśl, że w 2025 r. będzie miał 77 lat. Tyle samo miał przecież John Glenn, amerykański lotnik, astronauta i polityk, gdy w 1998 r. na pokładzie wahadłowca „Discovery” poleciał w kosmos. Poza tym na Marsie będzie lżejszy, organizm mniej obciążony będzie sobie radził lepiej. A jeden starszy człowiek w marsjańskiej bazie bardzo się przyda. Kiedy inni będą eksplorować planetę, poszukiwać i odkrywać, on będzie sprzątał, gotował, naprawiał. A gdy pojawią się dzieci, będzie im czytał bajki. Dzieci muszą mieć dziadka. Tego wszystkiego w aplikacji nie napisał, bo nie było na to miejsca. Napisał za to, że najbardziej ceni w ludziach optymizm, życzliwość, kreatywność i umiejętność współpracy.

Informacja, że zakwalifikował się do drugiego etapu projektu, nie zaskoczyła go. Był przekonany, że tak się stanie, bo do wypełnienia aplikacji naprawdę się przyłożył. Teraz, jako ambasador misji, śledzi publikowane teksty o Mars One i pilnuje, by nie było w nich przekłamań. Trzeba zbudować wokół projektu dobrą atmosferę. Tym bardziej że całe przedsięwzięcie ma kosztować 6 mld dol. i bez wsparcia entuzjastów funduszy zebrać się nie uda. Więc Błaszczak prostuje i tłumaczy, a w międzyczasie chodzi na siłownię i biega, żeby utrzymać formę.

On, ona i ciekawość

Ona na lekcjach tłumaczy dzieciom, że gdyby spojrzały na Ziemię z kosmosu, zobaczyłyby, jak jest krucha i delikatna. Dlatego musimy o nią dbać, pielęgnować ją, by jej nie zniszczyć. Ona sama im starsza, tym większy czuje szacunek do życia. Boi się pająków, ale gdy wchodzą jej do domu, łapie je i wynosi w słoiku do ogrodu. Wiosną, kiedy wypalane są trawy pod lasem, wychodzi i zbiera z łąki ślimaki, bo ma wrażenie, że słyszy, jak w ogniu pękają ich skorupy. W regulaminie jej pracowni biologicznej jest punkt, że stosunek do organizmów żywych ma wpływ na ocenę – inaczej mówiąc: kto wyrywa skrzydełka muszkom, nie ma szans na dobry stopień.

On wie, że niektórzy kandydaci najbardziej boją się podróży: siedem albo osiem miesięcy w ciasnym statku, w stanie nieważkości. Jego podróż podnieca, nie może się jej doczekać. Kiedyś płynął na „Zawiszy Czarnym” i spał w ciasnej koi. Myśli, że to będzie podobne doznanie. Niczego tak nie pragnie, jak dowiedzieć się, czy na Marsie jest życie, i sprawdzić, czy Ziemianom uda się tam przeżyć, stworzyć gatunek międzyplanetarny. Dla niego taka wyprawa to postęp, rozwój, inspiracja i przygotowanie wyjścia awaryjnego. Jego prywatne lęki i obawy w tym kontekście przestają mieć znaczenie. Kiedyś przecież przyjdzie taki dzień, że wszyscy będziemy musieli wsiąść w statki i znaleźć nową Ziemię. Mars będzie wtedy naszym przystankiem. W aplikacji napisał, że tym, co pcha go w kosmos, jest ciekawość.

Ona ma dni, kiedy czuje, że szanse na kosmiczną podróż są niewielkie. Ale i takie, kiedy wierzy w nią bezgranicznie. Upewnia się wtedy, że może lecieć, bo synowie już dorośli, żyją własnym życiem, nie jest im aż tak potrzebna. A mąż? Z nim trudniej, ale znają się już tyle lat, że chyba sobie poradzą. W końcu: to autentyczna misja.

On wciąż próbuje przekonać żonę, że warto. W żartach obiecuje przysyłać jej te diamenty, które na pewno znajdzie na Marsie. No, nie jest łatwo. Ale wie, że poleci, za wszelką cenę. Może nie w pierwszej turze, może w drugiej, ale jednak. Dlatego denerwują go spekulacje, że misja nie dojdzie do skutku, bo pieniędzy za mało albo technika jeszcze niewystarczająca. Cierpliwie wyjaśnia niedowiarkom, że wszystko jest przemyślane i że powodzenie misji nie zależy od techniki, tylko od nas samych. Od tego, czy potrafimy spełniać marzenia.

***

Po co ten Mars?

W styczniu minęła dekada od ogłoszenia przez ówczesnego prezydenta USA George’a W. Busha programu „Wizja eksploracji kosmosu”. Była to bardzo śmiała propozycja powrotu do wielkich kosmicznych projektów na miarę programu Apollo. Amerykanie mieli najpierw zbudować (do 2020 r.) bazę na Księżycu, a stamtąd ruszyć na Marsa (­ówczesny szef NASA mówił o lądowaniu w 2037 r.). Dziś wiadomo, że tego projektu USA nie zrealizują prędko, a być może w ogóle w najbliższych dekadach nie dojdzie do wysłania załogowej misji marsjańskiej przez kogokolwiek. Choć projektów takiej wyprawy powstały na świecie dziesiątki (ma go Europejska Agencja Kosmiczna, a także Rosjanie i Chińczycy). Największe problemy takiej wyprawy to m.in. koszty (szacowane na dziesiątki miliardów dolarów) oraz kwestie zdrowotne – czy organizm człowieka wytrzyma tak długą podróż narażony na szkodliwe promieniowanie kosmiczne. Sporo specjalistów stawia też pytanie – po co wysyłać ludzi, skoro można na Marsie z powodzeniem umieścić roboty. Ale w takiej wyprawie bardziej chodzi chyba o emocje i ludzkie ambicje niż racjonalną analizę, co się opłaca, a co nie. MR

Polityka 21.2014 (2959) z dnia 20.05.2014; Społeczeństwo; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Na Marsie da się żyć"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Emeryci na psychotropach

Potrafią wyłudzać recepty, tłumaczyć, że od leków, które nie uzależniają, mają alergię. I dlatego muszą brać psychotropy. A psychiatrzy przyznają: rekordziści potrafią brać je przez kilka lat.

Katarzyna Kaczorowska
26.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną