Społeczeństwo

W więzieniu przepisów

Życie bezpaństwowca

Bezpaństwowiec Aleksander z narzeczoną Laurą Bezpaństwowiec Aleksander z narzeczoną Laurą Tadeusz Późniak / Polityka
Nie mają dowodu osobistego, prawa jazdy, konta w banku. Nie przyznaje się do nich żadne państwo. Kilka tysięcy ludzi ugrzęzło w Polsce jako bezpaństwowcy.
W 2012 r. wprowadzono abolicję dla cudzoziemców przebywających w Polsce nielegalnie.Mateusz War/Wikipedia W 2012 r. wprowadzono abolicję dla cudzoziemców przebywających w Polsce nielegalnie.

Greta nie może spać. Nad ranem sięga po tabletki. Na ciśnienie, na serce. Insulinę trzeba wziąć, bo później w autobusie trzęsie i nie wkłuje się dobrze. A do Warszawy jedzie się ponad godzinę. Potem przesiadka w tramwaj albo taksówkę. Na szczęście Greta zna już miasto na tyle, że nie da się wieźć z tymi papierami naokoło. Od 17 lat wozi dokumenty do urzędów. Ostatnio – w sprawie córki. W domu ma już kilka pudeł pism ze stemplami ambasady Armenii, Azerbejdżanu, Rosji, Kancelarii Prezydenta, Urzędu Wojewódzkiego. W ostatnim piśmie napisali: córka Jakuba i Grety nie nabywa obywatelstwa polskiego zgodnie z postanowieniem Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Sama Greta jeszcze w ubiegłym roku też była bezpaństwowa. Tuż przed 50 urodzinami dostała jednak polskie obywatelstwo.

Jest Ormianką z Azerbejdżanu. W tym drugim z krajów miała kiedyś dom z ogrodem i basenem, przy którym lubiła latem zjeść arbuza i który musiała opuścić – bo przyszli. Wysocy, barczyści, z karabinami przewieszonymi przez ramiona. Krzyczeli: wychodzicie albo zostajecie! Jak zostajesz, to umierasz – opowiada. Dali minutę, żeby wsiąść do samochodu. Najmłodszy syn miał zaledwie kilka miesięcy. Mąż został. Uparł się, by pilnować majątku. Pobili go wtedy strasznie. Dołączył później – ale już nie ten sam. Do dzisiaj ma problem z głową.

Wysadzili ją z czwórką dzieci już w Rosji. Przed 40-stopniowym mrozem chroniły ją tylko domowe kapcie i cienka, niebieska sukienka. Musiała się szybko nauczyć, jak utrzymać całą rodzinę. Sprzątała, dorabiała – ale co z tego, jak z mieszkania potrafili wyrzucić z dnia na dzień. Wpakowała całą rodzinę do pociągu i ruszyli w stronę Polski – jeszcze miała paszport wystawiony w Azerbejdżanie. Przez pięć dni podróży nie zmrużyła oka. Zasnęła dopiero na Centralnym. Kiedy się ocknęła, nie miała już torebki.

W Warszawie trafiła na Ukraińców szukających ludzi do zbierania kartofli – od razu się zgłosiła. Dzieci zostały w zdezelowanej fabryczce nieopodal pola, w której z czasem zrobili sobie dom. Właściciel budynku pozwolił mieszkać bez opłat. I jeszcze pomagał w urzędzie, kiedy kończyła się wiza. Dojechał mąż. Złożyli wnioski o status uchodźcy. Po ośmiu miesiącach dostali decyzję odmowną i wtedy okazało się, że Greta z rodziną nie są już obywatelami Azerbejdżanu, Armenii ani Rosji. Już jako bezpaństwowiec Greta starała się o wizę pobytową, ale wojewoda mazowiecki orzekł o wydaleniu jej z dziećmi z Polski. – Znowu zaczęliśmy się z mężem pakować, chociaż on mógł zostać ze względu na zły stan zdrowia. Ale sam miałby zostawać? – pyta Greta.

W końcu, dzięki pomocy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, dostali zgodę na pobyt tolerowany. Dwie starsze córki dostały już polskie obywatelstwo. Ale najmłodszej córce i synowi, który miał kilka miesięcy, gdy wyjeżdżali z Azerbejdżanu, dwukrotnie odmówiono. Syn zniknął rok temu. Poszedł gdzieś za pracą i Greta nie wie nawet, czy jest jeszcze w Polsce. Z kartą czasowego pobytu nie mógł znaleźć pracy, mimo że w Polsce się wychował, skończył technikum i zrobił kurs obsługi wózków widłowych. Do pracy jednego dnia przyjmowali, następnego wyrzucali, zawsze bez pieniędzy.

Marginalni

W ministerstwach mówią o nich: problem marginalny. Dane GUS z 2011 r. wskazują na prawie 9 tys. osób w Polsce, które nie mają potwierdzonego obywatelstwa, z czego nieco ponad 2 tys. bezpaństwowców, ale liczba ta nie opiera się na dokumentach, tylko deklaracjach ankietowanych. UNHCR, agenda ONZ zajmująca się uchodźcami, naliczyła 763 osoby bezpaństwowe. – Ale liczby te mogą nie uwzględniać osób, które nie chcą ujawnić swojego pobytu na terytorium kraju – wyjaśnia prawniczka Anna Strama z Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, współautorka raportu „Niewidzialni. Bezpaństwowcy w Polsce”. Jako jeden z zaledwie czterech krajów Unii Europejskiej Polska obok Estonii, Cypru i Malty nie ratyfikowała ani Konwencji o statusie bezpaństwowców z 1954 r., ani uzupełniającej jej Konwencji o ograniczaniu bezpaństwowości z 1961 r. MSW podjęło niedawno wstępne rozmowy dotyczące ratyfikacji tej drugiej konwencji – nie wiadomo jednak dokładnie, kiedy zostanie podpisana ani czy na pewno.

Okoliczności, w których można zostać bezpaństwowcem, są bardzo różne. – Wiele z tych przypadków to wynik pechowego zbiegu okoliczności – wyjaśnia Maria Pamuła, specjalistka ds. ochrony uchodźców z UNHCR. Często dotyczą dzieci. Na przykład: dziewczynka, która urodziła się w 2010 r. w Polsce z rodziców Kubańczyków. Żeby mogła otrzymać obywatelstwo, musiałaby wrócić na Kubę i zostać tam zarejestrowana. Obywatelstwo polskie mogłaby według ustawy z 2009 r. nabyć tylko w przypadku, gdyby oboje rodziców było bezpaństwowcami. – Dzięki pomocy Fundacji dziewczynka dostała obywatelstwo od prezydenta, ale trzeba zaznaczyć, że ta procedura nie powinna być jedyną dostępną dla dzieci w takiej sytuacji, bo ona nie rządzi się regułami postępowania administracyjnego ani nie ma kontroli sądów – mówi Dorota Pudzianowska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

W podobnej sytuacji są dzieci Palestyńczyka Hadiego, który z rodziną uciekł przed wojną w Syrii: on sam jest bezpaństwowcem, żona jest Syryjką i zgodnie z tamtejszym prawem jako kobieta nie może przekazać swojego obywatelstwa dzieciom. Ich najmłodsze dziecko urodziło się w Polsce, w lutym. Sam Hadi otrzymał status uchodźcy oraz pomoc w ramach indywidualnego programu integracyjnego, myśli jednak o wyjeździe, bo nie jest w stanie, mimo starań, utrzymać rodziny. – To jest bardzo zaradna osoba, która nie czeka tylko na pomoc od państwa. Zawsze przychodzi na spotkania dotyczące spraw imigracji, uczestniczy w szkoleniach, zadaje pytania. Bardzo aktywnie szuka też pracy, tylko nie może nic znaleźć – dodaje Anna Trylińska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, która pomagała Hadiemu wypełnić wnioski o polskie obywatelstwo dla dzieci.

Zaklinowani

Czas spędzony w Polsce nie przesądza na korzyść bezpaństwowców. Ani znajomość języka. Ani pracowitość. Nina skończyła 50 lat, z czego połowę spędziła w Polsce. Codziennie do pracy przed siódmą – także w weekendy. Kiedy sprzątnie już pokoje i restaurację, przenosi się do biur; każda godzina to tylko 6 zł więcej na koncie. Dzieci wychowały się w Polsce, skończyły polskie szkoły, pracują. Nina ze starszą córką, urodzoną na Ukrainie, zostały bezpaństwowe, kiedy skończył im się rosyjski paszport. Najmłodsza córka, urodzona w Polsce, też ma wpis: „bez obywatelstwa”. – Jej ojcem jest Polak, ale w urzędzie powiedzieli mi, że jak zapiszę dziecko na Polaka, a mnie deportują, to ono będzie musiało zostać – opowiada. – Dopiero jak dostałam zgodę na pobyt tolerowany, wróciłam do urzędu, żeby to odkręcić, ale już się nie dało – mówi Nina. Cudem udało jej się zdobyć PESEL. Ma też konto w banku. Wszystkie jej odmówiły, ale ten jeden zrobił wyjątek. – Teraz martwię się o najmłodszą córkę – opowiada Nina. Chodzi smutna, bo bez paszportu nie może wyjechać z klasą na wycieczkę.

Bezpaństwowców nie można deportować. No bo niby dokąd? Za to można zamknąć w ośrodku strzeżonym dla cudzoziemców. Aleksander siedział tak kilka razy, najdłużej rok. – Jak mnie sprawdzają w swoich bazach, to zaczynają panikować, bo im się pojawia, że jestem poszukiwany do wydalenia z Polski – opowiada. – Ale nie mogą mnie deportować, bo jestem bezpaństwowy. I tak w kółko.

Gdy go łapią, pokazuje w Straży Granicznej tymczasowe zaświadczenie tożsamości cudzoziemca. Od ośmiu lat to jedyny dokument, jaki zdobył w urzędzie. Nie dostał zgody na pobyt tolerowany, ponieważ ma wyrok; w ośrodku dla cudzoziemców wdał się w bójkę. Interweniowała policja. Aleksander dostał dwa lata. Ale coraz bardziej mu to wszystko obojętnieje. Teraz na przykład dostał wezwanie od Straży Granicznej – to przyszedł. Pani w okienku patrzy na kartonik, pyta do kogo, po co. Iwan nie wie. Miał przyjść, to jest. Zamkną go? Jak zamkną, to kiedyś wypuszczą.

Interesuje się polityką, światową gospodarką, historią, religiami, systemem edukacji. Kiedyś – gdy rozpadał się Związek Radziecki – wierzył, że będzie wolnym człowiekiem. Uciekł z domu dziecka na Syberii, w którym dorósł z wiedzą, że rodzice byli polityczni, jeździł po Białorusi, Ukrainie, Litwie, Łotwie, Armenii, Uzbekistanie, Gruzji i Tadżykistanie. Nigdzie nie zostając na dłużej. Nie pojawił się też na pierwszym ani drugim spisie ludności. I to się po latach okazało problemem. – Kiedy już poszedłem do urzędu, pytali mnie, gdzie byłem wcześniej, żeby przyznać mi obywatelstwo, ale nie byłem w stanie udokumentować. Gdybym był w Gruzji, to powinienem być Gruzinem – opowiada. I tak został nikim.

A tymczasem granice się uszczelniały. Gdy wrócił na Syberię, bo chciał wyrobić paszport i potrzebował jakichkolwiek dokumentów, zamiast domu dziecka zastał magazyn materiałów budowlanych. Do Polski trafił, bo nie mając paszportu ani szans na niego, zapłacił przemytnikowi. Od 8 lat nie może u nas legalnie pracować ani korzystać z publicznej służby zdrowia, nie może też legalnie wyjechać. Próbował pracy na czarno – dostał tylko zaliczkę. Policja powiedziała, że jak nie ma umowy, to nie ma sprawy, i zaległych pensji nie odzyskał. Na szczęście Aleksander jest informatykiem, administruje stronami. Dorabia na różnych zleceniach. Za wynajem mieszkania dla rodziny płaci 1,6 tys. zł, bo kredytu na mieszkanie przecież mu nie dadzą. Chciałby założyć firmę, ale bez dokumentów nie uda mu się tego zrealizować. Nie może wziąć ślubu. Od ponad roku z narzeczoną, Dagestanką, czekają na zgodę sądu. Nie ma też prawa jazdy, ubezpieczenia ani nadziei na zmianę. – Dostałem 11 decyzji ostatecznych. Mam nakaz opuszczenia kraju, ale nie mogę go opuścić, bo nie mam paszportu.

Przestraszeni

W 2012 r. wprowadzono abolicję dla cudzoziemców przebywających w Polsce nielegalnie, ale według informacji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych tylko 15 bezpaństwowców skorzystało z okazji zalegalizowania swojego pobytu. – Nie wiadomo, czy w ogóle wiedzieli o tym, że takie postępowanie jest możliwe, zwłaszcza że przy poprzednich abolicjach był bezwzględny wymóg posiadania dokumentów, których oni nie mieli. Ludzie boją się też, że takie postępowanie może się źle zakończyć. Kiedy ujawniamy nielegalny pobyt, to jest ryzyko zamknięcia w ośrodku strzeżonym. U osób, które są u nas bardzo długo, mimo że otwiera się jakaś ścieżka, jest też silna obawa, jak to postępowanie przebiegnie i jak się zakończy – wyjaśnia Anna Strama.

Brak dokumentów częściej skłania bezpaństwowców do skorzystania z procedury o nadanie statusu uchodźcy, która nie wymaga posiadania dokumentu tożsamości ani wcześniejszego legalnego pobytu w kraju. Jednak w czasie gdy Straż Graniczna kontaktuje się z ambasadą w celu potwierdzenia tożsamości, bezpaństwowiec trafia do strzeżonego ośrodka. – Tymczasem sądy często przedłużają procedurę automatycznie aż do 12 miesięcy, a w niektórych wypadkach nawet do 18. Dla osób, które żyją w Polsce od lat i mają rodzinę, którą muszą utrzymać, to bardzo trudna sytuacja – mówi Anna Strama. – Czasem wszczyna się procedurę wydaleniową, mimo że od początku wiadomo, że do niczego nie doprowadzi. W tym czasie ci ludzie nie mogą też liczyć na żadną pomoc socjalną – dodaje.

Na schronienie, ciepły posiłek i zasiłek mogą liczyć dopiero ci, którzy uzyskają zgodę na pobyt tolerowany – bo system przyjmie do wiadomości, że wydalić ich z Polski nie można. Gajana, 30-latka, ma tę zgodę. Może pracować, ale trudno jej znaleźć coś na stałe. – Znam się na gotowaniu, wszyscy mnie chwalą, ale do restauracji muszę mieć papier. Kiedy przyjechała do Polski, miała 11 lat. Do szkoły chodziła niecały rok, bo nie było na książki. – Chciałam się uczyć, a nie mogłam, bo nie znałam polskiego. Poza tym ciągle się przeprowadzaliśmy.

Teraz ma już własną rodzinę. Mąż jest Polakiem. Jak czasem wypije, zaczyna dokuczać. A jak nie pije, to rozlicza z reszty z zakupów. Czasem chce od niego odejść, ale nie może, bo jak się wyprowadzi, to straci meldunek, a w efekcie dzieci – bo nie pracuje i nie ma obywatelstwa. Trochę jak w więzieniu. Też nie widzi żadnej innej możliwości wyjścia z tej patowej sytuacji niż składanie wniosków do prezydenta o obywatelstwo. Aż do uzyskania pozytywnej odpowiedzi.

Polityka 12.2015 (3001) z dnia 17.03.2015; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "W więzieniu przepisów"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną