Społeczeństwo

Odmiana przez przypadki

Czy warto rozwijać w Polsce edukację techniczną

Uczniowie III klasy technikum elektrycznego w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1 im. Stanisława Staszica w Opocznie, styczeń 2015 r. Uczniowie III klasy technikum elektrycznego w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1 im. Stanisława Staszica w Opocznie, styczeń 2015 r. Marian Zubrzycki / Polityka
Rozmowa z Anną Węgrzyn, badającą losy absolwentów szkół technicznych, o tym, kim są i jak to się dzieje, że ich główną kompetencją jest zdolność do wyjazdu za granicę.
Gdańsk, dzień otwarty w Zespole Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich.Łukasz Dejnarowicz/Forum Gdańsk, dzień otwarty w Zespole Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich.
Anna WęgrzynBPSC SA Anna Węgrzyn

Joanna Cieśla: – Polskie technika kształcą kolejne roczniki biernych pracowników najemnych?
Anna Węgrzyn: – Na to wygląda. Z badań, które robiliśmy w tym i w ubiegłym roku na 950 maturzystach z 20 śląskich szkół, wynika, że młodzież szczególnie słabo radzi sobie z kreatywnością oraz innowacyjnością i z budowaniem relacji. Brakuje im też podstawowych umiejętności związanych z przedsiębiorczością. Co więcej, kompetencje tegorocznych maturzystów okazują się niższe niż ubiegłorocznych.

Jak państwo to ustalili?
Analizowaliśmy podstawy programowe i pytaliśmy samych maturzystów o to, jak zachowują się w różnych okolicznościach. To pozwoliło nam wnioskować o ich kompetencjach. Wydzieliliśmy 15 tych kompetencji, podzielonych na grupy: biznesowe, osobiste, społeczne, przywódcze i poznawcze. W tym roku młodzież oceniali też nauczyciele zawodu. Podobne metody są powszechnie stosowane w przedsiębiorstwach, nazywamy je oceną 180 stopni. Ponadto zadawaliśmy pytania otwarte, z prośbą o wyjaśnienie niektórych terminów.

Skoro wyniki są głównie oparte na opiniach maturzystów o sobie samych, to dobrze, że wiedzą, czego im brakuje, czy źle, że mają małą wiarę w siebie?
To dobrze, że są świadomi własnej niekompetencji. Pytanie tylko, czy są w stanie coś z tym zrobić. Ja osobiście przekazywałam wyniki połowie badanych maturzystów. Przygotowywałam się do każdego z tych wywiadów, starałam się ich nie przygnębiać, tylko namawiać, żeby szukali swoich mocnych i słabych stron, żeby na tych mocnych budowali swoje kwalifikacje i przyszły zawód.

Trafiało?
Tak, trafiało. Wiem, że bardziej systematyczni z tych młodych ludzi próbowali pracować nad swoimi kompetencjami. Jeśli czyjaś wiara w siebie była bardzo niska, to namawiałam, by szukał w swoim otoczeniu osoby, która w niego wierzy, może pomóc. Bo faktem jest i to, że oni na ogół mają małą wiarę w siebie, obawiają się testować nowe rozwiązania, scenariusze działania. Wydaje mi się, że to kwestia metod nauczania w szkole. Oni ciągle muszą iść według schematu, szablonu, definicji, wzoru. Nie ćwiczy się takich metod, jakich używa się do rozwiązywania problemów w pracy – burzy mózgów, dyskusji. Wiecznie żywe jest za to odpytywanie, kartkówka, test – i to z zamkniętymi pytaniami.

Gdzie oni mają się nauczyć organizacji pracy małych zespołów? Kiedy nauczyciel powołuje lidera na zajęciach – poza koszykówką – żeby dobrał sobie zespół? Albo taka kompetencja: otwartość na zmianę – w pracy bardzo potrzebna; podstawa programowa przewiduje nawet, że uczniowie powinni ją rozwinąć. Tylko kiedy i w jakich okolicznościach nauczyciele mają to realizować? Zwłaszcza że sami mają z tymi kompetencjami problem.

Co panią najbardziej martwi w waszych wynikach?
Słaba orientacja na rynek i własną działalność gospodarczą. Na pewno ma znaczenie, że badania robiliśmy na Śląsku, gdzie nigdy nie było silnej tradycji przedsiębiorczości. Ludzie od wielu dekad pracowali tam w dużych zakładach przemysłowych. Nie ma więc rodzinnego wsparcia dla próby startu na swoim. Szkoła też do tego nie przygotowuje. W odpowiedzi na nasze pytania otwarte o podstawowe instytucje istotne dla przedsiębiorców, takie jak urzędy pracy, ZUS czy PFRON, maturzyści po prostu przepisywali hasła z Wikipedii.

W szkole mają zajęcia z przedsiębiorczości.
Tak, przyglądałam się ich programowi. Moim zdaniem nauka tego przedmiotu powinna być oparta na ćwiczeniach. Grywalizacja jest taka modna – dlaczego nie wykorzystać gry, w której uczniowie zakładają małe firmy i prowadzą je przez rok? Zamiast tego dzieciaki piszą referaty. Wiem, bo córce musiałam pomóc przygotować: „Przepływ pieniądza w Unii Europejskiej”. Córka też kończyła szkołę średnią zawodową, choć w kierunku artystycznym.

Teraz studiuje?
Na razie nie. Zrobiła liceum plastyczne ze specjalizacją jubilerską i właśnie założyła własną firmę.

Dlaczego córka była gotowa się na to porwać?
Może dlatego, że pozwoliłam jej na samodzielny wybór szkoły ponadgimnazjalnej, a ona miała zainteresowania. Uważa, że jubilerstwo to piękny zawód, któremu nie można pozwolić zginąć i który można wykonywać w nowoczesny sposób. Córka robi ozdoby ze srebra na buty.

Martwi mnie, że większość młodzieży w wieku mojej córki, jeśli trafia do jakichś zawodów, to przypadkowo albo z rozdzielnika. Wiele szkół na Śląsku ma podpisane umowy z kopalniami, absolwenci mogą od razu iść do pracy – i w takich sytuacjach w ogóle nie ma dyskusji o tym, jaką wybrać przyszłość. Inni trafiają do przypadkowych zawodów – bo szkoła była blisko domu, bo rodzice kazali, bo ktoś powiedział, że będzie się miało pracę, bo wszyscy idą na technika grafika, to ja też.

Szkoły gimnazjalne mają zapewniać uczniom poradnictwo zawodowe. Asekurować ich.
Ale tego nie robią. Wiem, bo sama w ramach czynu społecznego prowadzę zajęcia w gimnazjach, by pomóc dzieciom w wyborze. A jeśli nawet taki doradca jest, to często to osoba, która sama została doradcą zawodowym przez całkowity przypadek. Gdzie pasja, gdzie rozwijanie przed dzieckiem możliwości? W szkolnictwie zawodowym – podobnie – zmieniły się podstawy programowe, podręczniki, ale dopóki nie zmienimy podejścia, wyposażenia pracowni i metod pracy nauczycieli, to te wszystkie zmiany nie przyniosą nic dobrego.

Skoro co najmniej od dekady wiemy, że należy przede wszystkim zmieniać podejście do nauczania i uczniów, to dlaczego wciąż nic się w tej sprawie nie dzieje? W tym czasie nastąpiła przecież zmiana pokoleniowa ludzi, którzy decydują o kształcie polskiej edukacji i oświaty.
Moim zdaniem ważniejsza jest grupa nauczycieli – ich przekrój wieku i motywacje. Przez dziesięciolecia spora część ludzi trafiała do oświaty właśnie z przypadku. Albo z takim nastawieniem, żeby przeczekać. I to też się zasadniczo nie zmieniło w ostatnich latach, gdy studia pedagogiczne obsługiwały znaczną część osławionego boomu edukacyjnego. Znów więc wraca pytanie o motywacje wyboru – tym razem studiów pedagogicznych.

Państwa badani nie chcą już nawet studiować tej pedagogiki – to też wiadomo z badań. Nie garną się na wyższe studia. Co na nich czeka po maturze?
Praca w centrach handlowych. W dużych centrach usług wspólnych, czyli w call center. Albo w centrach logistycznych.

We własnych zawodach nic?
Mogliby pracować, bo wiele ich zawodów jest potrzebnych. Tylko trzeba ich pociągnąć – przede wszystkim zachęcając do przedsiębiorczości. Ale młodzież boi się działalności gospodarczej, nie wie, jak się za to zabrać. Co z tego, że są lekcje przedsiębiorczości, gdy nie ma przygotowanych do ich prowadzenia nauczycieli? Z kolei tych przygotowanych, praktyków, szkoła nie może zatrudnić, bo żeby uczyć, zgodnie z prawem trzeba mieć określone stopnie awansu nauczycielskiego. A gdyby naukę miał prowadzić ktoś bez kwalifikacji pedagogicznych, to stawka byłaby tak niska, że naprawdę chodziłoby tylko o pracę dla idei.

Dlaczego mamy zachęcać do przedsiębiorczości, skoro mamy rekordowy odsetek samozatrudnionych? Mówi się, że mamy wręcz problem odwrotny: pozorna przedsiębiorczość z konieczności, z braku szans na inne zatrudnienie.
I to wszystko prawda: że choć Polacy próbują, korzystając z funduszy i dotacji, zakładają firmy, to niestety odsetek biznesów, którym udaje się przetrwać choćby rok czy dwa lata, jest mizerny. Że nieliczne z tych firm tworzą więcej niż jedno stanowisko pracy. Ale proszę też pamiętać, że firmy w ogóle, programowo, nie chcą zatrudniać absolwentów bez doświadczenia i to się pewnie tak prędko nie zmieni. Nawet jeśli jakimś cudem absolwent szkoły technicznej znajdzie coś w zawodzie po pięciu latach od matury, to do tego czasu jego wiedza będzie całkowicie zdezaktualizowana. Nie będzie nawet maszyn, na których zdobywał np. tytuł technika elektronika. Gdyby udało się w jakiś sposób utrzymać sprawność zawodową tego człowieka, zamiast marnować jego umiejętności w call center przez 4–5 lat, w czasie których starsze pokolenie przejdzie na emeryturę, to nawet z praktyką we własnej firmie, założonej z konieczności, a świadczącej na przykład usługi dla większej firmy, miałby szansę z czasem włączyć się w pracę większego przedsiębiorstwa.

Dlaczego firmy tak się upierają przy zatrudnianiu doświadczonych?
Bo inwestycje w niedoświadczonych wymagają wysiłku. Choć współczesna nauka o zarządzaniu nie ma wątpliwości, że takie inwestycje w ludzi są najlepsze i najtrwalsze – to się jednak nie dzieje pomimo istnienia różnych państwowych programów. Być może jednym z powodów jest to, że gdy trzeba absolwentów doszkalać także w zakresie podstawowych kompetencji społecznych, wyzwanie dla pracodawcy robi się zbyt duże.

W jaki sposób firmy tracą na tym, że ich pracownicy nie mają tych kompetencji społecznych? Po co właściwie elektrotechnikowi umiejętność budowania relacji?
Bo on obsługuje klienta. A nawet jeśli nie, to musi współpracować z dostawcami, podwykonawcami, partnerami. Trudno wyliczyć, ile kosztuje nieumiejętność kontaktu wzrokowego z rozmówcą lub 30-sekundowej rozmowy telefonicznej. Ale wiadomo, że jeśli pracownik będzie niemiły, niegrzeczny, to straci dobry kontakt z dostawcą. Trudniej mu będzie na przykład negocjować ceny potrzebnych części. Ostatecznie – firma może takiego dostawcę stracić.

Czy to nie są takie zwykłe umiejętności życia z ludźmi, które powinni przekazywać najbliżsi, niekoniecznie szkoła?
Ale jeśli ktoś żyje od dzieciństwa w kulturze ekranów i krótkich wiadomości tekstowych, nie widzi rodziców i sam nie ma takich doświadczeń, że trzeba iść do pani w okienku, by coś załatwić (co skądinąd jest wygodne), to nie ma okazji, żeby się tego nauczyć. Rozwój technologii ułatwia życie i naukę, ale też uniemożliwia ćwiczenie wielu umiejętności, które jednak wciąż okazują się niezbędne.

Pani była pedagogiem szkolnym. Uczniowie sprzed lat mieli lepsze kompetencje społeczne niż dzisiejsi badani?
Przychodzili do gabinetu z zupełnie innymi problemami – rodzinnymi, uczuciowymi. Potem kończyli szkołę i znajdowali pracę. Teraz młodzi czują się pozostawieni sami sobie. Są przygotowani tylko do jednego – do wyjazdu za granicę. I rzeczywiście, kończą szkołę i wyjeżdżają. Takie mieli pomysły na siebie w obu edycjach badań. W tym roku pojawił się jeszcze jeden motyw: „poczekać na wybory”. Wiało z tego nadzieją.

Liczą, że po dojściu do władzy PiS czy Pawła Kukiza ich sytuacja się poprawi?
Nie drążyłam. Miałam wrażenie, że to była odpowiedź trochę zaczepno-odczepna. Jeśli jednak na to liczą, to nie mają świadomości, że na te ewentualne zmiany na lepsze musieliby czekać co najmniej kilka lat. Tak, moim zdaniem moi dawni uczniowie mieli lepsze kompetencje społeczne. Żyli bardziej realnie, towarzysko, wycieczkowo. Wspólnie kombinowali na przykład, jak zdobyć fajne dżinsy. Przedsiębiorczość automatycznie się uruchamiała. Teraz różne rzeczy są osiągalne bez problemu, inni nie są potrzebni, przedsiębiorczość też nie jest potrzebna – wystarczy mieć pieniądze.

Paradoks.
Tak. A do tego oni są słabi psychicznie, łatwo się zniechęcają.

Odporność młodych na stres rzeczywiście maleje?
Maleje. Mam hipotezę, że to przez nadmiar bodźców, które ich bombardują. Są w stanie wiecznego neurologicznego zmęczenia od nieustannego przetwarzania tej stymulacji.

Skoro tak słabo widzą swoje szanse tutaj, to na jakiej podstawie zakładają, że za granicą będzie im łatwiej?
Bo ich kolegom się udało. Oni zawsze jadą do kogoś. To nie jest ta emigracja, która parę lat temu w ciemno kupowała bilet na londyńską Victoria Station z myślą, że się zobaczy. Im już kuzyn załatwił pracę. Wiedzą, gdzie konkretnie będą i co będą robić.

Tam mają lepsze wsparcie niż tu?
Tak – bo ich wsparcie tam właśnie wyjechało. W domu mają sfrustrowanego tatę, który wypatruje emerytury, a jak wyjdą na podwórko, to widzą jeden wypasiony samochód gościa, który na coś się załapał, oraz tłumek zbierających puszki. I siebie pod trzepakiem. Miasta na Śląsku są po części zdegradowane i wyludnione. Ja na przykład mieszkam w Bytomiu, który jest zamieszkany głównie przez bezrobotnych, choć ostatnio w niektórych dzielnicach jakby ruszało się nowe życie. Władze szukają pomysłów, by zrewitalizować opustoszałe centrum miasta. Ale większość ludzi kończących pracę w kopalni wraca do wiosek, z których przyjechali kilkadziesiąt lat temu. Jeśli mają dwójkę dzieci, to jedno może zostanie, ale drugie wyjedzie za granicę, głównie do RFN. Ci, którzy wyjadą za granicę, już nie wrócą. Nie potrafimy jakoś tego przerwać.

Te przykłady sukcesu młodych w Polsce, który przecież się zdarza, są omawiane albo za cicho, albo w sposób niezrozumiały. Nie docierają do tych młodych ludzi, oni nie odnajdują w nich siebie. Jadą więc w coś pewnego, choć słabego, za co w przeliczeniu jednak będą mieli więcej niż tutaj. Bo oni tam – na Wyspach, w Niemczech – zawsze będą cenieni jako tania siła robocza. Nawet jeśli mogą startować na ciut lepsze stanowiska niż kiedyś, niekoniecznie wyłącznie na zmywak – bo dosyć dobrze znają już języki. Przynajmniej tyle nam się udało.

rozmawiała Joanna Cieśla

***

Badanie w ramach projektu „Mój wybór, mój zawód, moja kariera” realizowało Kuratorium Oświaty w Katowicach we współpracy z Górnośląską Wyższą Szkołą Handlową oraz firmą BPSC SA. Projekt był współfinansowany ze środków UE. Anna Węgrzyn jest w BPSC kierownikiem projektu Centrum Kompetencyjnego mHR.

Polityka 39.2015 (3028) z dnia 22.09.2015; Społeczeństwo; s. 31
Oryginalny tytuł tekstu: "Odmiana przez przypadki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną