Społeczeństwo

Jest robota na dzielnicy

Niełatwo być dzielnicowym

Aspiranci Małgorzata Więcek i Marian Leśniewski w trakcie akcji „Poznaj swojego dzielnicowego Aspiranci Małgorzata Więcek i Marian Leśniewski w trakcie akcji „Poznaj swojego dzielnicowego Piotr Grzybowski/SE / EAST NEWS
Dzielnicowy jest jak yeti – każdy o nim słyszał, ale nikt go nie widział. Żart ma już ze 20 lat, ale ciągle śmieszy. Zwłaszcza dzielnicowych.
Finał konkursu Dzielnicowy Roku. Sierżant Serafin Mzyk podczas pozorowanej interwencji domowej.Andrzej Grygiel/PAP Finał konkursu Dzielnicowy Roku. Sierżant Serafin Mzyk podczas pozorowanej interwencji domowej.
Patrol, jak przełożeni tłumaczą, to dla dzielnicowego też forma kontaktu z mieszkańcami.Wistula/Wikipedia Patrol, jak przełożeni tłumaczą, to dla dzielnicowego też forma kontaktu z mieszkańcami.

Umówienie się na spotkanie z dzielnicowym M. to wyczyn. W poniedziałek jeździł w patrolu. Normalnie to nie powinien, ale jako funkcjonariusz podlegający pod dział prewencji nie ma za dużo do gadania. Zresztą przełożeni tłumaczą, że to też jest forma kontaktu z mieszkańcami. We wtorek również jeździł w patrolu. Spokojnie było, to i na rewir przy okazji skoczył i dwa doręczenia z sądu doniósł.

W środę powinien mieć wolne, ale komendant posterunku osobiście poprosił go o przyjście do pracy. Komenda mała, a wakatów dużo. Ludzi ciągle brakuje. M. ostatni urlop wziął w 2013 r. Z samych nadgodzin jeszcze jeden mu się należy, tylko że nie ma kiedy wybrać. Za siedzenie na dyżurce zrobił sobie kolejne nadgodziny, ale komendantowi się nie odmawia. Tym bardziej, jak trzeba go zastąpić na dyżurce. W czwartek M. dostał wreszcie wolne, więc spokojnie mógł przyjść do pracy. Za to, że siedział na dyżurce, komendant dał mu peena, czyli służbę ponadnormatywną. Dodatkowy patrol ekstra, opłacany przez samorząd. Za osiem godzin pracy 200 zł minus VAT. Akurat na tornister dla dzieciaka. W piątek też nie było źle, bo pojechali z kolegą w konwoju. Pacjent był spokojny, to szybko poszło. Piątek w ogóle był udany, bo jak wracali z aresztu, to zrobili jeszcze – jak mówią w komendzie – slalom gigant.

Slalom najczęściej zaczyna się w starostwie. Wpada się do zaprzyjaźnionego sekretariatu i teatralnym głosem mówi, że podobno zbierają zużyte tonery do drukarki. Sekretarka mówi, że i owszem. A tak w ogóle, to jakby nie mieli nowego, jeden mogą sobie zabrać. I jeszcze ryzę papieru. Na co oni mówią wyćwiczonym głosem, że skoro nalega, to wezmą. Na komendzie mają drukarkę, ale prywatną, więc formalnie nie zużywają papieru ani tonerów.

Ze starostwa podjeżdża się do szkoły. Niech łobuzeria sobie nie myśli, że dzieci są bez ochrony. I tu też polska gościnność. Płyn do mycia podłóg i mydło próbują im wciskać. Tak jeszcze z przyzwyczajenia, bo był taki moment, że cała komenda na chemii ze szkoły stała – bo jednak dla dzieci rodzice zawsze więcej dadzą. A wcześniej stała na tej podbieranej z domów, aż żony się zgadały. Skończyło się na tym, że sprzątaczka dwa miesiące podłogę samą ciepłą wodą myła.

Ze szkoły lecą jeszcze do opieki społecznej. Tam też sprawy do pozałatwiania. A przy okazji jakiś długopis się dostanie, bo pod względem biurowym to oni teraz napasieni na unijnych programach.

A w sobotę najczęściej na mecz. Ale nie, że z dzieckiem. Tylko służbowo w NOP (Nieetatowe Oddziały Policji). Odkąd nie ma poborowych, nie ma kim obstawiać imprez masowych. Niby też źle nie jest, bo tyle meczów to M. w życiu nie widział. Ale teraz narodowców obstawiali. Miało nie być manifestacji siły, więc odwody siedziały po krzakach. Kiełbasa zieleniała na słońcu, ludzie grzali się w żółwiach (kamizelki antyuderzeniowe). Pieczarki (białe hełmy z przyłbicami) porozkładali na trawie. No sielanka, aż się siku nie zachciało. I tu się koledzy humorem wykazali, bo kto szedł w krzaki, zaraz dostawał mandat. Ale na niby. Nie tak jak ten, co sobie sam prawdziwy mandat wystawił, żeby statystykę ratować, bo kulała.

I tak dzielnicowemu M. minął cały tydzień, a spotkać się z nim nie udało. Ale M. mówi, że to nawet i dobrze, bo pięciu ich w pokoju siedzi. Intymności żadnej, to i rozmowa by się nie kleiła.

Fotka z nurkiem

Spotkania z dzielnicowymi należy podzielić na te oficjalne, w miłej atmosferze, z udziałem przełożonego i wyznaczonego oficera z biura prasowego. I pozostałe. G. wolał tę drugą konwencję. Pracuje na prawym brzegu Warszawy, ale wolałby nie precyzować dzielnicy, bo jeszcze te parę lat wysługi bardzo by mu się przydało.

Dzielnicowym został z nadania. Trafiło na niego, bo jako jedyny był z Warszawy. Konkretnie to mieszkał w niej od kilku miesięcy, ale miał meldunek. Pozostali kojarzyli tylko Stadion Dziesięciolecia. Rewir dostał trudny, ale o tym miał się przekonać później, bo dzielnicy w ogóle nie znał. Kolega, który schodził z etatu, na rewir chodził już niechętnie, bo sprawy różne się za nim ciągnęły i, jak twierdził, musiał się skupić na uzupełnieniu zaległości w dokumentacji.

Na szczęście kierownika dzielnicowych miał mądrego. Jak zadowolony przyniósł pierwszy mandat, to kierownik go objechał. On ma ludzi słuchać, a nie gnębić. W tym słuchaniu daleko potrafił się posunąć, bo i wódeczkę z kim trzeba wypijał. Ale w szczegóły to nie będzie wchodził, bo to by było samobójstwo kadrowe.

Stosunek do bycia dzielnicowym miał mieszany. Najpierw mu się podobało, bo jak się przyjmował, to ówczesny komendant główny Policji Marek Papała dużo mówił o dzielnicowych. Każdy miał dostać pager i rower. Strasznie go ten pomysł kręcił. Jednak sprawę rowerów przesądzono na wyższym poziomie: że ich nie będzie, bo przecież zaraz je policjantom pokradną. Ostatecznie pagera też nie dostał, bo wraz z tragiczną śmiercią komendanta Papały umarł również pomysł z pagerami.

Bycie dzielnicowym podobało mu się również, bo obiecywali mieszkania służbowe. Nawet takie ładne osiedle pobudowali przy Jagiellońskiej. G. już się widział, jak wystawia sobie leżaczek na balkonie. Ale z tym też się zagalopował.

Z osiedlem przy Jagiellońskiej to ma związaną pewną opowieść, bo tam niedaleko są kanały ciepłownicze i bezdomni uwili sobie w nich gniazdko. Kłopot polegał na tym, że ciągle tam umierali i nie było ich jak stamtąd wyciągnąć, a później zidentyfikować. Przełożeni ciągle ich namawiali do kreatywności, to wpadli na pomysł i przed zimą wyganiali nurków z kanałów, po czym każdemu pstrykali fotkę z imieniem i nazwiskiem. I jak taki delikwent zszedł, to po samych łachach można było poznać, bo wtedy im jeszcze tak często z opieki nowych nie dawali.

Wyznania listonosza

Z czasem G. praca dzielnicowego spodobała się nawet bardzo. I bez tego służbowego mieszkania, bo szybko się zorientował, że to, co przełożeni mówią i robią, dzieli przepaść zwana rzeczywistością. A ta była taka, że dopiero po ponad siedmiu latach G. wysłali na kurs dzielnicowych. Na miejscu się okazało, że wykładowcy mieli więcej pytań niż odpowiedzi, bo wtedy też był polityczny i medialny kurs na dzielnicowych i każdy chciał coś mądrego dodać. Policja miała wyjść do ludzi. Przed wyborami nawet im komórki rozdali. Tylko że bez możliwości dzwonienia. Mogli jedynie odbierać połączenia. Zawsze coś.

No i na tym kursie G. się dowiedział, jak to jest w różnych miastach, bo dzielnicowych z całej Polski pozwozili. Ogólnie uznał, że nie ma źle, bo dzielnica z zasadami. Cieciowe nauczone, że z władzą trzeba żyć dobrze, z ucha strzelały, co i jak. Z administracją szło się dogadać. Jak wątpliwości były jakieś, to się nagle okazywało, że z kaloryferami jest problem i trzeba wejść do mieszkania usterek poszukać. Jako dzielnicowy miał ogólny szacunek, bo to on pisał opinie do sądu, zbierał wywiad środowiskowy. Pracuje się na faktach, ale różnie można je interpretować. Za to na tzw. nowych dzielnicach to koledzy za łachudrów robili. Trzy razy musieli pytać, czy można wejść do mieszkania, bo zaraz, że ja zadzwonię do prawnika, co pan sobie myśli, a pan z policji, to pan nie musi myśleć. No różne takie.

A na szkoleniu G. poznał na przykład wzory pism, które komendant może wysyłać do firm i instytucji, że jak komputery zmieniają, to oni chętnie dla dobra społeczeństwa przyjmą. Na prawie 30 dzielnicowych mają więc pięć służbowych komputerów. Reszta pracuje na własnych. A dane wrażliwe zgrywa się na pendrive, żeby nie było dymu, jak wpadnie jakaś kontrola. – Należy pamiętać, że dzielnicowi pracują w systemie zmianowym i mogą używać komputerów wymiennie – mówi asp. sztab. Mariusz Mrozek z Komendy Stołecznej Policji.

Na temat dzielenia się komputerami G. ma inne zdanie. Ale co do pomysłu na pracę dzielnicowego to nie może się wypowiadać, bo co komendant główny, to była różna koncepcja, a on już dziesiątego komendanta przerabia. Choć formalnie przez ten czas tylko dwa zarządzenia w sprawie dzielnicowych były wydane. Ale tu z kolei wielką kreatywnością wykazują się przełożeni. Tak to interpretują, że zawsze na ich wychodzi.

G. ma smykałkę do prawa i w zarządzeniach jest otrzaskany. I na przykład z zarządzenia Komendanta Głównego Policji nr 528 z dnia 6 czerwca 2007 r. wychodzi, że podstawą pracy dzielnicowego jest obchód i powinien on stanowić co najmniej 60 proc. czasu służby. A są takie dni, że na dzielnicy nie ma go nawet minutę, bo na przykład wspiera akcję „Pasy”.

Akcje to w ogóle ulubiony temat G. – komedia jest z nimi. Zginął ktoś na pasach. Widać, jakiś ważny, bo w mediach szum. I już następnego dnia wszyscy w komendzie robią „Pasy”: stoją i łapią. Ludzie boją się już nawet przejść na drugą stronę. Kierowcy w sumie robią, co chcą, bo na piechotę ich przecież policja nie będzie gonić. Ale i na to przełożeni mają odpowiedź, że to funkcja prewencyjna, sam widok funkcjonariusza działa na kierowców otrzeźwiająco. No, w każdym razie akcja „Pasy” trwa już trzeci dzień, a on ma dwie teczki kwitów do zrobienia.

Kwity to w pracy dzielnicowego podstawa. Średnio dostarcza 10, 15 różnego rodzaju pism w miesiącu. Najczęściej z sądu albo wezwania. W komendzie nie mówią na nich inaczej niż listonosze. No więc w czasie takiej akcji „Pasy” w mandatach statystyka rośnie, ale w kwitach leci na łeb na szyję. I wtedy pijana matka wyrzuca dziecko przez okno. I następnego dnia się okazuje, że teraz wszyscy dzielnicowi mają być na rewirach. Urlopy odwołane. A wybrany na ochotnika ma się przejść z ekipą telewizyjną po osiedlu i opowiedzieć o prewencyjnej roli pracy dzielnicowego. Komendant wściekły, bo wybrany policjant ma mundur starego typu. Zaczyna się szukanie po komendach, kto ma pożyczyć ten nowy. A na pięć minut przed przyjazdem telewizja dzwoni, że jednak ich nie będzie.

Albo kończy się rok i nagle się okazuje, że wykrywalność leży. Zaczyna się więc akcja „Poszukiwany”. Najlepiej nałapać recydywy, co to ma po trzy wyroki i już nawet nie wie, do którego więzienia się najpierw zgłosić, więc na wszelki wypadek nie zgłasza się do żadnego. I wtedy nagle dochodzeniówka robi się miła. Już nie, że faksem ślą kwity do dzielnicowych, choć siedzą w jednym budynku. Ale z imienia się do nich zwracają, bo widzisz, Marku, Mietku, jest taka prośba pod twoim adresem, żebyś nam sprawdził, czy tam u ciebie w rewirze... I się sprawdza, i statystyka rośnie. Obywatele czują się bezpieczniejsi. Jeszcze nigdy nie czuli się tak bezpiecznie. Przynajmniej statystycznie.

Animator życia w bezpieczeństwie

Dzielnicowy nie jest bytem oczywistym. Są kraje, w których nie ma dzielnicowych i radzą sobie bez nich bardzo dobrze. Polska policja, choć ciągle zmienia pomysły na tych funkcjonariuszy, trwale jest przywiązana do ich posiadania. Jednak oczekiwania władz wobec dzielnicowych bardzo się zmieniały. W przedwojennej Polsce dzielnicowy był figurą. Rozkaz nr 331 Komendanta Głównego Policji z 1926 r. dawał mu bardzo duże uprawnienia. Dzielnicowy miał być gospodarzem dzielnicy, w której pracował, i w której powinien mieszkać. Być osobą o nieposzlakowanej moralności, która sama daje przykład. Raz na tydzień musiał nawet dokonać nocnego obchodu i sprawdzenia pracy komisariatu i posterunków.

Powojenne instrukcje robiły z dzielnicowych agentów państwa, którzy będą tropić wywrotowców, osoby politycznie niepewne, zwalczać kontrabandę i mieć szczególny nadzór nad każdym przejawem życia ekonomicznego, który nie został jeszcze uspołeczniony. Mieli budować sieć donosicieli i nawet dostali ku temu narzędzia. Na wniosek dzielnicowego można było usunąć dozorcę, który nie chciał z nim współpracować. Po odwilży zadania dzielnicowych nieco się zmieniły, ale nie jakoś diametralnie.

Dopiero w 1974 r. nastąpiło nowe otwarcie. Dzielnicowy miał być nie tylko stróżem, ale i animatorem życia w bezpieczeństwie. Sprawować szczególny nadzór nad młodzieżą. W każdej rodzinie w swoim rewirze musiał złożyć co najmniej jedną wizytę w roku. Szczególną uwagę powinien zwracać na osoby karane za przestępstwa polityczne, recydywistów, prowadzące aspołeczny tryb życia i chore psychicznie. Miał współpracować z taksówkarzami, kelnerami, szatniarzami i przedstawicielami ORMO. Pracować głównie w terenie. Po zmianie ustroju w nowych przepisach ostało się głównie to ostatnie zadanie.

Tadeusz Cybulski jest dzielnicowym z najdłuższym stażem w garnizonie warszawskim, czyli Warszawie i okolicach. Do formacji – jak mówi – przyjął się w 1980 r. A funkcję dzielnicowego sprawuje nieprzerwanie od grudnia 1984 r. Ciągle w tej samej dzielnicy. Co prawda na uchodzącym za elegancki Mokotowie, ale w miejscu, gdzie spotykał się cały Wołomin i Pruszków, czyli przy Wyścigach. O tym, ile razy zdarzyło mu się legitymować Pershinga, woli nie opowiadać, bo nie wszyscy koledzy mafiosa pożegnali się z tym światem.

Przez 35 lat obserwował, jak zmienia się przestępczość. Kiedy rozpoczął pracę dzielnicowego, zgodnie z ówczesnymi przepisami musiał odwiedzić wszystkie mieszkania w swoim rewirze. Zajęło mu to trzy miesiące i przeplatało się z wizytami księdza, który w tym czasie również chodził po kolędzie. Potem zajmował się przestępstwami różnej wagi, także tymi drobnymi – piwnicami, wandalizmem i monetami wykradanymi z automatów.

Ale policjantem w akcji też bywał. Na przykład w latach 80., gdy przestępczość była odzwierciedleniem potrzeb i braków, a jednym z najbardziej chodliwych i najczęściej kradzionych towarów były akumulatory, koła i paliwo. – Na obchodzie poczułem silny zapach benzyny i skojarzyłem, że to może być próba kradzieży – opowiada. – Złodziej miał kanister na paliwo z dospawanym dodatkowym wlewem. Wsuwał kanister na płasko pod samochód. Paliwo spuszczał z baków korkiem spustowym, który był montowany w bakach starego typu. Próbował uciec samochodem, a mnie przejechać. Pan Tadeusz przejechał kilka ulic na masce samochodu.

W latach 90. zaczęły się groźniejsze przestępstwa, w jego rewirze młody chłopak napadał na osiedlowe sklepiki z bronią w ręku. I to był drugi moment, kiedy sam dzielnicowy miał perspektywę sięgnięcia po broń. Na szczęście nie musiał tego zrobić. Za to ani razu nie ukarał mandatem za nieodśnieżony chodnik.

Politycy przypominają sobie o dzielnicowych najczęściej przed wyborami. Trafili również do programu politycznego PiS. „W policyjnej hierarchii zostanie podniesiona ranga policjanta dzielnicowego. Zostanie on wyposażony w lepsze instrumenty techniczne i logistyczne. Wyższe będą kryteria doboru i wymagania, z czym będzie się wiązać wyraźna podwyżka uposażenia”. Warto zaznaczyć, że program jest niemal kopią podobnych zapisów proponowanych przez AWS, SLD czy PO. Dzielnicowi specjalnie się tym nie ekscytują. – Wyżej czwórki człowiek nie podskoczy – mówi jeden z nich. I nie chodzi mu o 4 tys. zł, tylko czwartą grupę zaszeregowania płacowego. W praktyce oznacza to nieco ponad 3 tys. zł pensji. Od święta zwiększanej o jakąś premię.

Platforma, która również obiecywała, że policjanci wyjdą zza biurek, nadwerężyła tę formację. Jeszcze w 2010 r. policja miała w swojej strukturze 8 tys. 218 etatów dzielnicowych. W tym roku jest ich o 233 mniej. Ilu z nich ma realnie czas na pełnienie swojej służby w pełnym wymiarze, to już inna sprawa.

Symulacja przyjęcia interesanta

Wicekomendant śląskiego garnizonu policji postanowił udowodnić policyjne powiedzenie, że jeden dobry dzielnicowy wart jest tyle, co pół komendy. 13 grudnia 2012 r. w śląskim garnizonie powołano zespół do spraw wdrożenia nowej koncepcji pracy dzielnicowego. Właściwie to koncepcja nie jest nowa, bo w dużym stopniu opiera się na tym, co już zapisano w prawie. Nowością jest, że postanowiono tego przestrzegać. W trzech wybranych komendach przestano wykorzystywać dzielnicowych do pracy w zespołach patrolowych, służbie dyżurnej i konwojowaniu osób aresztowanych. Ograniczono masowy proceder dostarczania powiadomień sądowych oraz zdecydowano się na tak radykalne kroki, jak założenie indywidualnego adresu e-mail każdemu dzielnicowemu i kupienie mu tabletu (skończyło się na samych adresach). Jednak największym przełomem miał być fakt, że dzielnicowi mieli po prostu iść pracować na dzielnicy. I to na piechotę.

Po ponad roku funkcjonowania programu właśnie trwa jego ewaluacja. Wstępne wyniki są bardzo zachęcające, ale mimo sukcesów komendant wojewódzki nie zgodził się na rozmowę. – Nie znam jego motywacji, ale mogę się jej domyślać. Nawet jeśli program okazał się sukcesem, to jak taki komendant będzie wyglądał na tle swojego szefa, który likwidował małe posterunki i etaty dzielnicowych – retorycznie pyta Rafał Jankowski, wiceszef NSZZ Policjantów w garnizonie śląskim.

W ramach podnoszenia etosu pracy dzielnicowych wrócono również do konkursu Dzielnicowy Roku. Poprzednią edycję zlikwidowano w 2008 r., w 2013 r. powrócił do „kalendarza szkoleniowego”.

Uczestnicy konkursu przez trzy dni zmagali się w kilku konkurencjach. Najważniejszą z punktu widzenia specyfiki pracy dzielnicowych – czyli symulację przyjęcia interesanta – wygrał aspirant sztabowy Rafał Lidak z komendy powiatowej w Gryfinie. – W charakterze symulanta występował jeden z policyjnych wykładowców, więc poprzeczka była zawieszona wysoko – opowiada Lidak. – Na dodatek za prezydialnym stołem było jeszcze pięciu oceniających i całość była nagrywana kamerą jako dowód, ale też przyszły materiał dydaktyczny. Jury doceniło profesjonalizm, znajomość prawa, łatwość nawiązywania kontaktu i inicjatywę własną. – Pokrzywdzony przyszedł do mnie z kwestią uszkodzenia mienia. Przedstawiłem paletę rozwiązań i zaproponowałem wyjście polubowne z moim pośrednictwem. Wydaje mi się, że nie ma sensu narażać ludzi na niepotrzebny stres, jakim zawsze jest zetknięcie z wymiarem sprawiedliwości – tłumaczy aspirant sztabowy Rafał Lidak. Jury najwidoczniej podzieliło jego punkt widzenia. Zresztą Lidak ma w sobie to coś, co powoduje, że naprawdę nadaje się do tej pracy. – Staram się być wyluzowany i uśmiechnięty, ludzie to czują – dodaje. Jednak to nie on zdobył główną nagrodę. W zeszłym roku najlepszym dzielnicowym został sierżant Paweł Kleszcz z Prudnika. Niestety, nie udało się z nim porozmawiać, bo najlepszy dzielnicowy był na urlopie. A służbowej komórki wciąż nie dostał.

***

Serdeczne podziękowania dla prof. Zbigniewa Lasocika, z którego książki „Dzielnicowy w nowoczesnej formacji policyjnej” zaczerpnięta została część informacji. Autor dziękuje również dzielnicowym M. i G., którzy nie bali się spotkać i porozmawiać, ale prosili o niepodawanie ich prawdziwych imion ani inicjałów.

Polityka 40.2015 (3029) z dnia 29.09.2015; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Jest robota na dzielnicy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną