Społeczeństwo

Kanarek na wolności

Zawód: zakładnik

Bycie zakładnikiem wiąże się z niskim poziomem BHP i wysokim stresu. Bycie zakładnikiem wiąże się z niskim poziomem BHP i wysokim stresu. Jakub Szymczuk/Foto Gość / Forum
Z własnej nieprzymuszonej woli zostałem zakładnikiem X. podczas ćwiczeń o kryptonimie Y. w miejscowości Z.
Ćwiczenia jednostki specjalnej GROMAdam Warżawa/PAP Ćwiczenia jednostki specjalnej GROM

Zakładnikiem w czasie ćwiczeń GROM zostaje się za sprawą oficjalnego pisma. O zgodę trzeba prosić samego ministra obrony narodowej. Później pismo jak jesienny liść spada z jednego biurka na drugie. Do pieczątek przybitych przez redakcję dochodzą kolejne. Mała okrągła z sekretariatu dowódcy generalnego, prostokątne różnych dziwnych instytucji. Sprawę załatwiają właściwie dwa słowa: do realizacji, i zamaszysty podpis.

Bycie zakładnikiem wiąże się z niskim poziomem BHP i wysokim stresu. To pewnie dlatego w tym zawodzie nie ma tłoku. Wojska specjalne radzą sobie, jak mogą. Czasem porywają się wzajemnie, zawsze to jakaś praktyka, zwłaszcza że w cenie jest realizm. A ćwiczyć można różne wątki, np. bandytów, którzy z porwania zamierzają czerpać nie tylko zyski, ale i przyjemność z dręczenia zakładnika. Dla specjalsów to okazja, żeby nie tylko wczuć się w rolę ofiary, ale przygotować na scenariusz, w którym sami się nią stają.

Czasem korzystają z wolnego czasu pracowników zaprzyjaźnionych ambasad, dla nich to również cenna lekcja. Niestety, zakładnicy szybko się zużywają. Tylko nieliczni nadają się do ponownego użycia.

Pestki

Zakładnikowi mówi się tyle, ile trzeba, czyli właściwie nic. O godzinie W. trzeba być w miejscu M. Koniec. Dress code niezobowiązujący. Konkretnie zestaw ubrań taki, żeby nie było szkoda później wszystkiego wyrzucić. Raczej ciepłe rzeczy, chyba że chce się zaliczyć dodatkową sprawność z hipotermii. Kwestia zabierania jedzenia jest otwarta, ale najlepiej najeść się na zapas, bo to nie będzie kolacja przy świecach.

Początek jest wręcz relaksujący. Podjeżdża czarny samochód i dostaje się całą tylną kanapę dla siebie. Nawet nie wiążą oczu. Zresztą nie ma po co. I tak się nie ucieknie, bo nie wiadomo gdzie. Miejscowość Z. nie wyskakuje nawet na GPS. Nieistnienie miejscowości Z. ma długą historię. W dawnych czasach Z. była niejawnym ośrodkiem kolejowo-wojskowym. Na ukrytej głęboko w lesie bocznicy kolejarze mieli zmieniać rozstaw kół radzieckich wagonów z czołgami. Przez lata w Z. mieszkało sześć rodzin, których całym zadaniem było pilnowanie bocznicy i czekanie na wojnę. Zamiast wojny niespodziewanie przyszła demokracja. Parę lat później kolej zorientowała się, że utrzymuje miniosadę zupełnie nie wiadomo po co, i w krótkim czasie było pozamiatane. Po ludziach została tylko łuszcząca się farba, napuchnięta od wilgoci tapeta z motywem roślinnym i naklejki z piosenkarzami po dzieciach. Odwrót musiał być szybki, bo w prowizorycznych szklarniach do dziś zostały kikuty uschniętych pomidorów, w komórkach niezabrane wózki dziecięce, a w niektórych oknach nawet szyby.

Dwa wielorodzinne domki kolejowe doczekały się wojny wiele lat po tym, kiedy wszyscy wykluczyli już taki scenariusz. Trzymając się scenariusza ćwiczeń, Z. zajęła grupa separatystów (w tej roli jedna z formacji niewojskowych), która powołała tam niezależną republikę Z. i z tego miejsca uderzyć miała na kluczowe obiekty w Polsce. Tyle zakładnik powinien wiedzieć, żeby nie pogubił się w sympatiach. Wzięcie na zakładnika dziennikarza nawet fajnie wpisało się w scenariusz, więc nie trzeba było wymyślać żadnej legendy do tego fragmentu.

Separatyści do sprawy podeszli poważnie i z dużym wyczuciem roli. Nawieźli karabinów, naciągnęli kupę drewna z lasu, a następnie zaminowali całe podejście z tamtej strony. Sądząc po zgromadzonej ilości drewna, nie miała to być republika tymczasowa. Dowódca grzał się przy ogniu i łupał pestki słonecznika. Podwładni otwierali wielkie metalowe puchy, w których trzyma się amunicję, żeby nie traciła właściwości i nie rdzewiała. Z czasem zardzewiał za to klucz do konserw. Leciały przekleństwa. Na płachtach walały się magazynki do kałasznikowa. Trudno o większy realizm.

Ale role dopiero się budowały. Separatyści przybijali piątki jak leci – z prowadzącym ćwiczenia, jak i zakładnikiem – co jakiś czas później już nie mogło się zdarzyć. Pierwsze nieporozumienie szybko zażegnano za pomocą rewizji osobistej, plastikowych kajdanek i pierwszego kopniaka – separatyści zaczęli wchodzić w rolę. Choć pozostała jeszcze ostatnia formalność – podpisanie zgody pod kartką pełną złych wiadomości. Zakładnik nie rości sobie prawa do odszkodowania, zobowiązuje się nie składać pozwu, nie domaga się zwrotu kosztów lekarskich, jest świadom ryzyka, deklaruje przygotowanie do sytuacji ekstremalnych, jest poczytalny i decyzję podejmuje świadomie. Co, jak się okazuje, zawsze jest nieprawdą, ale i tak się podpisuje. Zwłaszcza już w kajdankach i z kałasznikowem koło głowy.

Jednostka

Organizm broni się automatycznie. Pomimo że w miejscu, w którym cię zamknęli, jest zimno, tobie robi się gorąco. Przynajmniej na początku. System nerwowy musi jakoś wyciągnąć cię z tego szamba, w które sam się władowałeś. I to dosłownie, bo miejsce pobytu to stary kibel. Po pierwszej fali gorąca temperatura się stabilizuje. Organizm przygotowuje się do dłuższego wysiłku.

Przeklinasz partacza, który tak wysoko puścił rurę z wodą, że teraz mdleją ci ręce przykute do niej na nienaturalnej wysokości. Kajdanki wrzynają się w skórę. Racjonalizujesz. Jest zimno, ale to tylko ćwiczenie. Ćwiczenie to zbiór zamknięty. Zaczyna się i kończy. Pomoc już może nawet jest w drodze. Może nawet za chwilę przyjadą. Będą wybuchy, strzały, ktoś będzie narażał dla ciebie swoje życie.

Na razie narażają twoje, bo jakiś nadgorliwy separatysta chce wrzucić do łazienki granat hukowy. W ostatniej chwili orientuje się, że obok leżą butle z gazem i granatu tym razem nie wrzuca. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że butli jest sporo, bo mają starczyć na trzy dni.

Twój instynkt przetrwania reaguje natychmiast. Musi zdążyć przed smutkiem i zwątpieniem. Pomysł jest taki, żeby dni zamienić na godziny. A godzinom odjąć ich ciężar. Te trzy dni to zaledwie 72 godziny. Zaledwie, bo przecież jedna już minęła. Minęła już jedna jednostka. Zostało jeszcze 71 jednostek. Niedługo będzie ich 69. Trzeba tylko wytopić te jednostki.

No i zadbać o ręce, bo sztywnieją. Swoje robi zimno, ale najgorszy jest odpływ krwi. Ruszasz palcami, ale to nie pomaga. Ruszasz głową i przypominasz sobie o rękawiczkach. Masz je w górnej kieszeni kurtki. Zostały tam jeszcze z poprzedniego wyjazdu. Są ciepłe i takie miłe. W sklepie zastanawiałeś się, czy je kupić. Jak mogłeś być tak nierozsądny, żeby w ogóle się zastanawiać. Teraz musisz tylko po nie sięgnąć, a to oznacza, że będzie bolało. Liczysz, co bardziej ci się opłaca. Obetrzeć nadgarstki, czy wychładzać organizm przez ręce. Przez głowę nie tracisz ciepła, bo masz na niej wór. Wór jest miły i ciepły. Próba wyciągnięcia rękawiczek wygląda jak taniec pingwina. Z boku to może być śmieszne, ale ciebie jakoś nie śmieszy. Zwłaszcza że w rękach masz coraz mniej czucia. Wyciągnięcie i założenie rękawiczek trwa jakieś 20 minut. Ale teraz masz ciepłe ręce. No i minął spory kawałek jednostki.

Próbujesz zająć czymś mózg, bo wiesz, że bardzo go teraz potrzebujesz. Nie możesz mu pozwolić, żeby się wyłączył, żeby zostawił cię samego w tym zimnym i brudnym miejscu. Koleżanka po studiach historycznych, uwięziona na kasie w hipermarkecie przy wystawianiu faktur, ćwiczyła mózg, przypominając sobie dokonania ludzi, których nazwiskiem nazwano ulice, przy których mieściły się firmy z faktur. Jak kogoś sobie nie przypomniała, to w domu sprawdzała jego dokonania. Z czasem zorientowała się, że lista nazwisk do sprawdzenia jest coraz dłuższa. Zwolniła się z pracy. Z bycia zakładnikiem nie bardzo jest jak się zwolnić.

Walczysz z tym, ale czujesz, jak zamykasz się w skorupie. A raczej muszli. Słyszysz obok głosy, ale nie rozpoznajesz, o czym właściwie mówią. Chcesz tylko, żeby nie mówili o tobie. Odcinasz się. Trochę jak dziecko, które zamykając oczy, wyobraża sobie, że jest niewidzialne.

Są jednak takie dźwięki, od których nie potrafisz się odciąć. Nie lubisz ich. Nie lubisz kroków. Odgłosu ciężkich butów. Jeszcze bardziej drażni ładowanie magazynków amunicją. Po paru razach wiesz, że w każdym magazynku jest 30 naboi. Najbardziej drażni zakładanie magazynków. Twoje drugie ja straszy cię, że to właśnie ten magazynek, z którego dostaniesz kulkę. Można uznać, że właśnie zostałeś prawdziwym zakładnikiem.

Woda

Nawet w życiu zakładnika zdarzają się jasne momenty. Okazuje się, że ćwiczenia łapią zadyszkę, bo pewna formacja, której powierzono obserwację, ma kłopoty. A konkretnie to jeszcze nie zlokalizowała obiektu, choć separatyści robią, co mogą, od czasu do czasu puszczając w niebo serię na wiwat. Tylko jak tak będą puszczać serię za serią, to amunicja skończy się jeszcze przed atakiem. Dowódca zarządza przerwę. Zakładnik ma okazję poznać swoich kolegów, przetrzymywanych w nieco lepszych warunkach. A nawet ogrzać się przy ognisku. Zjeść kiełbaskę, połupać słonecznik. Kto wie, czy nawet nie zarazić się syndromem sztokholmskim.

I na to są jednak lekarstwa. Konkretnie – nowa zmiana strażników. Świeży, wypoczęci, aktywni. Z pokoju wywlekają o piątej nad ranem. Dobrze jest spać w spodniach. Jak cię ciągną po ziemi, to skóra nie zostaje na kamieniach. Ciągną za bose stopy, to i one nie cierpią. Docenisz to zwłaszcza wtedy, kiedy zaczną ci po nich deptać ciężkimi buciorami.

To jest ten moment, w którym powinieneś być na najwyższych obrotach. Zmobilizować się. Ale spałeś może dwie godziny, jest ci zimno. Nic nie działa w tobie tak jak trzeba. Butelka zimnej wody w twarz stawia cię na nogi. Ale co chwila ktoś ci je podcina. Upadasz, więc dostajesz kopa. Nie jakiegoś bardzo mocnego.

Naprawdę ożywiasz się przy pytaniu, czy chce ci się pić. Jak chce, to się świetnie składa, bo już czeka na ciebie woda. Dużo wody. Wypijesz ją przez brudny ręcznik, który najpierw się moczy, a później przykłada do twojej twarzy. Stanowisko CIA, że podtapianie nie jest torturami, nawet cię śmieszy. Ale tylko przez chwilę. Próbujesz sobie jeszcze przypomnieć, jak się nazywał naukowiec, który im to podpowiedział, i ile milionów za to zgarnął. Dusisz się. Wyrywasz. Wyłamujesz sobie kciuki, bo kajdanki mocno trzymają. Przerwa na opowieści. Kto cię tu przysłał. Komu służysz. Za czyje pieniądze pracujesz. Dlaczego chodzisz w spodniach rurkach. Czy jesteś ciotą. Na pewno jesteś ciotą. I teraz wypijemy zdrowie ciot. Ręcznik, woda. Krztuszenie się. Postawienie do pionu. Zastanawiasz się, co zwisa ci z twarzy – gluty czy ślina? Pewnie jedno i drugie. Jest ci wszystko jedno. To bardzo niedobrze. Źle, źle. Ma ci zależeć. Masz się bronić. Masz przeżyć.

Przechodzimy do następnej dyscypliny. Chodziarstwo. Sędzia nie jest potrzebny, bo nogi masz związane kablem. Drobisz zgodnie z techniką. Drobienie nie jest na czas, ale na upadki. I kopniaki. Ale nie jakieś mocne. Widocznie zaliczasz, bo zupełnie jak na wuefie wprowadzają ci nowy element. Nabój od kałasznikowa w zęby. Jak wypadnie, to cię nim odstrzelą. Próbujesz sobie przypomnieć, w którym filmie to oglądałeś. Wychodzi na to, że w tym. Własnym. Nabój smakuje smarem. A mimo wszystko przez chwilę wydaje ci się, że to smoczek, że jesteś małym dzidziusiem i chcesz do mamusi. Nie wydaje ci się – to oni tak mówią.

Oni nie mają twarzy, bo nie pozwalają ci na nie patrzeć. Mają głosy, które szepczą ci do ucha, że jesteś śmieciem. A ty masz powtórzyć. Coś bulgoczesz niewyraźnie, więc gruby palec trafia za twoje ucho i uciska nerwy. Ciężko się krzyczy z nabojem w ustach. Ale to możliwe. To tylko kwestia ułożenia mięśni policzków. Każą mówić wyraźnie. Tak wyraźnie, jak się da, mówisz, że nie możesz, bo coś ci weszło między zęby. Taki świetny żart, a nie docenili.

Zamiast tego ktoś podcina ci nogi i obiecuje ciepły prysznic. Zbiorowe sikanie na takiego śmiecia jak ty. Czujesz, że mokniesz. Powoli nasiąkasz. Ale siki powinny być ciepłe, a to chyba nie jest ciepłe. Ale może wystygło, bo przecież na dworze jest zimno. Nigdy się nie dowiesz, jak było naprawdę.

Chwilę oddechu łapiesz podczas egzekucji. Kałasznikowy ciągle się zacinają. Tym razem też. Na serię koło ucha trzeba zaczekać. Leżysz na ziemi. Jesteś cały mokry. Jest nawet miło. Huk jest potężny, ale ty już tak odpłynąłeś, że nie bardzo reagujesz.

Do następnej konkurencji trzeba cię już ciągnąć. Rozciąganie. Z braku drążka lina przewieszona przez konar. Stoisz na drabinie. Jak cię zrzucą, to połamią ci ręce. Hasło, które masz wypowiedzieć, żeby przerwać ćwiczenia w sytuacji, która przekracza twoje możliwości, składa się z jednego słowa. Ustaliłeś je wspólnie z organizatorem ćwiczeń na samym początku. Trzeba je wykrzyczeć trzy razy. Z nabojem w ustach ciężko ci idzie.

Wizyta

O tym, że zbliża się szturm, można wywnioskować z zachowania separatystów. Tracą zainteresowanie zakładnikami. Robią się nerwowi i rozkojarzeni. Zwłaszcza kiedy organizator ćwiczeń ustala szczegóły. GROM wchodził będzie na ładunkach, to znaczy, że resztki okien i drzwi w Z. przestaną istnieć. A szkło będzie fruwać jak płatki śniegu. Dlatego każdy ma mieć ochraniacze słuchu i gogle. W okolicach drzwi nie można ustawiać zakładników i samemu również najlepiej tam nie stać. Ćwiczenie będzie realistyczne, ale bez przesady. Nie będzie na przykład dobijania separatystów z przyłożenia. Ale jakoś nie poprawia to ich humorów.

W 36. godzinie ćwiczeń separatyści spodziewają się szturmu. Zakładają dodatkowe odciągi z ładunkami hukowymi, licząc, że szturmujący wpadną w pułapkę, rozpalają większy ogień, żeby ciężej było poruszać się w noktowizorach. Ładują bardzo dużo magazynków. Są tak spięci, że zapominają zakładnikowi przykleić taśmą broni do ręki. W czasie ćwiczeń szturmu można sprawdzić, jak zachowa się komandos, który widzi człowieka z przytwierdzoną bronią i zaklejonymi ustami. Czy potraktuje go jak napastnika, czy zdoła w ułamku sekundy podjąć właściwą decyzję. Na szali są dwa życia. Jego i zakładnika.

Szturm się opóźnia. Nawet nie wiesz, kiedy usypiasz. Obok ciebie chrapie jeden z separatystów. Strategia działa, mimo że separatyści też się znają na tej robocie. Budzą się. Wyraźnie źli, że uśpili własną czujność. Zaczynają się kręcić. Sprawdzać broń. Po godzinie opadają z sił. Zaczynają się rozluźniać.

Mniej więcej w tym momencie słychać pierwsze wybuchy. Separatyści chowają się za zakładnikami. Nawet bez broni przyklejonej do dłoni to ty jesteś na linii strzału. I dlatego teraz czeka cię najważniejsze ćwiczenie w twoim życiu. W odpowiednim momencie musisz upaść na ziemię i ustawić ręce tak, żeby było widać, że nie masz w nich broni. To w zasadzie cała instrukcja na przetrwanie. Nie biegnij w kierunku odbijających cię żołnierzy. Nie dotykaj ani nie podnoś broni upuszczonej przez terrorystów. Odbijają cię profesjonaliści, nie potrzebują twojej pomocy. Upadnij w takim miejscu, żeby nie tarasować drogi do wnętrza pokoju. I nie oczekuj, że będzie przyjemnie.

Reszta dzieje się tak szybko, że nawet nie wiesz, jak to się stało, że twój oprawca właśnie na tobie leży. Na szczęście to on dostał kulkę, a nie ty. Nie wiesz, kto cię szarpie i dlaczego skuwa ci ręce kajdankami. Skuwa tak, że nawet nie jesteś w stanie ruszać palcami. To stały zarzut wobec komandosów, że w czasie ćwiczeń za mocno skuwają. Ale widocznie emocje są tak silne, że nad tym nie panują.

Przerzucają tobą jak kawałkiem drewna. Z brzucha na plecy. Przeszukanie. Możesz mieć przecież na sobie ładunek pułapkę.

Identyfikacja. To kluczowy moment. Na tych złych mówi się papugi. Zakładnicy to kanarki. Papugi idą do piachu. Kanarki będą śpiewać. Każdy dostaje jeszcze stosowny znaczek na czole. Przy dużej liczbie zakładników i pojmanych zawsze można się pomylić, a tak masz na czole wypisane, kim jesteś. Przez ten krótki moment możesz zobaczyć człowieka, który właśnie uratował ci życie. Zapamiętujesz tylko czarne oczy, uśmiech i to, że był cholernie spocony. Nie wiesz, czy usłyszał, że to strasznie miło, że wpadł z wizytą.

Polityka 44.2015 (3033) z dnia 27.10.2015; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Kanarek na wolności"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną