Kawiarnia literacka

Katastrofek
Każdego roku w styczniu przywołuję Hurbinka. Albo przychodzi sam, nieproszony.

Nigdy go nie widziałem i nic o nim nie wiem, prócz tego, że żył w Auschwitz i tam obrócił się w nicość. I że posiadał imię: Hurbinek. To i tak dużo jak na otchłań XX w. Przychodzi z książki Primo Leviego. Przecież nigdzie indziej go nie ma. Może gdyby nie Levi, Hurbinka w ogóle by nie było.

To właśnie Primo Levi, w tużpowojennej relacji „Czy to jest człowiek”, dał światu podstawowy zestaw obrazów, pojęć i słów kluczy, które pozwalają (choćby tylko w przybliżeniu i przez krótką chwilę) oglądać obóz oczami więźnia: dezorientacja, samotność, wszechobecna przemoc, nieczytelne reguły, hierarchia, „geometryczne szaleństwo”, którego akustycznym wyrazem była gra obozowej orkiestry, wielojęzyczność, sprawnie działająca machina i zarazem ciągła improwizacja – więźniów, próbujących przeżyć, i strażników, wymyślających coraz to nowe metody maltretowania. On też sugestywnie opisał koniec Auschwitz: rozpad obozowego życia i rozkład obozowej infrastruktury oraz widmo śmierci, która bynajmniej nie przestała zbierać swojego żniwa z dniem wyzwolenia.

Taką spóźnioną ofiarą był właśnie Hurbinek, przypomniany w powieści „Rozejm” – mały chłopiec, który żył i dokonał żywota w obozowym lazarecie, prawdopodobnie nigdy nie doświadczywszy świata innego niż obóz. „Hurbinek był nikim, synem śmierci, synem Auschwitz. Wyglądał na trzy lata, nikt o nim nic nie wiedział. Nie umiał mówić i nie miał imienia; osobliwe imię Hurbinek nadaliśmy mu chyba my, a może jedna z kobiet, która zrozumiała w ten sposób nieokreślone odgłosy, wydawane od czasu do czasu przez małego. Był sparaliżowany od pasa w dół, wskutek atrofii nogi miał cienkie jak patyki, ale jego oczy, zagubione w trójkątnej, wymizerowanej buzi rzucały wokół błyskawice, wyrażając niezliczone pragnienia, wolę przetrwania, działania, wydobycia się z grobu niemoty” (przeł. Krzysztof Żaboklicki).

Nie ulega wątpliwości, że kto raz spojrzał w oczy Hurbinka, ten zapamiętał na zawsze ów „wzrok przepełniony siłą i cierpieniem tak bardzo, że nikt z nas nie potrafił go wytrzymać”. W morzu nieszczęść, jakim był Auschwitz-Birkenau, oczy Hurbinka niby soczewka skupiały wszystkie obozowe koszmary. Były w nich zarazem pełnia człowieczeństwa i przejście na drugą stronę, ku pełni nicości. A jego rozpaczliwe dziecięce gaworzenie, które – wbrew wysiłkom opiekunów i samego Hurbinka, próbującego coś powiedzieć – nigdy nie stało się językiem? Ono znowuż stanowi rewers obozowej wieży Babel – czysty głos rozpaczy, który nie zdążył przerodzić się w artykułowaną mowę, w jedno z wielu używanych w Auschwitz narzeczy, ale zawarł je wszystkie w sobie. Tak jak i imię trzyletniego weterana obozu. Skąd się wzięło i jaką tajemnicę kryje? Czemu ów biedny, niemy chłopiec został Hurbinkiem? Dlaczego wydawane przez niego dziwne odgłosy ułożyły się w to akurat słowo? Czy może inaczej: jakie uruchomiły u współwięźniów rejestry skojarzeń?

Primo Levi nie daje odpowiedzi, ale ja pozwalam sobie na następującą fantazję. Otóż imię Hurbinka było wielojęzycznym szczepem, w którym po dziś dzień słychać wszystko (poza urzędową niemczyzną), co miało znaczenie dla obozowego systemu komunikacji. Jest tu zdrobnienie i teologia, dziecięca echolalia i mnogość historycznego dziedzictwa. Jest prosty komunikat i rywalizacja języków. Jest wielość narzeczy, typowa dla tej historii. Pamiętajmy, opiekunkami Hurbinka były Polki, jego pierwszym i ostatnim nauczycielem ludzkiej mowy – Węgier, świadkami – Francuzi, Rosjanie, rozmawiający w jidysz Żydzi, sama relacja pochodzi od Włocha i zapisano ją w języku Dantego. W języku, w którym imię Hurbinka brzmi egzotycznie, jak imię własne, które odsyła do samego siebie. A co, gdyby je przetłumaczyć?

Posłuchajmy. Cóż jeśli Hurbinek to hebrajskie churban i jidyszowe churbn – słowo (pomińmy tu nieistotne oboczności ortograficzne wynikłe z nieprecyzyjnej transkrypcji i językowego zamętu), którym w żydowskiej tradycji określa się największe katastrofy dziejowe, zburzenie Świątyni, wygnanie z Hiszpanii, pogromy Chmielnickiego, a wreszcie Auschwitz i wszystko, co od drugiej wojny wiąże się z tą właśnie nazwą? Churbn – imię własne, imię przeznaczonego na zatratę, nadane przez samą śmierć, której był synem. Słychać w nim pieszczotę żydowskiej matki, ale brzmienie imienia w formie Churbinek jest obce, słowiańskie. Skąd ono? Z obozu. Od innych więźniów. Jest chyba do pomyślenia, że jidyszowy churbn otrzymał polską albo czeską końcówkę, tak aby żydowskie zdrobnienie lepiej mościło się w słowiańskich ustach? Żeby Churbn stał się Churbinkiem.

A co, jeśli było odwrotnie? Wyobraźmy to sobie: mały, kruchy chłopiec, bezbronny jak aniołek, a może (w wyobraźni chrześcijańskich więźniów) po prostu będący aniołkiem, przybyszem nie z tego świata. Jednym słowem cherubinek. Groźny anioł rodem z hebrajskiej Biblii, synagogalny cherub, w chrześcijańskiej ikonografii obecny pod postacią dziecka, polski cherubinek, który wskutek brzmieniowych skojarzeń i przekształceń stał się żydowskim churbinkiem. Wystarczyło podchwycić słowo, zmienić samogłoskę i oto był. Już nie Cherubinek, ale Churbinek. Katastrofek. Nieszczęśnik. Osobliwy żydowsko-słowiański szczep na samym dnie Auschwitz.

***

Piotr Paziński – pisarz, filozof, redaktor naczelny „Midrasza”, badacz związany z Uniwersytetem Muri im. Franza Kafki. Zajmował się „Ulissesem” Jamesa Joyce’a (książki „Labirynt i drzewo”, 2005 r., oraz przewodnik „Dublin z Ulissesem”, 2008 r.), następnie ogłosił dwa tomy własnej prozy: „Pensjonat” (2009 r.) i „Ptasie ulice” (2013 r.). A ostatnio – zbiór esejów „Rzeczywistość poprzecierana”. Laureat Paszportu POLITYKI i Europejskiej Nagrody Literackiej.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną