Społeczeństwo

Brakuje czasu. I żony

W świecie nauki mamy wciąż za mało kobiet

„Nie jestem entuzjastką kwot, ale myślę, że może należałoby w ten sposób przyspieszyć zmiany”. „Nie jestem entuzjastką kwot, ale myślę, że może należałoby w ten sposób przyspieszyć zmiany”. Rana Faure/Fuse / Getty Images
Prof. dr hab. Ewa Łojkowska o tym, dlaczego w nauce ciągle jest mniej kobiet niż mężczyzn.
Prof. dr hab. Ewa ŁojkowskaKrzysztof Mystkowski/KFP Prof. dr hab. Ewa Łojkowska

Joanna Cieśla: – Kobiecie trudniej jest zrobić karierę w nauce niż w biznesie czy życiu publicznym?
Ewa Łojkowska: – Trudności wszędzie są podobne, ale w nauce są bardziej widoczne, bo można wyraźniej zdefiniować kolejne etapy awansu naukowego – najpierw doktorat, potem habilitacja, profesura. I rzuca się w oczy, że na pierwszym etapie kobiet jest zdecydowanie więcej niż na kolejnych. Kobiety w Polsce, jak wiadomo, studiują częściej niż mężczyźni i także wśród doktorantów stanowią większość. W gronie pracowników uczelni ze stopniem doktora kobiety stanowią około 50 proc. Ale im wyższy etap, tym jest ich mniej. Wśród profesorów zwyczajnych – ledwie około 10 proc. Najczęściej tłumaczy się to wciąż jeszcze większym obciążeniem kobiet niż mężczyzn obowiązkami rodzinnymi.

Ale przecież to największe obciążenie przypada na czas, kiedy rodzą się dzieci – i robi się doktoraty.
Faktycznie, dziewczyny często rodzą dzieci w czasie robienia doktoratów albo wkrótce po ich uzyskaniu. I właśnie po urodzeniu postanawiają często odejść z nauki. Albo przerywają pracę na rok, dwa lata, trzy lub więcej. A im dłuższa przerwa – a coraz częściej decydują się na dłuższe przerwy – tym trudniej wrócić.

Kobiety robią dłuższe niż kiedyś przerwy związane z macierzyństwem?
Tak, kiedyś wracały do pracy po czterech–pięciu miesiącach. W ostatnich latach urlop macierzyński został wydłużony – to oferta, z której chcą skorzystać. Pewne znaczenie ma też poprawa poziomu życia w Polsce; wzrosły pensje – częściej niż kiedyś zarobki mężczyzny wystarczają na utrzymanie rodziny. A jednocześnie wymagania i obciążenia w każdej pracy się zwiększyły. Jeśli jedno z partnerów pracuje na 150 proc., to ktoś musi opanować dom.

Kariera naukowa kobiet obrywa rykoszetem za rozwój gospodarczy?
Tak bywa, choć przy w miarę równym rozłożeniu obowiązków rodzinnych między partnerów tak nie musi być.

Z czego żyje młoda pracowniczka nauki?
To zależy od tego, gdzie i na jakim stanowisku pracuje. Zwykle młodzi naukowcy są zatrudnieni na etatach naukowo-dydaktycznych (asystentów lub adiunktów), prowadzą zajęcia dla studentów i równolegle pracę badawczą. Ale od kilku lat można występować do Narodowego Centrum Nauki o tworzenie w ramach projektu badawczego nowych etatów dla pracowników naukowych. Takie osoby nie mają obciążeń dydaktycznych, prowadzą tylko badania.

Czy kobiety mają utrudniony dostęp do grantów?
Od początku działalności NCN – a to największa jednostka, która finansuje badania naukowe w Polsce – mężczyznom przyznano prawie 6,2 tys. grantów, kobietom – 4,5 tys. To zgadza się z proporcjami kobiet i mężczyzn pracujących w nauce. Mężczyźni uzyskali 2,8 mln zł, a kobiety – 1,5 mln.

Czyli granty mężczyzn są droższe.
Tak, nieco droższe. Wyjaśnieniem jest podobna prawidłowość przy uzyskiwaniu grantów, jak w zdobywaniu kolejnych stopni naukowych. Kobiety dostają więcej projektów skierowanych do najmłodszych pracowników naukowych, ale już na wyższych etapach naukowego rozwoju liczba grantów uzyskiwanych przez kobiety jest niższa niż liczba grantów uzyskiwanych przez mężczyzn. Finansowanie z programu Maestro dla najbardziej doświadczonych i zasłużonych badaczy dostało tylko 25 kobiet, a 140 mężczyzn, ale to i tak procentowo więcej niż odsetek kobiet wśród profesorów zwyczajnych. Jestem daleka od mówienia, że w NCN jest preferencja dla grantów składanych przez mężczyzn.

W takim razie po co przyznawać takie stypendia, jak L’Oréal Polska dla Kobiet i Nauki?
Ten program został pomyślany jako sposób wsparcia kobiet na etapie kończenia pracy doktorskiej albo habilitacyjnej, gdy obciążeń związanych z pracą naukową jest najwięcej. Laureatki mogą wydać te pieniądze, jakkolwiek chcą – pojechać na konferencję naukową, ale też na przykład zatrudnić opiekunkę do dziecka albo kogoś, kto załatwi choćby tak trywialną sprawę jak sprzątanie mieszkania. Pani prof. Anna Podhajska, która była inicjatorką tej nagrody, zawsze mówiła, że tym, czego kobietom najbardziej brakuje w karierze naukowej, jest żona. Dziś to ma inny wydźwięk niż 16 lat temu. Ale faktycznie chodzi o wsparcie kobiet w organizacji życia, umożliwienie jakiegoś drobnego luksusu – podarowanie dodatkowej chwili na czytanie literatury naukowej albo pięknej, bo to też rozwija.

Są głosy, że podobne programy mogą mieć faktycznie charakter dyskryminujący – oficjalnie faworyzując kobiety, traktują je jako wymagające specjalnego wsparcia.
Nie podzielam tych obaw, choć zwłaszcza w przeszłości też docierały do mnie głosy, że specjalna nagroda dla kobiet to stygmatyzacja. Fakty są jednak takie, iż kobiety wciąż jeszcze mają więcej pozanaukowych obciążeń niż mężczyźni. Z drugiej strony, takie programy pokazują dobre przykłady, przekonują, że kariera naukowa kobiet jest możliwa. A to, że laureatki nie dostają nagrody tylko dlatego, że są kobietami, ale za to, że wybitnie wykonują pracę naukową, najlepiej potwierdza fakt, iż w kolejnych latach uzyskują wiele innych prestiżowych wyróżnień, robią kariery naukowe, obejmują stanowiska kierownicze. 90 proc. naszych laureatek zostaje w nauce i zdobywa kolejne stopnie naukowe. Kilkanaście z nich uzyskało już tytuł naukowy profesora.

W raporcie „Piękne umysły – rola kobiet w świecie nauki” wyliczono, że w Warszawie funkcje rektorów pełni tylko 11 kobiet na 58 mężczyzn. W Krakowie z 24 uczelni jedynie trzy zarządzane są przez kobiety. Podobnie jest w całym kraju. Chciałaby pani być rektorem?
Nie wiem, czy jako biolog miałabym kompetencje do zarządzania największym pracodawcą w regionie – ponad tysiąc miejsc pracy, 30 tys. studentów, ogromny majątek. Ale obserwuję, że kobiety często mniej dążą do najwyższych stanowisk, nawet jeśli ewidentnie nadają się do ich pełnienia. Niekiedy wynika to z braku pewności siebie czy mentalności, to jednak też się zmienia. Wiele pań rezygnuje również dlatego, że realnie oceniają swoje możliwości czasowe. Choć pewnie rolę gra też taka kwestia, że panie rzadziej są do funkcji kierowniczych wskazywane, bo uważa się, że są mniej dyspozycyjne.

Pani była prodziekanem i dziekanem.
Kilkakrotnie zmieniałam miejsce pracy, miałam doświadczenia z różnych placówek, odbyłam długie staże podoktoranckie w USA i we Francji. Na początku lat 90. włączyłam się na Uniwersytecie Gdańskim w niezinstytucjonalizowaną pracę organizacyjną, to był intensywny czas rozwoju Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii UG i GUmed. Mój wybór na prodziekana był niejako skutkiem zaangażowania w ważnym projekcie edukacyjnym, finansowanym przez Komisję Europejską. Przez dwie kadencje pełniłam tę funkcję i jakoś udawało mi się łączyć zobowiązania, choć wtedy miałam znacznie mniejszy zespół niż dziś. Gdy później pojawiła się propozycja objęcia stanowiska dziekana, wahałam się, ale z perspektywy czasu jestem zadowolona z tego doświadczenia, a i wydział w trakcie pełnienia przeze mnie tego stanowiska miał wiele sukcesów. Choć po zakończeniu drugiej kadencji cieszyłam się też, że mogę wrócić do pracy naukowej. Liczba moich publikacji w roku po zakończeniu kadencji była znacznie większa niż w poprzednich latach.

I jak pani to godziła z obowiązkami rodzinnymi?
Mam dobry partnerski układ z moim mężem. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że kiedy nasza córka skończyła siedem lat i poszła do szkoły, ja wyjechałam na stypendium do Stanów na dwa lata. Było to dla nas wszystkich duże wyzwanie, ale potem się okazało, że po pół roku oni mogli przyjechać do mnie i znów byliśmy razem. Oczywiście spotkałam się z licznymi pytaniami, dlaczego jako kobieta zostawiłam 7-letnie dziecko? Czy to się bardzo odbiło na jego psychice? Odpowiadam: w ogóle się nie odbiło. Córka jest prawnikiem, partnerem w kancelarii prawnej, ma już dwójkę dzieci. Ale uważam, że to też ma wpływ na zaangażowanie kobiet w nauce, gdy wszyscy zadają podobne pytania. Mężczyzny raczej się nie pyta, jak mógł wyjechać na stypendium zagraniczne czy kontrakt i „zostawić rodzinę”.

Parlament Europejski w 2008 r. przyjął rezolucję, w której postulował, by w różnych naukowych ciałach decyzyjnych zapewnić co najmniej 40-proc. udział każdej płci. Potem ówczesna minister nauki Barbara Kudrycka na Kongresie Kobiet wysunęła pomysł, by również w Polsce wprowadzić kwoty w gremiach zarządzających nauką. Jak pani zapatruje się na podobne pomysły?
Nie jestem entuzjastką kwot, ale myślę, że może należałoby w ten sposób przyspieszyć zmiany. Bo one następują jednak bardzo powoli. Na części uczelni przyjęło się, że jeśli kobieta nie jest rektorem, to choć jeden z prorektorów powinien być kobietą. Jak patrzę na skład rad wydziałów – u nas czy na wydziale chemii – to widzę, że jeszcze pięć lat temu na chemii nie było pań po habilitacji, a w tej chwili jest już kilka; podwoiła się liczba kobiet z habilitacją na moim wydziale. Ale w Polskiej Akademii Nauk kobiet jest poniżej 1 proc.! W Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów, w prezydium, wśród przewodniczących sekcji nie ma ani jednej kobiety. Wśród członków Sekcji III nauk biologicznych, rolniczych, leśnych i weterynaryjnych jest 28 panów i 5 pań. W Komitecie Biotechnologii PAN jest 8 kobiet i 32 mężczyzn. W bardzo wielu gremiach, w których uczestniczę, jestem albo jedyną kobietą, albo w wyraźnej mniejszości.

Kto traci na nieobecności kobiet w nauce?
Poza samymi kobietami? Nauka. Zespoły badawcze zróżnicowane pod względem płci, wieku i kompetencji są bardziej zaangażowane oraz kreatywne. Wypadają lepiej nawet przy wspólnym rozwiązywaniu testów na inteligencję. Mnie akurat niezręcznie o tym mówić, bo w moim zespole pracują niemal same kobiety. Ale to skutek wyboru przez panie niektórych specjalności; podobne specjalności są domeną kobiet także w innych krajach.

Poza tym niektóre obszary, zwłaszcza te związane z kobiecym doświadczeniem, pozostawały nieodkryte, dopóki nie zainteresowały się nimi badaczki, by wspomnieć choćby o takim zagadnieniu jak dziedziczenie raka piersi. Ale znaczenie mają też straty na bardziej ogólnym poziomie – skoro tak wiele kobiet kończy studia, a potem robi doktoraty, to gdyby dalej podążały ścieżką naukową, mogłyby przeprowadzić mnóstwo przełomowych badań, rozwiązać liczne problemy. Przez to, że znikają, nauka traci ogromny potencjał.

rozmawiała Joanna Cieśla

***

Prof. dr hab. Ewa Łojkowska pracuje w Międzyuczelnianym Wydziale Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Należy do najbardziej znanych i cenionych polskich biotechnologów roślin. Przewodniczy jury konkursu L’Oréal dla Kobiet i Nauki.

Polityka 21.2016 (3060) z dnia 17.05.2016; Społeczeństwo; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Brakuje czasu. I żony"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną