W Polsce brakuje dawców organów

Przeszczepy w zapaści
Mimo spektakularnego sukcesu pod koniec wakacji, kiedy w klinice w Zabrzu przeszczepiono w ciągu 8 dni 9 serc, widać wyraźnie, że polska transplantologia dołuje. Czy nowelizacja ustawy transplantacyjnej zdoła uzdrowić sytuację?
W 2012 r. pobrano narządy od 615 dawców, a w ubiegłym od zaledwie 526. O jedną szóstą mniej.
lenecnikolai/PantherMedia

W 2012 r. pobrano narządy od 615 dawców, a w ubiegłym od zaledwie 526. O jedną szóstą mniej.

Paradoksalnie w Polsce brakuje nie tylko dawców, ale i przygotowanych do przeszczepu biorców.
123 RF

Paradoksalnie w Polsce brakuje nie tylko dawców, ale i przygotowanych do przeszczepu biorców.

Nad biurkiem jednego z najbardziej znanych polskich transplantologów wisi plakat. Na tle ceglanego muru młoda dziewczyna w kostiumie kąpielowym, a właściwie jej opalony brzuch, twarzy nie widać. W lekko ugiętych rękach, na wysokości nerek, trzyma przełamaną na pół cegłę: „Oddaję, bo kocham”. Zdjęcie na tle ceglanej ściany starej stodoły robił sam profesor, który nie ma za dużo czasu, le ponieważ z transplantacjami, a właściwie z dawcami, jest źle i coraz gorzej, nie może zajmować się wyłącznie swoimi pacjentami. Robi, co może, by promować ideę przeszczepów. W czerwcu z inicjatywy środowiska transplantologów powołano The Polish Society for Organ Donation (PSOD), które zrzesza specjalistów związanych z transplantologią. Tych, którzy przeszczepiają, ale przede wszystkim anestezjologów, neurochirurgów, kardiologów, neurologów, nefrologów, czyli lekarzy, od których zależna jest donacja oraz zgłoszenie potencjalnego biorcy. A ponieważ na potęgę brakuje dawców, profesor ima się wszystkiego.

Żniwo po dr. G.

Statystyki Poltransplantu są nieubłagane. W 2012 r. pobrano narządy od 615 dawców, a w ubiegłym od zaledwie 526. O jedną szóstą mniej. Spadła również liczba wszystkich wykonywanych przeszczepów: z 1546 w 2012 r. do 1432 w 2015 r. Tendencja spadkowa utrzymuje się już trzeci rok. Tymczasem wieloletni Narodowy Programu Rozwoju Medycyny Transplantacyjnej na lata 2011–20 zakładał wzrost ilości przeszczepów. Od dawców zmarłych o 100 proc., a od dawców żywych aż o 500 proc. To wydaje się dużo, ale w rzeczywistości poprzeczkę i tak ustawiono bardzo nisko. Gdyby udało się w 100 proc. zrealizować te założenia, to zgodnie z nimi Polska w 2020 r. osiągnąć miała pułap, na którym Białoruś i Ukraina znalazły się w 2013 r.

Katastrofalnie jest z przeszczepami od dawców żywych. W 2015 r. przekazano 60 nerek oraz 22 fragmenty wątroby. Tego typu operacje, optymalne dla biorcy i najmniej kontrowersyjne ze względów etycznych, stanowiły zaledwie 5 proc. wszystkich transplantacji wykonywanych w Polsce, podczas gdy np. w Holandii to aż 50 proc. U nas najbezpieczniejszych operacji wykonuje się zdumiewająco mało.

A dzieje się tak mimo wydatkowania niemałych pieniędzy. Realizacja programu w 2011 r. (ostatnie dostępne dane) kosztowała 45 mln zł. Można przypuszczać, że w następnych latach wydano więcej, bo startowano z poziomu niecałych 12 mln zł, a na 10-letni program przeznaczono w sumie 450 mln zł. Za te pieniądze zbudowano m.in. system koordynatorów pobierania i przeszczepiania komórek, tkanek i narządów. W 2010 r. Ministerstwo Zdrowia zatrudniało zaledwie pięciu koordynatorów, cztery lata później już 251. Prawie 2 mln zł wydano na promocję Narodowego Programu Rozwoju Medycyny Transplantacyjnej. W mediach o przeszczepach jest głośno, badania opinii publicznej pokazują, że Polacy w większości akceptują ideę dzielenia się narządami zarówno za życia, jak i po śmierci – ale to też nie zapobiegło zapaści.

Kryzys zaczął się w 2007 r., po słynnej sprawie dr. G., szefa Kliniki Kardiochirurgii Centralnego Szpitala Klinicznego Stołecznego Zarządu Zdrowia MSWiA w Warszawie, oskarżanego przed kamerami przez ówczesnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę. To, że sąd uniewinnił lekarza, oddalił większość zarzutów (w tym wszystkie poważne) i krytycznie ocenił metody działania CBA i prokuratury jako budzące skojarzenia z metodami z czasów stalinizmu, niewiele pomogło. Widok lekarza, który przeszczepiał najwięcej serc w Warszawie, wyprowadzanego w kajdankach z kliniki przez funkcjonariuszy CBA sprawił, że na 2–3 lata transplantacje zamarły, a pacjenci czekający na organy po prostu umierali.

Jednak obecnej zapaści transplantolodzy raczej nie wiążą z powrotem na stanowisko Zbigniewa Ziobry. Nie ma takiej atmosfery strachu jak wtedy, minister nie wypowiedział się ani razu w sprawie lekarzy – nawet jeśli intensyfikacja działań krakowskiej prokuratury w sprawie śmierci ojca ministra nie sprzyja spokojowi medyków. Spadek przeszczepów na skutek mniejszej ilości narządów do transplantacji zaczął się, jeszcze zanim PiS przejął władzę.

Chodzi raczej o brak systemowych działań promocyjnych transplantologii, inicjowanych i koordynowanych przez ministerstwo – ale nie w społeczeństwie, a wśród samych lekarzy. Anestezjologów, neurochirurgów, neurologów, kardiologów, którym umierają pacjenci mogący być potencjalnymi dawcami – jednak się nimi nie stają. Nie dlatego, że zastrzegli swoją niezgodę w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów lub że na pobranie narządów nie zgadza się rodzina (formalnie i prawnie nie ma to żadnego znaczenia, ale w praktyce odstępuje się wówczas od pobrania), ale dlatego, że opieka nad dawcą to czasochłonna i skomplikowana procedura, do której nikt lekarza nie zachęca, nie ułatwia mu zadania.

W centrum Kardiologii w Aninie przed kilku laty czekało na przeszczep serca dwóch młodych mężczyzn. Podobny wiek, ta sama rzadka grupa krwi, obaj na wspomaganiu serca. Zaprzyjaźnili się i jedna z komercyjnych telewizji zrobiła o nich reportaż. – W ciągu tygodnia od emisji obaj zostali przeszczepieni – mówi dr Adam Parulski, kardiochirurg przeszczepiający serca w podwarszawskim Centrum Kardiologii w Aninie. – Jeden dostał serce z ośrodka, z którego nigdy wcześniej nie zgłoszono dawcy. Dr Parulski rozmawiał z lekarzem, który zgłaszał do Poltransplantu potencjalnego dawcę. Mieli na intensywnej terapii pacjenta z podejrzeniem śmierci mózgu. Żona, poinformowana o sytuacji, sama powiedziała lekarzom, że jeżeli próby potwierdzą zgon, to chciałaby, żeby zgłosić męża serce do przeszczepu – i żeby je dostał jeden z bohaterów reportażu. Jak widać – można.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną