Dlaczego istotne wartości społeczne tracą na znaczeniu?

Koniec jeszcze się nie zaczął
Czy polska transformacja, demokracja, świeckie państwo, otwarta gospodarka dobiegły kresu? Doszliśmy do punktu zwrotnego? Oto kilka pytań z wiedzy o naszym społeczeństwie.
VII Dożynki Powiatowe w Sejnach, wrzesień 2015 r.
Andrzej Sidor/Forum

VII Dożynki Powiatowe w Sejnach, wrzesień 2015 r.

Marsz niepodległości i pamięci ku czci ofiar stanu wojennego, zorganizowany przez środowiska związane z PiS i „Gazetą Polską”, 13 grudnia 2011 r.
Filip Klimaszewski/Agencja Gazeta

Marsz niepodległości i pamięci ku czci ofiar stanu wojennego, zorganizowany przez środowiska związane z PiS i „Gazetą Polską”, 13 grudnia 2011 r.

14-metrowy pomnik Jana Pawła II w częstochowskim Parku Miniatur Sakralnych
Michał Dyjuk/Reporter

14-metrowy pomnik Jana Pawła II w częstochowskim Parku Miniatur Sakralnych

audio

AudioPolityka Ewa Wilk - Koniec jeszcze się nie zaczął

Często można dziś odnieść wrażenie, że propaganda PiS, przedstawiająca minione ćwierćwiecze jako pasmo błędów i porażek, złodziejstwa i zaprzaństwa, kładzie się czarną chmurą na nastrojach społecznych, na ocenie tego, co Polsce przez ten czas udało się osiągnąć, oraz na wizjach przyszłości. Ten fatalizm jakby przygniatał również oponentów obecnej władzy. Owszem, wyjście z trąbką czy parasolką na ulice od czasu do czasu dodaje im ducha, lecz natychmiast gaszą go kolejne „reformatorskie” poczynania, nieoszczędzające przecież żadnej sfery życia zbiorowego – od instytucji politycznych po programy szkolne, od strategii gospodarczej po niedzielną obyczajowość.

Czy pokojowa rewolucja miała tak kruche oparcie w społeczeństwie, tak nieznacznie je w gruncie rzeczy odmieniła, by wolą jednego człowieka nasz prężny, europejski kraj zawrócić w peryferyjne koleiny? Czy w miejsce dojrzałej świadomości historycznej władza skutecznie wdrukuje obywatelom (zwłaszcza młodym) mesjanistyczne sny o potędze? Czy państwo świeckie ustąpi światopoglądowemu dyktatowi jednego wyznania i Kościoła? Czy to już kres liberalnej demokracji i wolności rynkowej – kulawych, obarczonych chorobami młodego wieku, jednak racjonalnych porządków, jakim nasz kraj starał się poddać życie polityczne i gospodarcze?

Pytania te unosiły się nad niedawnym, niebanalnym zgromadzeniem badaczy społecznych, dla którego pretekstem był jubileusz 60-lecia Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Profesorowie, m.in. Andrzej Rychard, Henryk Domański, Jadwiga Staniszkis, Andrzej Leder, Dariusz Gawin i Zbigniew Mikołejko, przygotowali zbiorowy wykład z wiedzy o społeczeństwie. Z tej właśnie konferencji pochodzą cytaty w artykule. Idąc tropami poddanymi przez badaczy, zestawiamy kilka dość powszechnych obaw ze społecznymi realiami.

Koniec ewolucji społecznej?

Nowa władza, żywiąc się poczuciem rozmaitych krzywd i zaniedbań, co jest udziałem sporej liczby Polaków, atakuje elity i składa mglistą obietnicę jakiejś nowej inżynierii społecznej: zbudowania od dołu prawdziwej klasy średniej.

Problem, że klasa średnia w Polsce cały czas się budowała. Prof. Henryk Domański, który od lat śledzi tzw. stratyfikację społeczną, wymienia najistotniejsze zmiany, jakie zaszły od końca lat 80.: odsetek rolników spadł z 23 do 11 proc., liczebność robotników – z 25 do 16 proc. Przybyło właścicieli przedsiębiorstw z 3 proc. (jeśli chodzi o kraje komunistyczne, to w Polsce i tak było ich najwięcej) do 8–9 proc. (to więcej niż średnia w Europie), a ogromna część tej kategorii społecznej pochodzi właśnie „z dołu” – ze środowisk rolniczych, robotniczych (aż 40 proc. polskich przedsiębiorców z lat 90. wcześniej było robotnikami), niższej warstwy urzędniczej. Niebywale wzrosła – także poprzez awans od dołu – liczebność tej kategorii, która lokuje się w środku hierarchii społecznej: pracowników handlu i usług – z 7 do 16 proc. Wzmacniała się również i liczebnie, i finansowo kategoria inteligentów i specjalistów – lekarzy, prawników, menedżerów, inżynierów, twórców itd. – nazywana merytokracją, choć tu akurat nie osiągnęliśmy jeszcze średniej zachodnioeuropejskiej (ponad 20 proc.). Sposobem awansu do tej charakterystycznej dla naszych czasów klasy średniej było wykształcenie.

Jak przekonuje prof. Domański, by ten zdrowy mechanizm działał, konieczna jest stała, wyraźna zależność między wykształceniem a zarobkami – jeśli jej nie ma, mówi, system się wali. I faktycznie, ta maszyneria zaczęła się zacinać już w latach 90., by nieomal stanąć około 2005 r. O ile z dyplomem zarabia się wciąż więcej niż bez dyplomu (jak to określa uczony, magister w ostatecznym rachunku wciąż się opłaca), o tyle osiągnięcie wysokiej pozycji zawodowej nie jest już łatwe.

Problem, rzecz jasna, w inflacji wyższego wykształcenia. Od 1978 do 2015 r. liczba prestiżowych stanowisk, a więc – by tak rzec – popyt na szefów utrzymywał się na poziomie 8–10 proc. A posiadaczy dyplomów przybyło z 7 proc. populacji pod koniec PRL do 20 proc. obecnie. Co gorsza, osiągnięcie wysokiej pozycji zawodowej wciąż mocno zależy od pochodzenia społecznego. W badaniach ujawnia się wyraźnie efekt, który można było przewidzieć lata temu, kiedy młodzież z prowincji, biedniejszych kulturowo i materialnie środowisk, padała ofiarą rozmaitych szkół wyższych, gdzie za grube pieniądze zostawała magistrami – jak się utarło mówić – tego i owego. To stworzyło sytuację społecznego kotła, pod którego pokrywką wrą aspiracje. Prof. Jadwiga Staniszkis sugeruje, że owa para dziś znajduje ujście: skoro rynkowa wartość wykształcenia maleje, to furda z wykształceniem, lepiej piąć się po szczeblach kariery w instytucjach państwowych, manifestując wierność wobec partii i lojalność wobec władzy. Upartyjnienie państwa, szafowanie posadami z klucza, tworzy zaś wielką pokusę dla oportunizmu.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną