Społeczeństwo

Emigrantki trzeciego wieku

Polskie seniorki z pracy za granicą utrzymują całe rodziny

Praca jest na 24 godziny na dobę, 11 miesięcy w roku, z przerwą na święta w Polsce. Praca jest na 24 godziny na dobę, 11 miesięcy w roku, z przerwą na święta w Polsce. Marco Scarfogliero/EyeEm / Getty Images
Wyjazdy zarobkowe nie są już tylko przywilejem młodych. Polskie emerytki poszły ich śladem.
Pani lubi, jak jest posprzątane, podłogi błyszczą, a na stole nie ma żadnego okruszka.peterograd99/PantherMedia Pani lubi, jak jest posprzątane, podłogi błyszczą, a na stole nie ma żadnego okruszka.

Artykuł w wersji audio

Jest niedziela. Włoskie Avellino powoli budzi się ze snu. Ale dzień też będzie senny, jak zwykle. – Był 2012 r., zima, Anka z sąsiedniej klatki wyjechała – wspomina Krystyna, 65-latka z Polski, od trzech lat na emigracji. – Dokąd? Wtedy dokładnie nie wiedziałam, ale zaczęłam szukać, dowiadywać się. Okazało się, że Anka pracuje w Neapolu. A że widziałam wszystko z kuchennego okna, z czwartego piętra, firaneczkę tylko delikatnie odsunęłam, od razu ją na wiosnę wypatrzyłam, jak tylko wróciła, i zaraz wypytałam, jak zorganizować wyjazd.

Teraz więc i pani Krystyna siedzi w Avellino nieopodal Neapolu pomiędzy czterema koleżankami, na drewnianej ławeczce. Obok Olga (lat 63), Ukrainka Luba (65) i Ewa (68). Są badante, opiekunkami osób starszych. Wszystkie zdecydowały się na wyjazd późno, tuż przed albo na emeryturze. Pracują w Avellino. – Już trzy lata, a mąż wciąż obrażony – opowiada Krystyna. – Chociaż teraz to już pewnie udaje, bo nie powiem, trochę lepiej żyć się zaczęło. Ale jak ciut wypije, to zaraz rozpowiada po rodzinie, że starej babie się zagranicy zachciało, zamiast domu pilnować. A ja tylko chciałam, żeby naszym dzieciom było lepiej...

Krystyna

Krystyna ma w Polsce męża i dwie córki, jedna jest po rozwodzie i ledwo sobie radzi. Wnuki potrzebują pomocy. Dlatego ona wciąż jest we Włoszech. Pracuje siedem dni w tygodniu. Niedziela to niby dzień odpoczynku, ale już wieczorem musi wrócić do swojej pani. Koleżanki mówią, że ma szczęście: jej pani nigdy głośno nie narzeka. Praca jest na 24 godziny na dobę, 11 miesięcy w roku, z przerwą na święta w Polsce. Czy pani Eleonora umyła już zęby? Czy zjadła całe śniadanie? Nie smakuje? To przygotujemy coś innego. Czy się wykąpała? Czy wszystkie zapalniczki w domu pochowane? Czy nie zmarznie w letniej sukience? Znowu głodna? Z toalety chce skorzystać? O lekarstwach niech nie zapomni! – Najgorsza udręka jest z tymi zapalniczkami! – opowiada. – Raz nie dopilnowałam pani Eleonory, to ognisko w łóżku rozpaliła! Teraz sama jej podpalam papierosy, a kurzy jak chłop!

Pani Eleonora nie mówi, nie reaguje na polecenia, ale szybko przyzwyczaja się do ludzi. 20 lat temu uciekła z rodzinnego domu, znaleźli ją przemarzniętą po tygodniu. Od tamtej pory nie odezwała się ani słowem. Mieszkają we dwie w czteropokojowym, ciemnym mieszkaniu (wiecznie przymknięte okiennice, niezależnie od pory dnia i roku). Siostra pani Eleonory odwiedza ją co niedzielę. Spacerują po głównym deptaku Corso Vittorio Emanuele raz w jedną, raz w drugą stronę, 1200 m. Wtedy Krystyna ma wolne.

Niedziela to także dzień rozliczenia: ile pani Krysia wydała w ostatnim tygodniu (musi wszystko zapisywać), na czym mogłaby zaoszczędzić – sprawdza siostra Eleonory. Zostawia co tydzień pieniądze na bieżące wydatki, a raz w miesiącu przychodzi z wypłatą: 800 euro. Pani Krysia 700 euro wysyła do Polski. – Za dach nad głową nie płacę, to, czego Eleonora nie zje – wieczorem sobie odgrzeję, a z Polski krzyżówek nawiozę! – opowiada. – Od razu człowiekowi głowa odpoczywa, tęsknić przestaje. I umysł się ćwiczy. A w moim wieku to głowę trzeba ćwiczyć bardziej niż mięśnie.

Niedzielne spotkania na ławeczce z koleżankami to po krzyżówkach największa rozrywka pani Krysi. To czas tylko dla nich: wspólnie tęsknią za rodziną, śmieją się, popłakują. Są dla siebie wsparciem. Dumne z siebie, że są tymi, bez których rodzina by sobie nie poradziła.

Olga

Zostawiła w domu męża i trzech synów. Ale najbardziej tęskni za wnuczkami. Co miesiąc wysyła im pieniądze. Odwiedza ich dwa razy w roku: na Boże Narodzenie i w czerwcu. Jej wakacje trwają dwa tygodnie. Przywozi też prezenty: trochę ubrań, jakąś płytę z bazaru. No i to, co dostanie od swojej pani, jeśli tylko ta ma dobry humor. Gorzej, gdy pani zapomina, co podarowała i zaczyna pytać, gdzie ten koc w czerwone róże? A Olga już rok temu powiozła go do siebie.

– Praca ciężka, ale dach nad głową jest – przedtem Olga była szwaczką, pieniędzy nie było za dużo. – Mąż stracił pracę. Dobry człowiek, ale się od tego pochorował. Olga przez długi czas była bezrobotna. Pewnego dnia synowa przeczytała w internecie, że we Włoszech szukają opiekunek. 60-latka długo się nie zastanawiała. Założyła, że na początku pojedzie na próbę: nie spodoba się, to wróci. Okazało się, że wrócić jest trudno, szczególnie jak się człowiek do czegoś zobowiąże. – Nogi puchną, lata już nie te, ale pracować trzeba. Z emerytury to nam z mężem na lekarstwa nie wystarcza. A jak szybciej przez to umrę, to chociaż na trumnę będzie. Piękny pogrzeb mi za te pieniądze urządzą – opowiada.

Olga pracuje u jednej z najbogatszych rodzin w Avellino. Przed ich willą z basenem stoi sześć samochodów, w tym białe audi 90-letniej pani Mariny, którą Olga się opiekuje. Starsza pani prawie nie chodzi, ledwo co słyszy. Olga nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek używał jej samochodu, choć pracuje u nich od czterech lat. Opowiada o kolacjach, podczas których nie ma prawa ani wychylać się z pokoju, ani schodzić ze swojego piętra do salonu. Od kucharek wie, że goście to politycy, czasami rozpoznają wśród nich kogoś z telewizji. – W salonie na kredensie stoi zdjęcie syna mojej pani, ściska na nim dłoń Berlusconiego – opowiada. – Cała rodzina pęka z dumy.

Nie wiadomo, jaką dokładnie emeryturę dostaje pani Marina, u której pracuje Olga. Kucharki ze skwerku mówią, że jest wśród tzw. złotych emerytów. To grupa ponad 700 tys. Włochów, których średnia emerytura wynosi ponad 4 tys. euro. Olga zarabia 880 euro miesięcznie, ma zapewniony dach nad głową. Nie jest ubezpieczona.

Luba

Jest Ukrainką. Całe życie prowadziła gospodarstwo w podlwowskich Sokolnikach. Ciężka praca na polu przynosiła jej zadowolenie, ale nie pieniądze. Dom to dwa ciasne pokoje, zapadnięty dach, wychodek za stodołą. Mąż przez całe życie nadużywał alkoholu. – Do dziś pije, ale przynajmniej nie widzę – mówi. Ma dwóch synów. To dla nich zdecydowała się na wyjazd do Avellino. Zresztą nie tylko ona. Szacuje się, że we Włoszech pracuje 200 tys. Ukraińców. Większość nielegalnie. – Pracę złapałam od razu. Bez żadnych papierów, żadnego podpisywania. Trzeba jednak przyznać, że Włosi nas chcą. No, bo która Włoszka by do takiej pracy poszła? W szpilkach by pampersy zmieniała? Za 200 euro tygodniowo? – mówi Luba. Opiekuje się panią Silvią. Są rówieśniczkami. Od dziewczyn z ławeczki wie, że jest jej czwartą czy piątą badante z kolei w ciągu ostatnich lat, bo nie jest łatwo wytrzymać z panią Silvią.

Pani lubi, jak jest posprzątane, podłogi błyszczą, a na stole nie ma żadnego okruszka. Całymi dniami chodzi i sprawdza, czy na pewno wszystko lśni. Używa do tego specjalnej ściereczki. Z domu sama nie wychodzi, ma zaniki pamięci. Jej córka zatrudniła Lubę: do pilnowania godzin posiłków i przyjmowania tabletek, do wspólnych spacerów i zakupów, do sprzątania i gotowania, do układania do snu. Pani Silvia bardzo dużo mówi, słuchać nie lubi.

Mieszkają w stumetrowym słonecznym mieszkaniu na siódmym piętrze w jednym z charakterystycznych bloków w samym centrum Avellino. Blok jest ogromny, 10-piętrowy. Zbudowany w latach 60., szary i brzydki. Ma cztery przestronne klatki schodowe. Winda w bloku jest na pieniądze. Nie wydaje reszty. Wrzucasz dwa centy i jedziesz. Oczywiście zawsze masz wybór, możesz wejść po schodach. – Z góry to ja wolę schodzić, żeby z tej windy za często nie korzystać. Już nie chodzi o te dwa centy, choć kiedyś wyliczyłam, ile w roku mi na to pieniędzy idzie. Ze 30 euro! – opowiada Luba. Bardziej od wydawania pieniędzy przeszkadza Lubie to, że na parterze przy wejściu do windy musi minąć drzwi do małego pomieszczenia, dawniej gospodarczego. Woli tego unikać. – Ile ono może mieć, ze dwa metry na dwa? Tam kiedyś mopa i szczotki trzymali. A teraz tylko płacz stamtąd słychać. Jak te kobiety z Afryki dziecko urodzą, to tam chodzą: odpocząć chwilę, przespać się, ogrzać. Wtedy dziękuję Bogu, że mam gdzie spać, co jeść. Przestaję narzekać.

Ewa

A ja to już prawie stąd jestem – wtrąca pani Ewa. Od 10 lat mieszka w Avellino, jako jedyna z koleżanek z ławki dobrze mówi po włosku. Przyjechała z Katowic w poszukiwaniu syna, który wyjechał do pracy. Przez pierwszy rok nie dawał znaku życia, a gdy w końcu zadzwonił, tak bełkotał, że nie była w stanie go zrozumieć. Spakowała dwie plastikowe torby, mężowi zapaliła znicze na grobie („do dziś sąsiadce 20 zł wysyłam, żeby chociaż jaki kwiatek położyła, liście zmiotła na jesieni”) i ruszyła w drogę.

Mimo że Avellino liczy 55 tys. osób, Ewa bardzo szybko odnalazła syna. Na ulicy język włoski miesza się z polskim i ukraińskim. Zaczepiła przypadkową Polkę – i tak trafiła na ławeczkę. Sąsiadki z ławki skojarzyły nazwisko. Dały adres, Ewa zapukała, otworzył syn.

Pierwsze, co zrobiła, to pootwierała okna. Wysprzątała puszki po piwie. Jerzy, syn Ewy, kawaler lat 43, prosi, by mówić mu Luigi. Imię zmienił, żeby go bardziej szanowali. Do Avellino przyjechał już w 2005 r., dorobić przy zbieraniu kasztanów. Pozbierał dwa tygodnie i stwierdził, że „jak Murzyn pracować nie będzie”. Nie pasowało mu również towarzystwo. – Arabusy i czarne, psia jego mać! To wolałem już do Neapolu na stację podjechać, poprosić o euro i tak się dociągnęło rok, aż mnie matka znalazła. Teraz to ona pracuje, ja nie mogę: serce mam chore. Nie raz już po mnie karetka przyjeżdżała. Pić, już nie piję, wszystkie przyjemności choroba zabrała – Jurek/Luigi porusza się z trudnością, długo dobiera słowa.

Na ławeczkę przyszedł po matkę, powiedzieć, że już głodny. – Do Polski się nie wybieram. Matkę mam na miejscu, trochę pieniędzy do domu przynosi. Jak zgłodnieję, to sobie kupię makaron, kilo za 25 centów, do tego sos pomodoro i nawet jednej eurozłotówki nie wydam. Ja mierzę metr i sześćdziesiąt centymetrów, ja dużo jeść nie muszę – opowiada, i woła: – No chodź, matka!

Tego dnia siedzą we cztery. Czasem bywa ciaśniej. Na ławeczkę w Avellino przychodzi w niedziele kilkanaście kobiet z Polski i Ukrainy. Zdecydowana większość po sześćdziesiątce.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Amazońska dżungla płonie, świat nie reaguje

Trwa najgorszy w historii okres pod względem pożarów w amazońskiej dżungli. Las pali się w rekordowym tempie – od ubiegłego czwartku zlokalizowano co najmniej 9500 pojedynczych wybuchów ognia.

Mateusz Mazzini
22.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną