Społeczeństwo

Plaża z klasą

Jak nad Bałtykiem prezentują się różnice klasowe Polaków

Ekskluzywna plaża w Gdańsku Ekskluzywna plaża w Gdańsku Aleksiej Witwicki / Forum
Leżanki plażowe po 150 zł za dzień, a parę metrów dalej na matach i ręcznikach ci, którzy tyle płacą za kwaterę dla dwóch–trzech osób. Oto spotkanie klas społecznych nad Bałtykiem.
Tradycyjny parawaning we WładysławowieWojciech Stróżyk/Reporter Tradycyjny parawaning we Władysławowie
W Sopocie stawiają na elitarny charakter, ale niekoniecznie elitarny finansowo.Łukasz Dejnarowicz/Forum W Sopocie stawiają na elitarny charakter, ale niekoniecznie elitarny finansowo.

Kurorty nadmorskie to główny kierunek letnich wyjazdów; wybiera je dwie trzecie Polaków. Coraz bardziej pękają w szwach. Na całej długości wybrzeża rosną nowe hotele, apartamentowce, pensjonaty, rozbudowują się stare. Wszyscy chcą na plażę. Plażowa nagość więcej zasłania, niż odsłania. Nikt nie ma wypisane na ciele, kim jest, ile ma w portfelu. Plaża zrównuje. Różnicują dopiero ceny noclegów, z których wczasowicz korzysta, a w ostatnich latach także jakość leżaków na wynajem.

Braki w górnej półce

Cena leżaków pod Grand Hotelem w Sopocie w tym roku pobiła kolejny rekord – 150 zł za dzień (na godziny nie można ich wypożyczyć). Wojciech Fułek, sopocki radny, lider ugrupowania Kocham Sopot i po trosze kronikarz kurortu, wspomina, że sopocka plaża była enklawą luksusu i za komuny. Choć mówiło się wtedy, że wybrzeże jest dla ludu pracującego, to dwie z plaż – przy Grand Hotelu i przy Łazienkach Południowych – były ogrodzone i płatne. Bilet kosztował niedużo, chyba złotówkę, ale plaża przy Grandzie uchodziła za bardziej elitarną, bo łatwo było tam spotkać artystów, pisarzy z pobliskiego domu pracy twórczej ZAiKS. Płot na kilka metrów wcinał się w morze. – Jakoś nikogo to nie raziło – mówi Fułek. – To świadczyło nie tyle o statusie, ile przydawało lekkiej elitarności. Nobilitowało. Żywiołowy rozwój Sopotu w stronę lokali gastronomicznych na każdą kieszeń jest tej elitarności zaprzeczeniem. Ilość nie przeradza się w jakość. Natomiast ekskluzywne hotele wymuszają pewne standardy.

Dziś o wcinaniu się płotu w morze nie ma mowy, bo przylegający do wody pas piasku musi być ogólnodostępny. Za nim zaczynają się ogrodzenia plaż, które miasto wydzierżawiło hotelom i barom. Sheraton swój kawałek z niewielkim wejściem od morza oznakował tablicą „Plaża prywatna. Private beach”, Grand Hotel umieścił informację, że to miejsce dla jego gości. Zgodnie z prawem także na hotelową plażę wejść może każdy, jednak nie widać chętnych, żeby rozłożyć się z ręcznikiem lub matą pośród rzędów leżanek z materacami i parasolami. Za to leżaki mają zaskakujące wzięcie. Dla gości Grand Hotelu leżanki są bezpłatne, osoby z zewnątrz muszą płacić. Są jeszcze namioty dla złaknionych cienia (po 300 zł za dzień). Tym, co można potraktować jako luksus, nieznany zwykłym wypożyczalniom leżanek (cena 20 zł za dzień, 10 za pół dnia), są materace, prane po każdym użyciu. Podobnie (choć nieco taniej) jest na plaży przy Sheratonie.

Mit 500+

Chętnych do płacenia nie brakuje, w upalne dni brakuje za to leżaków dla gości hotelowych. Z nadmiaru popytu tym, którzy przyjdą później, mości się nawet lekko uszkodzone łoża. A gdy ich także zabraknie, wydaje się pufy i rozkładane leżaki drewniano-płócienne (po 25 zł dla osób z zewnątrz). Niektórzy goście hotelowi zrywają się jeszcze przed ósmą, na godzinę przed otwarciem plaży, by zająć coś dla siebie. W końcu na elitarnych plażach robi się tak ciasno, że goście hotelowi z drewnianymi leżakami wychodzą na plażę publiczną, pomiędzy maty, parawany i ręczniki, gdzie przestrzeni jest nieporównanie więcej.

Plaże przyhotelowe są stonowane. Utrzymane w bieli i écru, podobnie jak bary. Publiczne piaski to ich przeciwieństwo – feeria kolorów i wzorów. Widać luzaków i wielbłądy taszczące spory ekwipunek: wózek z dzieckiem, namiocik (– Instrukcja była taka, że nie udało się ani rozłożyć, ani złożyć – skarży się jeden z tatusiów), parawan (jeden lub więcej), parasol (jeden lub więcej), maty, dmuchane zabawki, picie i jadło (czasem w przenośnych chłodziarkach).

Ewa z Aleksandrowa Kujawskiego, sprzedawczyni, przyjechała z dwójką dzieci w wieku szkolnym, które wychowuje samotnie. Choć do zamożnych nie należą, Ewa rokrocznie jeździ z dziećmi nad morze, bo potem dzieci nie chorują. Byli w Dąbkach, Jarosławcu, Ustce, a ostatnio kilkakrotnie w Gdańsku. Wynajmowali tam 2-pokojowe mieszkanie, po 150 zł za dobę. Do plaży (Stogi albo Brzeźno) dojeżdżali. W Sopocie 180 zł za dobę kosztował ich pokój z dostępem do kuchni i łazienki, w 4-pokojowym mieszkaniu, dość daleko od plaży. Inny pokój, mikroskopijny, właściciel wynajmował jako dwójkę za 100 zł. Śniadania i kolacje Ewa robiła w domu, obiady jedli na ogół na mieście, ale w miarę możliwości tanio. Na kwaterze do łazienki i kuchni było w sumie 10 osób, czyli nielekko, ale dzieciom się Sopot spodobał – że ładna zieleń, parki, fontanny, czysto. Ewa poznała tutaj panią, też z dwójką dzieci, która wynajmowała pokój ze śniadaniami w małym hotelu blisko plaży, za 4 tys. zł tygodniowo. Ewy nie stać na taki wydatek. Bo gdzie inne atrakcje i przyjemności, lody, desery, wstępy do aquaparku? Nawet gdyby miała taką kwotę, wybrałaby tanią kwaterę i dłuższy pobyt – wciąż w wariancie oszczędnościowym.

Dziś bowiem to nie plaża, ale właśnie miejsce nocowania pozwala w miarę poprawnie określić społeczny status. Adrian Bogusłowicz, szefujący Lokalnej Organizacji Turystycznej w Krynicy Morskiej, wyodrębnia trzy podstawowe grupy: najtańsze noclegi to 50–70 zł od osoby za dobę. Ci, którzy z nich korzystają, chętnie gotują sami, trzy razy oglądają każdą złotówkę. Stany średnie to 100–200 zł od osoby za dobę. Odpowiadają uczciwym 3 gwiazdkom, z dobrym serwisem, wyposażeniem i położeniem. Trzecia grupa, ta najbardziej zasobna, to noclegi powyżej 200 zł za dobę od osoby, hotele 4- i 5-gwiazdkowe.

Turystów z najniższym budżetem, podobnie jak w zeszłym roku, jest wyraźnie więcej. Poprzedniego lata część mediów pisała o „najeździe Hunów”, którzy nie liczą się z innymi, piją piwo, wrzeszczą na dzieci, śmiecą, zmieniają wydmy w toalety publiczne. Chodziło o rodziny, które wcześniej nie ruszały się z domów i dzięki 500 plus po raz pierwszy wyjechały na wypoczynek nad morze. Kto choć trochę zna wczasowiska nadmorskie, wie, że tego typu zachowania zdarzały się od lat, a obraz chama na wakacjach jest ponadklasowy. Od zawsze też było tak, że mieszkańcy kurortów wyrzekali na letników samowystarczalnych i samoobsługowych – zaopatrujących się w dyskontach, limitujących sobie i dzieciom różne przyjemności i uciechy – bo mniej można na nich zarobić. W zeszłe wakacje narzekali bardziej. – O ile w Krynicy kwaterodawcy nic nie stracili, bo kwatera kosztuje, ile kosztuje, od małej gastronomii czy pamiątek płynęły jednak sygnały, że jest gorzej, bo turyści oszczędzają – podkreśla Krzysztof Swat, burmistrz Krynicy. Jednak po pierwszym szoku, że wszystko może kosztować aż tyle, na kolejne wakacje turyści ruszyli lepiej przygotowani finansowo. Wyraźnie mniej jest gofrów kupionych na spółkę dwójce czy czwórce dzieci.

Średnio coraz wyżej

Miejscowości letniskowe starają się na różne sposoby przyciągnąć tych bogatszych klientów. I coraz lepiej im się to udaje. W ciągu ostatniej dekady wyraźnie przybyło w Polsce wakacyjnej klasy średniej – wyższej. Nie stać ich na Grand w Sopocie (zresztą wszystkie pokoje na weekendy zostały wykupione), ale mogą wydać 600 zł (a nawet 1,2 tys. zł za dobę za luksusowe warunki) za inne pięć gwiazdek z dobrą plażą. Choć Sopot to wciąż symbol statusu, goni go między innymi Kołobrzeg.

Pięć lat temu miasto oddało w zarząd fragment plaży (100–120 m) trzem hotelom: Ledzie, ProVicie i Aquariusowi. Utrzymują obsadę ratowniczą, na co miasto w tej części plaży nie miało pieniędzy, i zapewniają ekipę sprzątającą. Plaży nie grodzą, bo nie wolno, lecz zaznaczają banerami reklamowymi hotelu. – W pierwszym roku przychodziły osoby z własnymi matami i parawanami. Ale to z czasem zanikło – opowiada Tomasz Waściński, dyrektor Aquariusa. – Mamy leżaki z materacami. Za wypożyczenie płaci się 20–25 zł dziennie. Dotyczy to wszystkich – i mieszkańców hotelu, i osób spoza. Wypożyczają je głównie goście hotelowi, dlatego wpływy z wynajmu leżaków wciąż nie pokrywają wydatków na ratowników, sprzątanie i ochronę nocną. Chodzi jednak bardziej o prestiż i wizerunek.

Wśród gości Aquariusa, tak jak w innych hotelach tej klasy – przeważają Polacy, młode rodziny (25–40 lat) z dziećmi. Dominuje biznes, środowiska prawnicze i lekarskie. W pierwszej kolejności sprzedają się najdroższe apartamenty. Gdy nie dopisze pogoda, w hotelu tej klasy jest co robić. Jest basen pływacki, basen rekreacyjny z gejzerami, leżakami wodnymi, jacuzzi, sauny i inne atrakcje spa.

Ale także w najlepszych hotelach goście bywają problemowi. Menedżerowie opowiadają o kradzieżach – od żarówek ledowych (uchwyciły kamery) po próby wyniesienia telewizora. Najczęściej chodzi o drobiazgi, których wartość nijak się ma do kwoty 600–1,2 tys. zł wydanej przez człowieka za dobę pobytu. W jednym z takich hoteli gość zgłosił, że uszkodzono klapę jego drogiego auta, żeby ukraść przytwierdzone do niej dwie literki o znikomej wartości. Incydent zarejestrował hotelowy monitoring. Sprawcą był nie uliczny chuligan, ale inny gość, który przyjechał równie wielkim i drogim samochodem. Dyrektor jednego z hoteli opowiada o dzieciach aroganckich wobec obsługi. – A nie daj Boże w takim przypadku zwrócić uwagę rodzicom – mówi. – Część, owszem, dziecko przywoła do porządku, ale zdarzają się i tacy, którzy krzyczą na personel.

Nocą w nadmorskich hotelach – i tych droższych, i znacznie tańszych – zaczynają się zabawy dla dorosłych (od 21 lat), dostępne również dla gości z zewnątrz. W Aquariusie obowiązuje dress code: nie mają wstępu klapki, sandały i krótkie spodenki. W weekend, gdy wejście jest najdroższe, w barze schodzi mniej piwa. W drogich hotelach dni balangowe to piątek i sobota, ale niedziela już nie, mimo że ludzie są tu na urlopie. To zupełnie inaczej niż na tanich kwaterach. Tam zabawa trwa przez cały tydzień. Pokolenia dwudziestolatków, którzy zjeżdżają latem na Wybrzeże, prawie nie uświadczysz na plaży. Odsypiają. Potem zrobią zakupy w Biedronce, by na plaży pojawić się wieczorem, tuż przed zmierzchem. Rozpalają ogniska, ruszają do klubów, z których wiele na czas wakacji przeniosło się na plaże. I tak do rana, dzień w dzień, czyli noc w noc.

Na zielono

W 2017 r. na wakacje, głównie nad morze, wyjechało o 1,5 mln więcej Polaków niż rok wcześniej. CBOS, który od kilku lat monitoruje wyjazdy i plany wypoczynkowe Polaków, w najnowszym raporcie, z marca 2017 r., zawarł konkluzję, że „wyjazdy w celach wypoczynkowych lub turystycznych stały się elementem stylu życia dobrze wykształconych, zamożniejszych Polaków”. Badacze zaraz dodali jednak, że nadal stosunkowo rzadko korzystają z wakacji Polacy, którzy nie ukończyli wyższych uczelni, są mniej zamożni, starsi albo utrzymują się z pracy we własnych gospodarstwach rolnych. Kluczowy jest poziom wykształcenia. CBOS ustaliło, że na wypoczynek (minimum 2-dniowy) wyjeżdża aż 80 proc. absolwentów wyższych uczelni i tylko 21 proc. spośród osób po podstawówce lub gimnazjum.

Po transformacji większość nadmorskich wczasowisk rozwojowo postawiła na wszystkoizm, żeby, oferując wszystko, zwabić jak najwięcej gości. Teraz część gości czuje się zawiedziona. Jak Agata Młynarska, która w ubiegłym roku na Facebooku opisała armagedon we Władysławowie, dokąd zjechali wszyscy państwo Kiepscy z rodzinami i przyjaciółmi, by jeść gofry, frytki i ryby smażone na oleju nie pierwszej świeżości. Prezenterka niefortunnie wybrała miejsce. To, czego szukała (cisza, przyroda), pewnie znalazłaby, na przykład, w Jantarze. Ale czy długo tak tam jeszcze będzie, trudno powiedzieć.

Kurorty próbują nie dać się zadeptać. Niektóre starają się pogodzić sprzeczne oczekiwania. Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa, który rok temu wypowiedział wojnę parawanom, przekonał się, że podziały w tej kwestii idą jakoś w poprzek podziałów klasowych. – Nie mam poczucia, że klasa robotnicza i chłopska jest za, a klasa wyższa przeciw – mówi burmistrz. – Gdy na początku lata pojechałem na spotkanie biznesowe, to najpierw było pół godziny dyskusji o parawaningu. I wielkie emocje. Tyle samo osób było za, ile przeciw. Może wśród inteligencji twórczej, która ceni walory estetyczne, te proporcje byłyby inne.

Burmistrz początkowo chciał podzielić plażę na tę z parawanami i bez, ale się zreflektował, że nie byłby w stanie wyegzekwować przestrzegania podziału. Więc stanęło na akcji edukacyjnej z żartobliwym komiksem o Kapitanie Parawanie. Następnym krokiem ma być odsunięcie parawanów o 5–10 m od brzegu, bo teraz niektórzy grodzą sobie prywatny dostęp do morza. – Prędzej czy później będziemy skazani na ograniczenie parawaningu – uważa Klimowicz. – W szczycie sezonu mamy 20 tys. turystów przy 15 tys. mieszkańców. W ciągu najbliższych 10 lat turystów będzie o 10 tys. więcej. A plaże już dzisiaj są pełne.

W Ustce cieszą się, że podział plaż niejako sam się dokonał. Wschodnia jest komercyjna, nastawiona na rozrywkę (pub z dyskoteką, dmuchane zamki, dużo gastronomii), zachodnia jest spokojniejsza, bardziej dla tych, którzy szukają kontaktu z naturą.

W Sopocie stawiają na elitarny charakter, ale niekoniecznie elitarny finansowo. – U nas nie ma na plaży muzyki i beach-party – deklaruje prezydent Sopotu Jacek Karnowski. – Nie ma wypożyczalni skuterów wodnych ani motorówek. Jest za to mnóstwo szkółek żeglarskich. Żeby oferta przyciągała ludzi z pewnym gustem. Nie chodzi o zamożność. Mamy trzy kempingi, gdzie przyjeżdżają rodziny z dziećmi, które uczą się żeglarstwa. W ubiegłym roku zaczęliśmy kampanię przeciw gołym torsom poza plażą, w mieście.

W Sopocie z pięciogwiazdkowym hotelem Marriott Resort&Spa, bardziej znanym jako Mera, sąsiaduje kemping Sopot 34. Oferuje domki letniskowe oraz stanowiska dla przyczep i kamperów. Ma też jacuzzi solankowe, rowery, sprzęt dla żeglarzy i surferów różnej maści. – Główni klienci to rodziny wielodzietne – opowiada Piotr Orlikowski. – Nasi goście są usportowieni i prozdrowotni. Od rana do wieczora chodzą boso. Gdy rezerwują pobyt, pytają, ile jest trawy, czy można pograć w kometkę. Coraz więcej jest byłych klientów Mery, którzy z okien patrzyli na to, co się dzieje na kempingu. Ostatnio ktoś pytał, ile kosztuje ten zielony luksus. Bo ma 50 lat i dość marmurów oraz tego, że na śniadanie jakoś trzeba wyglądać. Więc nawet klasa zamożna nad morzem dzieli się już na podklasy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną