Społeczeństwo

Perły jak bomby

Jak się protestuje w małych miasteczkach

Hanna Szulc i Patrycja Konkel z Lęborskich Dziewuch. Hanna Szulc i Patrycja Konkel z Lęborskich Dziewuch. Mateusz Ochocki / KFP
Od dekad w Polsce nie protestowano tyle, co przez ostatnie dwa lata. W niejednym małym miasteczku nigdy wcześniej nie stano z transparentami na ulicy. Skąd ta energia prowincji?
Marek Chroń z helskiego KOD.Krzysztof Mystkowski/KFP Marek Chroń z helskiego KOD.
Hanna Kustra ze Śląskich Pereł.Dawid Markysz/Edytor.net Hanna Kustra ze Śląskich Pereł.

Patrycja Konkel, liderka stowarzyszenia Lęborskie Dziewuchy (w trakcie rejestracji), ma trzydzieści parę lat i dwie córki. Nie powie, czym się zajmuje. Tylko że w pracy sama jest sobie panią. To ważne, bo po czarnym poniedziałku rok temu były prośby o usunięcie części zdjęć z Facebooka, podobnie po protestach przed sądami. Do strachu przed zbłaźnieniem się, przed brakiem odzewu w otoczeniu, w ostatnich latach doszedł w Polsce nowy strach przed ujawnieniem poglądów politycznych. W marcu 2017 r. aż 58 proc. respondentów CBOS uważało, że lepiej mieć się na baczności, niż swobodnie wypowiadać opinie polityczne. Tuż po upadku komuny podobnego zdania było 33 proc. Polaków.

Także Beacie Siemaszko, gdy zbierała podpisy pod projektem „Ratujmy kobiety” w Siemiatyczach (15 tys. ludności), zdarzało się słyszeć: popieram, ale obawiam się podać swój PESEL. Nie pomagały tłumaczenia, jaka jest dalsza droga podpisów i że zagrożenia nie ma. Siemaszko podkreśla, że kobiety w małych miejscowościach jeszcze nie nawykły do tego, że mają swoje zdanie, inne niż męża czy ojca.

Katarzyna Kotula i jej koleżanki z Gryfińskiego Strajku Kobiet początkowo nie zaryzykowały protestu w Gryfinie (21 tys.), bo uznały, że łatwiej będzie zorganizować wyjazd ludzi do Szczecina. W ciemno wynajęły dwa busy niepewne, czy je zapełnią. Ale przyszło 120 osób i potrzebny był dodatkowy transport.

W Helu (3 tys. mieszkańców) na pierwszych Czarnych Protestach byli tylko ludzie, którzy czuli się zawodowo niezależni: w sumie 12 osób. Marsz razem z żoną i nastoletnią córką zorganizował Marek Chroń, miejscowy radny, bezpartyjny, działacz KOD. Latem na protestach w obronie sądów w Helu czarno było od ludzi. Szli z molo w Juracie pod siedzibę prezydenta RP i pokazywały ich różne telewizje. Wśród protestujących nie widziało się jednak miejscowych. – Dopiero gdy się cofnąłem, by zrobić zdjęcia, zobaczyłem, że jakieś pojedyncze znajome twarze jednak są. Ktoś z Władysławowa, z Jastarni, z Helu… – opowiada Marek Chroń.

My to wy

Prof. Cezary Obracht-Prondzyński, socjolog, antropolog i kulturoznawca z Uniwersytetu Gdańskiego, prywatnie mieszkaniec 16-tysięcznego Bytowa, podkreśla, że teza o pobudzonych obywatelsko metropoliach i pasywnej prowincji, uśpionej jeszcze 500 plus, jest zbyt uproszczona. – Znam – powiada – mnóstwo ludzi w trudnej sytuacji bytowej, bardzo przywiązanych do Kościoła, którzy nie tylko nie są fanatykami, ale nawet zwolennikami PiS. Przede wszystkim nie ma jakiejś jednej prowincji. Inaczej jest na Kaszubach, inaczej na ziemiach zachodnich, inaczej na ścianie wschodniej. Wspólnym mianownikiem jest brak anonimowości. Stanąć z protestującymi w małym mieście to akt o wiele bardziej znaczący, niż przemówić z trybuny w Warszawie.

Tak więc, kiedy do protestów staje się w małych miastach, sprawa ma już duży ciężar gatunkowy. A w ostatnim roku w Polsce właściwie nie było miasteczka, w którym ktoś nie wyszedłby na ulicę.

W Gryfinie po przygodzie z wyjazdem busem do Szczecina kolejne protesty odbywały się już lokalnie. Nikt w magistracie nie umiał powiedzieć Katarzynie Kotuli, jak to się załatwia, nie istniały żadne standardowe druki. Kotula była bowiem pierwszą osobą, która organizowała w mieście zgromadzenie publiczne. Druków nadal nie ma, ale Katarzyna już wie, jak sobie poradzić. Prof. Obracht-Prondzyński przyglądał się łańcuchom światła w okolicznych miastach powiatowych. Protestowały Kościerzyna, Kartuzy, Lębork, Człuchów, Bytów… W Bytowie zaczęło się od jednej czy dwóch osób. Na trzeci dzień, gdy profesor poszedł pod sąd razem z żoną, było ich już 120. Badacz podkreśla, że rozproszone manifestacje dają większy efekt niż jedna ogromna w stolicy. – W Warszawie kilkunastu osób nikt nie zauważy, ale u nas to już potencjał, na którym można coś budować – stwierdza Obracht-Prondzyński. – Bo ludzie się poznają, czegoś wspólnie doświadczają. Później jest łatwiej, bo wiedzą, że mogą na siebie liczyć. To, co się stało, to uruchomienie pewnych zasobów. A każda iskierka aktywności obywatelskiej jest najlepszym bezpiecznikiem przed władzą autorytarną.

Rozpoznawalność po przełamaniu barier, które blokują aktywność, często staje się atutem. Katarzyna Kotula widzi, jak to działa w Gryfinie: – Jesteśmy 550 km od Warszawy, dalej już być nie można. Kobiety stąd, które w telewizji oglądają protesty w Warszawie, myślą, że to nie ich sprawa, to coś dla feministek, pań, które mają pieniądze i w Starbucksie piją kawę po 15 zł. Jeśli widzą protest w swoim mieście, to identyfikują go z konkretnymi osobami. Wcześniej nie myślały o prawach kobiet. A teraz zaczynają się zastanawiać.

Problemy dotąd abstrakcyjne otrzymują ludzką twarz osób znanych z sąsiedztwa, z bezpośrednich kontaktów. Te, które je tu podnoszą, przestają być „tymi strasznymi feministkami”. Np. Kotula jest 40-letnią nauczycielką angielskiego, ze sporym gronem uczniów, niezależną, bo prowadzącą własną działalność. Ma 16-letnią córkę, która zapowiada, że wyjedzie z Polski. Współorganizatorki protestów też są tu znane. Jedna jest fizykoterapeutką. Druga radną po niemieckiej stronie granicy, kobietą, która nie ukrywa, że jej pierwsze dziecko urodziło się dzięki in vitro. Trzecia, najmłodsza, z dwójką małych dzieci jest trenerką personalną z małej wioski. Kobiety mogą powiedzieć: my to wy.

Owszem, organizatorki doświadczały hejtu z imienia i nazwiska na lokalnych portalach po każdym zdarzeniu czy wywiadzie. Mówi się o nich w kościołach z ambony, że pewnie dokonały aborcji, że chcą mordować dzieci. Kotuli kilka miesięcy temu ktoś porysował samochód. Jest przekonany, że nie przez przypadek. I zna osoby, które nie wytrzymują presji; choć 3 października, w rocznicę Czarnego Protestu, w Gryfinie nie było cicho, pojechały manifestować do Szczecina, bo tam są anonimowe.

W prowincjonalnym poruszeniu kluczową rolę odgrywają kobiety. Nawet jeśli czegoś nie organizują same, to współpracują, pomagają, wymieniają się pomysłami. To one wniosły nową energię i pewien rodzaj determinacji, rzadko towarzyszący społecznemu zaangażowaniu mężczyzn. Nagrania z protestów dostępne w internecie pokazują, że niektóre z nich są urodzonymi przywódcami wiecowymi, z których może być pożytek na szerszym forum. Na razie jednak liderki i liderzy z małych miast szukają własnej drogi, własnych sposobów działania. Patrycja Konkel z Lęborka, gdzie łańcuch światła zaczęło 10 osób, a gdy kończyli, było ich 500, mówi wprost, że trzeba Polskę „odwarszawić”. Że politycy opozycji, jeśli chcą coś zmienić, powinni ruszyć do małych miast. Tu nie ma sceny, z której zwykli przemawiać do tłumu. Tu wszyscy mówią z jednego poziomu.

Wyciągnąć ludzi z domów

– Jako regiony chcemy się zjednoczyć, żeby się wzajemnie wspierać – liderce Lęborskich Dziewuch wtóruje Hanna Kustra ze Śląskich Pereł, z dużo większego, bo liczącego 138 tys. mieszkańców Rybnika. – Nie możemy co chwila ciągnąć ludzi do Warszawy. To są koszty, wysiłek. Musimy ich budzić u siebie, na miejscu. A potem zrobić wielkie bum na Warszawę. Ludzie wiedzą, że my jesteśmy z nich, to nasza siła.

Perły mają pomysł protestów rotacyjnych. Np. Rybnik odwiedza Lębork i na odwrót. Perły podobnie jak Lęborskie Dziewuchy wyrosły z Czarnego Protestu. Też mają wśród liderek mamę z dorosłą córką – Jolantę i Klaudynę Jackiewicz. Zaś 32-letnia Hanna Kustra jest samotną matką dwójki dzieci. Na świadczeniach pielęgnacyjnych. Starszy syn urodził się z zespołem Downa; przy tamtej ciąży odmówiono jej badań prenatalnych. Przy drugiej były badania, mimo to niepokój był straszny. Urodziła zdrową córkę. Wie, że gdy córka dorośnie, jej ciąże też będą obarczone ryzykiem. Chce, by miała prawo do tych badań i do własnego wyboru.

Lębork i Siemiatycze nie organizowały rocznicy strajku kobiet. Świadomie by nie wytracać energii. – Czekamy na zapalnik, na rzeczywiste wkurzenie – mówi Patrycja Konkel. Poza tym szukają innych form aktywności. Długofalowych, u podstaw, ułatwiających wyjście poza krąg przekonanych, by dotrzeć do osób myślących inaczej albo biernych. Podejmują różne pożyteczne akcje, jak zbiórka na rzecz dzieci poszkodowanych w nawałnicy, zbiórka środków higienicznych dla pobliskiego domu samotnych matek (Gryfino), działania na rzecz integracji dzieci niepełnosprawnych z pełnosprawnymi (Rybnik). Niektórzy pewne nadzieje wiążą z ruchem Kultury Niepodległej, z tym, że znani ludzie zechcą zawitać do ich miasteczek, pomóc w budzeniu nieaktywnych. Idealizm miesza się tu z pragmatyzmem, romantyzm z rozwagą, nadzieje ze zwątpieniem.

Lęborskie Dziewuchy i Śląskie Perły są w trakcie rejestracji stowarzyszeń. Marek Chroń założył Fundację Sapere Aude (miej odwagę być mądrym). Przeznacza na nią swoje diety radnego. Fundacja nagradza młodych ludzi – uczniów, studentów za działalność prodemokratyczną, za propagowanie partycypacji społecznej. – Chodzi o to, żeby ludzi nauczyć odróżniać populizm od realnych obietnic, żeby poszli na wybory i wybierali świadomie – tłumaczy Chroń. Organizuje też spotkania obywatelskie. Ale najlepsza frekwencja była przy tematach praktycznych, np. jak spisać testament.

Beata Siemaszko, która wcześniej zbierała dary dla potrzebujących na wzór Szlachetnej Paczki, nie chce się kojarzyć otoczeniu wyłącznie z protestami. – Musimy wyciągać ludzi z domów, by byli bardziej aktywni, rozmawiać z nimi o tym, co ich interesuje – wylicza. – Chodzi o to, by do następnych wyborów poszli ludzie bardziej świadomi i bardziej licznie. Świadomość będzie miała wpływ na większą frekwencję, na motywację, żeby głosować.

Zastanawia się, jak to jest z frekwencją wyborczą wśród kobiet. Badania pokazują, że zwykle jest niższa o 5 do 10 proc. niż w grupie mężczyzn. Siemaszko przypuszcza, że najmniej licznie głosują młode kobiety. A one mają inny stosunek do Kościoła, są bardziej niezależne. Ich uaktywnienie może przynieść efekt.

Do Obywateli i Obywatelek!

Beata Siemaszko planuje też spotkania z pisarzami. Np. na temat, co robić, by mimo różnic poglądów umieć ze sobą rozmawiać. Ma obawy, czy znajdzie salę. W kwietniu wpadła na pomysł spotkania „Co z tą szkołą?” z udziałem Anny Dzierzgowskiej, nauczycielki z Wielokulturowego Liceum Humanistycznego w Warszawie, współtwórczyni Społecznego Monitora Edukacji. Jednak nie udało się urządzić go ani w domu kultury, ani w bibliotece. Najpierw był entuzjazm, potem nagły odwrót. Siemaszko sądzi, że to wskutek asekuracyjnej postawy lokalnej władzy, która kojarzy ją ze strajkiem kobiet. Ostatecznie dyskusja odbyła się w jej domu. Dziennikarka „Głosu Siemiatycz” skwitowała sprawę tak: „Zwykli przedstawiciele społeczeństwa nie mogli liczyć w tym przypadku na wsparcie instytucji publicznych, ale mogli liczyć na siebie. Spotkanie (...) było poważną, merytoryczną rozmową na temat plusów i minusów wprowadzanej reformy. Nikt nie próbował uskuteczniać działalności wywrotowej”.

Teraz w Siemiatyczach zaczęła się organizować grupa, która chce świętować stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety. Chcą przypomnieć zasłużone kobiety regionu.

Śląskie Perły 3 października też nie manifestowały. Ale tego dnia z ich inicjatywy zawiązała się lokalna Koalicja Prodemokratyczna, nad której powstaniem trochę się napracowały. Weszli do niej przedstawiciele różnych partii i stowarzyszeń (m.in. KOD, PO, SLD, Nowoczesna, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Ruch Autonomii Śląska). Została podpisana deklaracja o współpracy. Na Facebooku Perły pisały: „Do wszystkich Obywatelek i Obywateli naszego kraju: Twórzcie w Waszych miejscowościach stoły obywatelskie, budujcie koalicje, zawiązujcie lokalne komitety. I nawet wtedy, jeśli będą to dwie, trzy osoby, gotowe do tego stołu zasiąść, to uwierzcie – warto. Wbrew pozorom więcej nas łączy, jak dzieli. I to co ważne – mamy przecież wspólny cel”.

Aktywiści z prowincji nie są zachwyceni politykami opozycji. Widzą, zwłaszcza na szczeblu centralnym, odklejenie od problemów, jakimi żyją społeczności lokalne. Także językowe. Jednocześnie rozumieją, że bez polityków się nie da. Z drugiej strony zaznaczają, że wszystko, co robi PiS, jest złe. Prof. Obracht-Prondzyński uważa, że ci ludzie, którzy poruszyli małe miejscowości, są dla władzy jak tykające bomby. I politycy PiS o tym wiedzą. Zrobią wszystko, żeby ich zdemobilizować. Pytanie, czy skutecznie. Weźmy policyjne śledztwo po łańcuchach świateł latem w Słupsku: zaczęto je od miejscowej legendy, mecenas Hanny Boguckiej-Skowrońskiej, niemłodej i ciężko chorej obrończyni opozycjonistów z czasów PRL. W październiku Słupsk protestował ponownie – znów pod sądem rejonowym, tym razem w obronie praw kobiet.

Prof. Olbracht-Prondzyński ubolewa, że opozycja nie ma pomysłu na podtrzymanie tej rodzącej się aktywności lokalnej. Jego zdaniem zamiast codziennie brać się za bary z PiS, mogłaby zrobić np. listę pięciu problemów ważnych dla kobiet (w rodzaju: przedszkola i żłobki, opieka nad starymi rodzicami). I przełożyć te problemy na program wyborczy. Bo rola kobiet będzie rosła, tego się nie powstrzyma. Tymczasem „tykające bomby” powoli dojrzewają do tego, by wystawić swoich kandydatów w wyborach samorządowych. I czekają, czym rządzący znów ostro wkurzą ich społeczności. Będą dalej forsować przymus rodzenia dzieci z wadami genetycznymi? Zrobią zamach na ordynację wyborczą, by opanować samorządy? A może ciąg różnych poczynań stworzy jakąś masę krytyczną?

Polityka 44.2017 (3134) z dnia 30.10.2017; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Perły jak bomby"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną