Jak się protestuje w małych miasteczkach

Perły jak bomby
Hanna Szulc i Patrycja Konkel z Lęborskich Dziewuch.
Mateusz Ochocki/KFP

Hanna Szulc i Patrycja Konkel z Lęborskich Dziewuch.

Marek Chroń z helskiego KOD.
Krzysztof Mystkowski/KFP

Marek Chroń z helskiego KOD.

Hanna Kustra ze Śląskich Pereł.
Dawid Markysz/Edytor.net

Hanna Kustra ze Śląskich Pereł.

W prowincjonalnym poruszeniu kluczową rolę odgrywają kobiety. Nawet jeśli czegoś nie organizują same, to współpracują, pomagają, wymieniają się pomysłami. To one wniosły nową energię i pewien rodzaj determinacji, rzadko towarzyszący społecznemu zaangażowaniu mężczyzn. Nagrania z protestów dostępne w internecie pokazują, że niektóre z nich są urodzonymi przywódcami wiecowymi, z których może być pożytek na szerszym forum. Na razie jednak liderki i liderzy z małych miast szukają własnej drogi, własnych sposobów działania. Patrycja Konkel z Lęborka, gdzie łańcuch światła zaczęło 10 osób, a gdy kończyli, było ich 500, mówi wprost, że trzeba Polskę „odwarszawić”. Że politycy opozycji, jeśli chcą coś zmienić, powinni ruszyć do małych miast. Tu nie ma sceny, z której zwykli przemawiać do tłumu. Tu wszyscy mówią z jednego poziomu.

Wyciągnąć ludzi z domów

– Jako regiony chcemy się zjednoczyć, żeby się wzajemnie wspierać – liderce Lęborskich Dziewuch wtóruje Hanna Kustra ze Śląskich Pereł, z dużo większego, bo liczącego 138 tys. mieszkańców Rybnika. – Nie możemy co chwila ciągnąć ludzi do Warszawy. To są koszty, wysiłek. Musimy ich budzić u siebie, na miejscu. A potem zrobić wielkie bum na Warszawę. Ludzie wiedzą, że my jesteśmy z nich, to nasza siła.

Perły mają pomysł protestów rotacyjnych. Np. Rybnik odwiedza Lębork i na odwrót. Perły podobnie jak Lęborskie Dziewuchy wyrosły z Czarnego Protestu. Też mają wśród liderek mamę z dorosłą córką – Jolantę i Klaudynę Jackiewicz. Zaś 32-letnia Hanna Kustra jest samotną matką dwójki dzieci. Na świadczeniach pielęgnacyjnych. Starszy syn urodził się z zespołem Downa; przy tamtej ciąży odmówiono jej badań prenatalnych. Przy drugiej były badania, mimo to niepokój był straszny. Urodziła zdrową córkę. Wie, że gdy córka dorośnie, jej ciąże też będą obarczone ryzykiem. Chce, by miała prawo do tych badań i do własnego wyboru.

Lębork i Siemiatycze nie organizowały rocznicy strajku kobiet. Świadomie by nie wytracać energii. – Czekamy na zapalnik, na rzeczywiste wkurzenie – mówi Patrycja Konkel. Poza tym szukają innych form aktywności. Długofalowych, u podstaw, ułatwiających wyjście poza krąg przekonanych, by dotrzeć do osób myślących inaczej albo biernych. Podejmują różne pożyteczne akcje, jak zbiórka na rzecz dzieci poszkodowanych w nawałnicy, zbiórka środków higienicznych dla pobliskiego domu samotnych matek (Gryfino), działania na rzecz integracji dzieci niepełnosprawnych z pełnosprawnymi (Rybnik). Niektórzy pewne nadzieje wiążą z ruchem Kultury Niepodległej, z tym, że znani ludzie zechcą zawitać do ich miasteczek, pomóc w budzeniu nieaktywnych. Idealizm miesza się tu z pragmatyzmem, romantyzm z rozwagą, nadzieje ze zwątpieniem.

Lęborskie Dziewuchy i Śląskie Perły są w trakcie rejestracji stowarzyszeń. Marek Chroń założył Fundację Sapere Aude (miej odwagę być mądrym). Przeznacza na nią swoje diety radnego. Fundacja nagradza młodych ludzi – uczniów, studentów za działalność prodemokratyczną, za propagowanie partycypacji społecznej. – Chodzi o to, żeby ludzi nauczyć odróżniać populizm od realnych obietnic, żeby poszli na wybory i wybierali świadomie – tłumaczy Chroń. Organizuje też spotkania obywatelskie. Ale najlepsza frekwencja była przy tematach praktycznych, np. jak spisać testament.

Beata Siemaszko, która wcześniej zbierała dary dla potrzebujących na wzór Szlachetnej Paczki, nie chce się kojarzyć otoczeniu wyłącznie z protestami. – Musimy wyciągać ludzi z domów, by byli bardziej aktywni, rozmawiać z nimi o tym, co ich interesuje – wylicza. – Chodzi o to, by do następnych wyborów poszli ludzie bardziej świadomi i bardziej licznie. Świadomość będzie miała wpływ na większą frekwencję, na motywację, żeby głosować.

Zastanawia się, jak to jest z frekwencją wyborczą wśród kobiet. Badania pokazują, że zwykle jest niższa o 5 do 10 proc. niż w grupie mężczyzn. Siemaszko przypuszcza, że najmniej licznie głosują młode kobiety. A one mają inny stosunek do Kościoła, są bardziej niezależne. Ich uaktywnienie może przynieść efekt.

Do Obywateli i Obywatelek!

Beata Siemaszko planuje też spotkania z pisarzami. Np. na temat, co robić, by mimo różnic poglądów umieć ze sobą rozmawiać. Ma obawy, czy znajdzie salę. W kwietniu wpadła na pomysł spotkania „Co z tą szkołą?” z udziałem Anny Dzierzgowskiej, nauczycielki z Wielokulturowego Liceum Humanistycznego w Warszawie, współtwórczyni Społecznego Monitora Edukacji. Jednak nie udało się urządzić go ani w domu kultury, ani w bibliotece. Najpierw był entuzjazm, potem nagły odwrót. Siemaszko sądzi, że to wskutek asekuracyjnej postawy lokalnej władzy, która kojarzy ją ze strajkiem kobiet. Ostatecznie dyskusja odbyła się w jej domu. Dziennikarka „Głosu Siemiatycz” skwitowała sprawę tak: „Zwykli przedstawiciele społeczeństwa nie mogli liczyć w tym przypadku na wsparcie instytucji publicznych, ale mogli liczyć na siebie. Spotkanie (...) było poważną, merytoryczną rozmową na temat plusów i minusów wprowadzanej reformy. Nikt nie próbował uskuteczniać działalności wywrotowej”.

Teraz w Siemiatyczach zaczęła się organizować grupa, która chce świętować stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety. Chcą przypomnieć zasłużone kobiety regionu.

Śląskie Perły 3 października też nie manifestowały. Ale tego dnia z ich inicjatywy zawiązała się lokalna Koalicja Prodemokratyczna, nad której powstaniem trochę się napracowały. Weszli do niej przedstawiciele różnych partii i stowarzyszeń (m.in. KOD, PO, SLD, Nowoczesna, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Ruch Autonomii Śląska). Została podpisana deklaracja o współpracy. Na Facebooku Perły pisały: „Do wszystkich Obywatelek i Obywateli naszego kraju: Twórzcie w Waszych miejscowościach stoły obywatelskie, budujcie koalicje, zawiązujcie lokalne komitety. I nawet wtedy, jeśli będą to dwie, trzy osoby, gotowe do tego stołu zasiąść, to uwierzcie – warto. Wbrew pozorom więcej nas łączy, jak dzieli. I to co ważne – mamy przecież wspólny cel”.

Aktywiści z prowincji nie są zachwyceni politykami opozycji. Widzą, zwłaszcza na szczeblu centralnym, odklejenie od problemów, jakimi żyją społeczności lokalne. Także językowe. Jednocześnie rozumieją, że bez polityków się nie da. Z drugiej strony zaznaczają, że wszystko, co robi PiS, jest złe. Prof. Obracht-Prondzyński uważa, że ci ludzie, którzy poruszyli małe miejscowości, są dla władzy jak tykające bomby. I politycy PiS o tym wiedzą. Zrobią wszystko, żeby ich zdemobilizować. Pytanie, czy skutecznie. Weźmy policyjne śledztwo po łańcuchach świateł latem w Słupsku: zaczęto je od miejscowej legendy, mecenas Hanny Boguckiej-Skowrońskiej, niemłodej i ciężko chorej obrończyni opozycjonistów z czasów PRL. W październiku Słupsk protestował ponownie – znów pod sądem rejonowym, tym razem w obronie praw kobiet.

Prof. Olbracht-Prondzyński ubolewa, że opozycja nie ma pomysłu na podtrzymanie tej rodzącej się aktywności lokalnej. Jego zdaniem zamiast codziennie brać się za bary z PiS, mogłaby zrobić np. listę pięciu problemów ważnych dla kobiet (w rodzaju: przedszkola i żłobki, opieka nad starymi rodzicami). I przełożyć te problemy na program wyborczy. Bo rola kobiet będzie rosła, tego się nie powstrzyma. Tymczasem „tykające bomby” powoli dojrzewają do tego, by wystawić swoich kandydatów w wyborach samorządowych. I czekają, czym rządzący znów ostro wkurzą ich społeczności. Będą dalej forsować przymus rodzenia dzieci z wadami genetycznymi? Zrobią zamach na ordynację wyborczą, by opanować samorządy? A może ciąg różnych poczynań stworzy jakąś masę krytyczną?

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną