Co czeka siódmoklasistów

Szatan w siódmej klasie
Za rok czeka ich walka o miejsce w liceum. Tyle że do szkół średnich ruszy ponad dwa razy więcej uczniów niż zwykle. Oni będą młodsi. Do boju staną wyczerpani, zniechęceni, wypaleni. Dorośli pobawili się w szkołę. Ich kosztem.
Uczeń w wieku lat 13 wchodzi bez asekuracji w obcy, abstrakcyjny świat – np. świat chemii, fizyki i geografii.
Daniel Dmitriew/Forum

Uczeń w wieku lat 13 wchodzi bez asekuracji w obcy, abstrakcyjny świat – np. świat chemii, fizyki i geografii.

Dzieci zamęczone, wrzucone do wirówki i wyplute, nie mają bladego pojęcia, kim są. I czego od nich chcą dorośli.
Dawid Tatarkiewicz/Forum

Dzieci zamęczone, wrzucone do wirówki i wyplute, nie mają bladego pojęcia, kim są. I czego od nich chcą dorośli.

Liczba szkół niepublicznych wzrosła w ciągu roku o 20 proc. Dzieci coraz liczniej są zabierane z oficjalnego systemu.
Michał Dyjuk/Forum

Liczba szkół niepublicznych wzrosła w ciągu roku o 20 proc. Dzieci coraz liczniej są zabierane z oficjalnego systemu.

audio

AudioPolityka Martyna Bunda - Szatan w siódmej klasie

Część z nich poszła do szkoły już w wieku sześciu lat. Ich rodzice uwierzyli, że państwo jest tworem stabilnym, a edukacją zajmują się w nim odpowiedzialni eksperci. Potem były dwie reformy w ciągu kilku lat, wycofywanie się, zawracanie, zbijanie kapitałów politycznych. W efekcie we wrześniu 2019 r. dzieciaki z rocznika 2005 będą walczyły o miejsce w szkołach, głównie liceach, z rok starszymi, bo posłanymi do szkół w wieku 7 lat oraz dwa lata starszymi, którzy skończyli gimnazja. Ich rodzice słyszą teraz od minister edukacji, że państwo „ma to wszystko policzone”. Że „jest niż demograficzny, więc żadnej kumulacji nie będzie”. Fakty temu przeczą. 731 tys. uczniów to wciąż więcej niż 300 tys., czyli coroczny standard. Policzywszy wszystkie miejsca we wszystkich szkołach w Polsce, może by się i tę 700-tysięczną kumulację upchnęło. Ale oni chcą iść do dobrych szkół!

Ruszą do tej walki już skrajnie wyczerpani. Tak jak jest dziś, jeszcze nigdy nie było. 12-latek z rocznika 2005, podobnie jak 13-latek, który poszedł do szkoły rok później, pracuje więcej niż etatowy pracownik. Dzisiaj siódmoklasista ma około 37 godzin tygodniowo podstawowych zajęć, plus obowiązkowa etyka lub religia, kilka godzin w semestrze przystosowania do życia w rodzinie, angielski po południu. Plus dodatkowa matematyka, wspaniałomyślnie opłacona przez niejedną gminę. Obowiązkowy, opłacony przez samorząd, basen albo choć kółko szachowe. Dla tych, którzy radzą sobie gorzej – jeszcze obowiązkowe zajęcia wyrównawcze. Zwykle gdzieś na dziewiątej lekcji...

Nierzadko piątek nie kończy tygodnia. W wyniku wieloletniego optymalizowania wydatków szkół, a potem radośnie przeprowadzonej reformy edukacji, w wielu miejscach w Polsce realizować podstawę programową przychodzi się również w soboty. W Krakowie nie ma kiedy przeprowadzić lekcji WF, w jednej ze szkół szczecińskich w sobotę jest niemiecki, w innych – np. wychowanie do życia w rodzinie. Liczbą prac domowych, jakie zadaje się w polskich szkołach, jesienią zeszłego roku zajął się rzecznik praw dziecka. Polskie nastolatki siedzą po godzinach najwięcej spośród dzieci w Europie, średnio nie mniej niż godzinę dziennie. Wliczając weekendy.

W dodatku 13-letni dzieciak pracuje non stop na najwyższych obrotach. To nie jest biuro, gdzie w gorszy dzień można coś zamarkować, nadrobiwszy później, i zajęcie, w którym skórę ratuje człowiekowi rutyna. Dziś uczeń w wieku lat 13, a nawet 12, wchodzi bez asekuracji w obcy, abstrakcyjny świat – np. świat chemii, fizyki i geografii. Uwaga musi być nieustannie i maksymalnie natężona. Praca mózgu na najwyższych obrotach męczy bardziej niż rąbanie drewna. A wskutek reformy owe nowe pojęcia, nowy język, plus wiedzę o świecie, 13-latki mają przyswoić na tempo (na chemii i fizyce to, co w gimnazjum robiło się przez trzy godziny, teraz trzeba wchłonąć w jedną; z nauki angielskiego wypadł pierwszy rok i zaczyna się siódmą klasę zaraz od trudniejszego poziomu) – i nie rezygnując z reszty. A więc: wkuwania historii (to dziesiątki dat i nazwisk), biologii (kto pamięta nazwy kosteczek, z których składa się stopa?), wreszcie brnięcia przez katorżniczą literaturę (niewiele jest zajęć tak wyczerpujących dla nastolatka, jak czytanie „Quo vadis”, a to zaledwie początek długiej listy; po reformie dzieciaki mają przeczytać w rok 10 takich książek zamiast czterech). Na coś ciekawego, jak eksperymenty w pracowni chemicznej, nie wystarcza już czasu (nie mówiąc o braku pracowni, które były w gimnazjach, ale nie ma ich gdzie zmieścić w przeładowanych podstawówkach). Co z tym zrobić? Wedle nowej podstawy programowej uczeń nie musi już „potrafić uzyskać…”, a ma jedynie „rozumieć metodę uzyskania”.

Na ów nadmierny wysiłek psychiczny i fizyczny nakłada się stres. Nie ma dnia bez kartkówki, tygodnia bez dwóch sprawdzianów. Powodów jest kilka, np. aspiracje rodziców, którzy cisną szkoły, żeby te cisnęły uczniów, żeby sprostali konkurencji, ale przeważa proza życia: miejsce przecięcia biurokracji, lęków o utratę pracy i frustracji. W prawie oświatowym zapisano, że nauczyciel ma obowiązek zrealizować podstawę programową, a jej niezrealizowanie może skutkować zwolnieniem dyscyplinarnym. Ale jak nauczyciel, oskarżany, dajmy na to przez rodziców, że czegoś z dziećmi nie przerobił, miałby udowodnić, że było inaczej? Wystarczy, że na dowód zachowa kartkówki. W wielu szkołach, nawet gdyby nauczyciel nie był przekonany do ciągłego skanowania wiedzy dzieci oddanych mu pod opiekę, szybko właściwą drogę wskaże mu dyrekcja.

W dodatku, dokładając zadań i stresu, zabraliśmy temu pokoleniu odpoczynek. Prowadzona przez dziesięciolecia optymalizacja kosztów spowodowała, że w budynkach zaprojektowanych na potrzeby 300 dzieci upychało się nawet 1200. A po reformie jeszcze więcej. W klasach podzielonych ścianami na pół, kosztem korytarzy przerabianych na szatnie, przy wydłużanych w nieskończoność przerwach – bo w stołówce dzieci się nie zmieszczą. Owe przerwy dawno już przestały być synonimem wytchnienia. Przerwa zaczyna się od świdrującego aż po kręgosłup dzwonka, a potem jest coraz gorzej; przekrzykiwanie się, tupot, harmider. Poziom decybeli mógłby być uznany za formę znęcania się – i nawet nie ma gdzie usiąść. Szukające wytchnienia w toaletach dzieciaki, siadające tam kółkiem na podłodze, w wielu szkołach są, po staremu, przeganiane; wymagany prawem oświatowym stały nadzór pedagogiczny nie może być prowadzony z toalety.

Cięcie całą dobę

Stres szkolny narastał już od dłuższego czasu. Reforma dołożyła swoje. Efekty już są: pokolenie w psychicznej rozsypce. W ciągu ostatnich lat prawie pięciokrotnie wzrosła liczba samobójstw popełnianych przez nastolatki, a w przepełnionych szpitalach psychiatrycznych dla dzieci (obłożenie 150–180 proc.) alarmują, że problem właśnie wszedł w fazę ostrą. Polskie dzieci już od paru lat zabijają się niemal najczęściej w Europie, 10-krotnie częściej niż rówieśnicy w Grecji, we Włoszech, w Czechach czy na Węgrzech. Stwierdzone objawy depresji ma już co piąty nastolatek!

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną