Społeczeństwo

Strasburg przymyka drzwi

Blokada polskich skarg do Strasburga

Sam Trybunał reformuje się w sposób, który ma ograniczyć obywatelom dostęp do skarg. Planowane jest na przykład skrócenie czasu na złożenie skargi z pół roku do czterech miesięcy. Sam Trybunał reformuje się w sposób, który ma ograniczyć obywatelom dostęp do skarg. Planowane jest na przykład skrócenie czasu na złożenie skargi z pół roku do czterech miesięcy. Ralph Hamman / Wikipedia
Wyroki Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, które idą pod prąd konserwatywnego myślenia, wciąż nie są wykonane. Nowe sprawy tego typu z Polski w ogóle nie są dopuszczane na wokandę. Kolejne rządy się o to postarały.
Posiedzenie Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.Jean-Francois Badias/Pool/Reuters/Forum Posiedzenie Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Czeka około 20 spraw dotyczących mniejszości seksualnych. Żadna nie dotarła nawet do etapu, w którym sąd ogłasza, że sprawę przyjął i że się jej przyjrzy, co rozpoczyna całą procedurę.

Najstarszy przypadek dotyczy odebrania praw rodzicielskich lesbijce i przekazania ich babce dziewczynki. Matka skarży się, że zadecydowała jej orientacja, będąca zresztą tłem konfliktu z babką dziecka. Sprawa leży już dziesiąty rok, nikt się nią nie zajął. Dziecko, o które szło, właśnie weszło w pełnoletność.

Czekają przypadki bliźniaczo podobne do tych, jakim już przyglądał się Europejski Trybunał Praw Człowieka, gdy dotyczyły innych państw. W sprawie Oliari przeciwko Włochom, zgłoszonej przed pięcioma laty, jest już po wyroku. Niekorzystnym dla Włoch. Chodziło o standardy ochrony prawnej dla związków jednopłciowych; Trybunał nie przesądzał, jak konkretne rozwiązania mają wyglądać w danym państwie, ale zwracał uwagę, że jakieś muszą być.

– Podobne sprawy dotyczące nieuznawania przez Polskę związków osób tej samej płci oraz ich dzieci czekają, nieraz od wielu lat, na rozpoznanie przez Trybunał – mówi Paweł Knut, adwokat Kampanii Przeciw Homofobii, reprezentujący kilku skarżących z RP. Na przykład skarga na niemożność uzyskania obywatelstwa polskiego dla dziecka, syna Polaka. Rodzice, para obywateli Izraela, z których jeden jest też obywatelem Polski, żyją w zarejestrowanym za granicą związku jednopłciowym. Dzięki pomocy surogatki urodziło im się dziecko. Biologicznie jest ono potomkiem Polaka. Nawet gdyby było jego dzieckiem tylko formalnie, ma prawo do polskiego paszportu. Jednak, mimo przedłożenia wyników badań genetycznych, Polska odmawia potwierdzenia polskiego obywatelstwa dziecka, bo w akcie urodzenia rubryka „matka” pozostaje pusta, wpisano za to dwóch ojców. Podobnych spraw – także tych dotyczących dzieci – czeka kilkanaście.

Czekają też przypadki odnoszące się do mowy nienawiści, choć i w tym wypadku w Strasburgu zapadały już wyroki w analogicznych sprawach. Na przykład skarga Slavy Melnyka, pobitego w Warszawie, ponieważ szedł z partnerem za rękę. Sąd co prawda skazał napastników, ale łagodniej, niż powinien, używając nie tego paragrafu – w zawiłym uzasadnieniu tłumacząc, że nie homofobia, tylko nieporozumienie i „ogólne niepodobanie się” były tłem ataku.

Wyroki non grata

Czekają również prawomocne wyroki. Począwszy od najgłośniejszego: sprawy Alicji Tysiąc, która przed laty poprosiła lekarza o zaświadczenie o stanie swojego wzroku. Była w początkach nieplanowanej ciąży, poród z dużym prawdopodobieństwem miał ją wzroku pozbawić. Lekarz, bardzo obcesowo i po prostu, odmówił. Wysyłana od medyka do medyka i praktycznie ubezwłasnowolniona kobieta nic nie mogła zrobić. Aż na przerwanie ciąży zrobiło się zbyt późno. Dziś także córka kobiety jest już pełnoletnia, a od uprawomocnienia się wyroku przed Trybunałem – w którym nakazano Polsce wprowadzić mechanizm pozwalający odwoływać się pacjentowi od decyzji lekarza – minęła dekada. I nic. Choć Trybunał właśnie uznał kwestię wykonania wyroku w sprawie Tysiąc za leading, czyli taką, jakiej pilnie trzeba się przyjrzeć.

Ostatnia nadzieja

Czekają inne, głośne i prawomocne przypadki. Sprawa R.R., pozbawionej dostępu do badań prenatalnych i podstępem zatrzymanej na oddziale, sprawa P.S. – przypadek 14-letniej Agaty z Lublina, wyrokiem sądowym wydanym od ręki odebranej spod opieki matki i zamkniętej na oddziale szpitalnym, gdzie ksiądz próbował przekonać ją, by nie usuwała ciąży (podczas gdy jej matkę straszono, że odpowie karnie za nakłanianie do aborcji). W każdej z tych spraw Trybunał w Strasburgu nakazał Polsce wprowadzić mechanizmy pozwalające uzyskać dostęp do – legalnej w tych wypadkach – aborcji i zabezpieczające pacjentów w przypadkach, gdy wizje lekarzy, dotyczące ich zdrowia i dobra, są rozbieżne z ich własną oceną. Bo nie tylko o aborcję, lecz o rozwiązania systemowe chodziło Trybunałowi.

Żaden z wyroków nie tylko nie został wykonany, ale za sprawą werdyktu polskiego Trybunału Konstytucyjnego zlikwidowano nawet ten przepis, który gwarantował pacjentowi uzyskanie pomocy, a który w praktyce nie działał. TK uznał, że nie można zmuszać nikogo, aby wskazał innej uprawnionej osobie, gdzie może uzyskać pomoc w przeprowadzeniu aborcji – klauzula sumienia ponad wszystko. Została dziura w prawie.

To, co jeszcze może zrobić pacjent, to wnieść formalny sprzeciw do rzecznika praw pacjenta. W 2011 r., przed wyrokiem TK, wniesiono ich 17, z czego jeden dotyczył możliwości przerwania ciąży. W kolejnych latach było ponad 20, a od 2014 r. już ponad 30 rocznie. Do dziś tylko około 10 na około 150 sprzeciwów zdaniem Komisji Lekarskiej spełniało wymogi formalne. Pośród nich np. sprawy podobne do historii Alicji Tysiąc, gdzie możliwość legalnej aborcji blokował wojewódzki konsultant do spraw okulistyki.

Strasburg to dziwny sąd. Nikt się z nikim nie spotyka, procedura jest korespondencyjna. A jednak szybko wrósł w świadomość prawną Polaków. Zdanie „pójść z czymś do Strasburga” weszło do języka, stając się synonimem ostatniej, naprawdę sprawiedliwej i wszechmogącej instancji.

Szybko staliśmy się grupą najczęściej skarżących się obywateli. 25 lat temu, ratyfikując konwencję o prawach człowieka, startowaliśmy od bardzo podstawowych, systemowych kwestii. W tamtej Polsce o zastosowaniu aresztu decydował prokurator, a nie sąd, a właściciele nieruchomości nie mogli z nich korzystać i swobodnie ustalać wysokości czynszu, jeśli w spadku po PRL mieli lokatorów. Polacy, zorientowawszy się, że już wolno im skarżyć się do Strasburga, sporo zwojowali.

– Na początku Trybunał spowodował krytyczny przegląd wielu podstawowych procedur. Wyroki przeciwko Polsce dotyczyły problemów o charakterze systemowym: przewlekłości postępowań, zbyt długiego stosowania tymczasowego aresztowania, przeludnienia w zakładach karnych, braku adekwatnej opieki medycznej w aresztach i zakładach karnych – mówi mec. Justyna Metelska, przewodnicząca Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej. – W ślad za pierwszymi wyrokami dokonało się wiele zmian. Obowiązek sprowadzenia oskarżonego pozbawionego wolności na rozprawę apelacyjną, odszkodowania za mienie zabużańskie, skarga na przewlekłość postępowania. Wreszcie na przykład ustawa o kosztach sądowych w postępowaniu cywilnym. Te zmiany i masa innych to efekty skarg do Trybunału.

Trybunał stwierdzał też naruszenia konwencji przez Polskę poprzez złamanie zakazu tortur, poniżającego traktowania przez policję, naruszenia prawa do życia, prawa własności oraz zasad rzetelnego procesu. To, co wciąż wraca niezałatwione, to skargi na przewlekłość postępowań. Wyroki zapadały, zapadają kolejne, a Trybunał wciąż miele to samo. – Gdy w 2000 r. w wyniku wyroku wprowadzono jakieś rozwiązania, już wiadomo było, że nie zadziałają. Polacy skarżą się więc dalej, a dobrych rozwiązań nie ma – mówi adw. Monika Gąsiorowska, która przed laty prowadziła w Strasburgu sprawę Alicji Tysiąc. – Sam wyrok to tylko część sukcesu, w dodatku odczuwalna jedynie dla skarżącego się. Wyjątkowość systemu polega na tym, że na podstawie sytuacji jednej osoby miał zmieniać sytuację wszystkich. Żeby nigdy więcej taka sytuacja nie mogła się zdarzyć – dodaje.

Podczas gdy obywatele od początku traktowali Trybunał z entuzjazmem, kolejne rządy nabierały dystansu. Sprawy kłopotliwe politycznie odkładając na później albo je pomijając. Krokiem w stronę realizacji wyroku w sprawie Alicji Tysiąc i późniejszych miał być rządowy projekt ustawy o prawach pacjenta z 16 listopada 2016 r. Przewidywał m.in. uproszczenie procedury sprzeciwu, sprecyzowanie, że sprzeciw przysługuje także w przypadku odmowy wydania opinii lub orzeczenia oraz odmowy skierowania na badania diagnostyczne, skrócenie z 30 do 10 dni terminu wydania przez komisję lekarską orzeczenia i możliwość wnoszenia sprzeciwu w postaci elektronicznej. W lutym 2017 r. Sejm uchwalił przygotowaną ustawę – jednak bez tych zapisów.

Kogo naprawdę reprezentuje rodak

Gdy w 2012 r. trzeba było wskazać kandydata na sędziego reprezentującego Polskę w Trybunale (każdy kraj ma tam po jednym sędzim), osobą oczywistą wydawał się Marek Antoni Nowicki, pionier tematyki praw człowieka w Polsce i były sędzia Europejskiej Komisji Praw Człowieka. Jednak staraniem Michała Królikowskiego, wiceministra sprawiedliwości u Jarosława Gowina (a prywatnie oblata benedyktyńskiego), został nim Krzysztof Wojtyczek. Młody prawnik z Krakowa, znany z wyraźnie konserwatywnego światopoglądu.

I tak, po 25 latach, rola Trybunału dla nas się zmarginalizowała. Ze statystyk Trybunału wynika, że w 2017 r. zapadło 20 wyroków przeciw Polsce, dla porównania w 2008 r. 141 wyroków. Ponad 1,4 tys. spraw wciąż oczekuje na rozstrzygnięcie. Dziś niektórych tematów Trybunał w ogóle nie rusza.

Dlaczego Trybunał ignoruje polskie skargi? Można widzieć w tym – nieformalną, ale silną – rolę polskiego sędziego. Niekonwencjonalny w sądach, oficjalnie deklarujący, że niektóre sprawy nie są jego priorytetem. Skłonny głośno krytykować kolegów, zapisał się w historii Trybunału jako „sędzia od zdań odrębnych”, w których dystansuje się od wyroków Trybunału i kolegów. A ci wolą nie wchodzić mu w drogę.

Poglądy ma bliskie dziś rządzącym. W sprawie byłego prezesa Sądu Najwyższego Węgier, inaczej niż pozostali sędziowie Trybunału, uznał, że rząd miał prawo usunąć sędziego Sądu Najwyższego z urzędu, by nie dać mu możliwości „podważenia polityki większości parlamentarnej” – i że wyrok Trybunału, mówiący inaczej, ogranicza suwerenność Węgier. Zdanie odrębne złożył też na przykład do wyroku przeciw Włochom w sprawie Oliariego. Uważał, że Włochy miały pełne prawo odmówić respektowania praw przyznanych parze w innym kraju.

Tymczasem polski rząd chwali się, że liczba wyroków ze Strasburga spada, ponieważ coraz częściej ze skarżącymi zawierane są ugody. Tyle że w poważnych sprawach w ogóle nie powinno ich być. Na przykład sprawa gwałtu na nieletniej – B.J. i S.J. przeciwko Polsce. Trybunał przystał na tzw. jednostronne oświadczenia państwa polskiego, że doszło do naruszenia konwencji, i prośbę o możliwość załatwienia sprawy we własnym zakresie – bez procesu. Opinii ofiary i jej matki nie wzięto pod uwagę. Wszystko odbyło się więc pomiędzy rządem a Trybunałem, ponad głową ofiary – wbrew jej woli. Sprawa dotyczy gwałtu zbiorowego, przeprowadzonego z premedytacją. Żaden ze sprawców nie poniósł odpowiedzialności i mimo że sąd ustalił ich winę, pozostali na wolności. Pokrzywdzona nie mogła uczestniczyć w postępowaniu, bo ustawa o odpowiedzialności karnej nie daje takiego prawa nieletniej, nie mogła też więc – jako oskarżycielka posiłkowa – odwołać się od wyroku. Zorganizowano jej za to trzykrotne przesłuchiwanie bez pomocy psychologa, bez odpowiednich warunków. Rząd wykpił się odszkodowaniem – 10 tys. euro, a Trybunał przyklepał. Zdecydowało trzech sędziów, wśród nich Wojtyczek z Polski. Jak rząd zamierza naprawić procedury, jeśli nikt nie będzie już zajmował się sprawą? Kto będzie tego pilnował, skoro nie zapadł wyrok? Nie wnikano.

Co smutne, w podobnej sprawie dotyczącej Cypru Trybunał nie zgodził się na tryb jednostronnego oświadczenia, uznał bowiem, że jest zbyt poważna, aby można było polegać na deklaracji rządu, a rozwiązanie takie będzie nieuczciwe wobec ofiary.

Tymczasem w kolejce czekają już następne poważne sprawy: składane przez Polaków skargi na inwigilację prowadzoną przez państwo, przez opiekunów osób z niepełnosprawnościami.

W tym tygodniu przedstawiciele rządu jadą do Komitetu Ministrów Rady Europy w Strasburgu, by wytłumaczyć, co rząd zamierza zrobić z wyrokiem w sprawie R.R. – i czy ten wyrok kiedykolwiek zostanie wykonany. Maleją jednak szanse na to, aby kolejni Polacy mogli liczyć na skuteczną pomoc ze Strasburga.

Tym bardziej że i sam Trybunał reformuje się właśnie w sposób, który ma ograniczyć obywatelom dostęp do skarg. Planowane jest na przykład skrócenie czasu na złożenie skargi z pół roku do czterech miesięcy. To kolejne zaostrzenie formuły, po wprowadzeniu obowiązku złożenia wszystkich dowodów już na wstępie. – Tak jakby sam Trybunał przestał doceniać swoją rolę kształtowania społeczeństwa prawa – zauważa adw. Monika Gąsiorowska.

Dokąd mamy pójść, skoro już nie do Strasburga?

Polityka 38.2018 (3178) z dnia 18.09.2018; Społeczeństwo; s. 35
Oryginalny tytuł tekstu: "Strasburg przymyka drzwi"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną