Społeczeństwo

Braki kadrowe w szkołach. Dyrektorzy wysyłają nauczycieli na studia

Najlepsi uczniowie chcą się uczyć w klasach o ścisłym profilu pod kierunkiem wręcz wybitnych nauczycieli. Najlepsi uczniowie chcą się uczyć w klasach o ścisłym profilu pod kierunkiem wręcz wybitnych nauczycieli. fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Nie tylko ja myślę o łatwym zdobyciu kwalifikacji do nauczania kolejnego przedmiotu. Dyrekcja namawiała naszego matematyka, aby został fizykiem. Mnie by się chciało. Tylko rok, aby zostać informatykiem, albo półtora roku, aby być fizykiem i matematykiem. Okazja.

Po raz pierwszy w historii mojego liceum – ponad 70 lat tradycji – najwięcej świadectw z biało-czerwonym paskiem miała klasa niehumanistyczna: biolchem, 1E. Aż 14, nieomal co drugi uczeń miał średnią ocen co najmniej 4,75. W równoległej humanistycznej 1D takich wyróżnień było o 10 mniej – tylko cztery.

To stała tendencja. Coraz lepsi uczniowie przychodzą do klas niehumanistycznych: do biolchemu i matfizu. Uczą się świetnie, gdyż od tego zależy, czy dostaną się na najbardziej oblegane studia: medycynę, informatykę, zarządzanie. Mniej ambitni – mam nadzieję, że nikogo nie urażę – wybierają rozszerzoną naukę języka polskiego i historii. Wiele prestiżowych liceów wycofuje się z prowadzenia klas humanistycznych, tak jest chociażby w słynnym łódzkim 1 LO – najstarszej szkole średniej w mieście – oraz w Liceum Politechniki (jedna z najmłodszych placówek).

Coraz większe braki kadrowe wśród nauczycieli

Najlepsi uczniowie chcą się uczyć w klasach o ścisłym profilu pod kierunkiem wręcz wybitnych nauczycieli. Nastolatki potrafią być bardzo bezpośrednie w stawianiu wymagań. Jeden z uczniów zapytał świeżo poznanego nauczyciela, czy „pan jest dobrym matematykiem”. Jak twierdziła prof. I. Lazari-Pawłowska – pamiętam z wykładów etyki – „spośród wszystkich profesji kłamstwo moralnie obciąża najbardziej nauczyciela”. Być może dlatego kolega odpowiedział, że gdyby był dobrym matematykiem, nie pracowałby w szkole. A może tylko zażartował. W każdym razie żądania, aby zmienić nauczyciela na lepszego, najczęściej dotyczą matematyków.

Nie ma obecnie problemów z pozyskaniem dobrych uczniów do matfizu czy biolchemu. Gorzej ze znalezieniem dobrych nauczycieli. Zresztą coraz częściej dyrektorzy mają problem ze znalezieniem jakichkolwiek. Tak jak w okresie niżu brało się z łapanki uczniów, byle tylko zapełnić klasy, tak teraz z łapanki zatrudnia się nauczycieli przedmiotów ścisłych. Dyrektorzy przyjmują kogokolwiek, liczą bowiem, że braki kadrowe to sytuacja przejściowa. Uważają, że lepszy kiepski matematyk niż żaden. Zresztą rok czy dwa można wytrzymać z każdym. Jednak to, co dyrektorowi wydaje się chwilą, dla ucznia jest całą wiecznością. Dwa lata w liceum ze złym matematykiem to zaprzepaszczenie szans na studiowanie wymarzonego kierunku.

Czytaj także: Nauczyciele odchodzą z pracy

W liceach ubywa klas humanistycznych, więc nauczyciele przedmiotów humanistycznych borykają się z problemem niedoszacowania (brakuje godzin do etatu). Historykom pomogła „dobra zmiana”, gdyż dodała im godzin na kształcenie patriotyczne, natomiast pozostali przedmiotowcy muszą sami sobie poradzić. Najskuteczniejszym rozwiązaniem jest podjęcie studiów podyplomowych przygotowujących do nauczania kolejnego przedmiotu. Uczelnie oferują nawet studia z dwóch przedmiotów łącznie, np. z geografii i biologii, biologii i chemii, matematyki i fizyki. Aby zdobyć kwalifikacje do nauczania w liceum dwóch kolejnych przedmiotów, wystarczą trzy semestry nauki weekendowej, zbite – jak zapewniają uczelnie – w jeden rok kalendarzowy. Nic, tylko studiować.

Nauczyciele wiedzą, że muszą studiować

Zadzwoniłem do znajomego filologa, który w rok zdobył prawo nauczania informatyki w szkołach do liceum włącznie, aby zapytać, czy humanista da radę. Odpowiedział, że z palcem w nosie. Nawet największy idiota matematyczny poradzi sobie. Wprawdzie jeden z wykładowców zapytał raz z przekąsem, że chyba nie ma na sali filologów, ale jak się zorientował, iż ponad połowa to poloniści, germaniści, rusycyści, żarty się skończyły. Poziom wymagań też musiał obniżyć. W końcu wszystkim humanistom zaliczył zajęcia na ocenę dobrą. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy absolwenci tych studiów zaczęli prowadzić lekcje informatyki. Mój znajomy także wpadł w panikę, gdy pomyślał, że zostanie zdemaskowany przez znających się na rzeczy uczniów. Na szczęście prawdziwych informatyków w szkołach prawie nie ma. Wszyscy to przekwalifikowani nauczyciele innych przedmiotów. Uczniowie są przyzwyczajeni.

W ostatnich dniach roku szkolnego czułem się jak moi uczniowie, którzy nie wiedzą, co studiować, wiedzą tylko, że coś muszą. Siedziałem przed komputerem i sprawdzałem oferty. W Poznaniu – bardzo dobre miejsce do studiowania – mógłbym za jednym zamachem opanować dwa przedmioty: „edukację dla bezpieczeństwa” i „wiedzę o społeczeństwie”. Najłatwiejszy zestaw dla polonisty. Dowiedziałem się jednak, że inny filolog z mojego liceum ma to w planach. Te kierunki są też najpopularniejsze wśród nauczycieli – bo najłatwiejsze.

Zdecydowanie lepszym wyborem byłaby informatyka. Chociaż podobno przegapiłem swój moment. Dwa–trzy lata temu nauczyciele rzucili się na ten kierunek, obecnie nawet wuefiści potrafią przynieść papier, że mogą uczyć informatyki. Teraz najlepszym wyborem jest zestaw matematyka i fizyka (potrzeba nauczycieli do kolejnych matfizów), potem chemia i biologia (do biolchemów), dalej informatyka, potem długo nic, wreszcie wiedza o społeczeństwie, edukacja dla bezpieczeństwa. Najgorszym kierunkiem jest etyka i filozofia (coraz mniej uczniów chce się tego uczyć).

Półtora roku, aby być fizykiem i matematykiem

Nie tylko ja myślę o łatwym zdobyciu kwalifikacji do nauczania kolejnego przedmiotu. Dyrekcja namawiała naszego matematyka, aby został fizykiem, ale odpowiedział, że mu się nie chce. Nie chce mu się marnować kilkunastu weekendów na zjazdy. No i korepetycje przeleciałyby mu koła nosa, a to sporo pieniędzy. Jako polonista patrzę na to inaczej. Mnie by się chciało. Tylko rok, aby zostać informatykiem, albo półtora roku, aby być fizykiem i matematykiem. Okazja. Chce mi się poświęcić nawet trzy lata, aby mieć prawo uczyć czterech przedmiotów: matematyki, fizyki, chemii i biologii. W liceach ubywa klas humanistycznych, niedługo może ich nie być wcale. Konkurencja wśród polonistów coraz większa, nasz los niepewny. Będą wszędzie same matfizy i biolchemy. Jako nauczyciel literatury będę wegetował na niepełnym etacie. Jako informatyk, matematyk, chemik i biolog – w jednej osobie – będę miał godzin bez liku. Wybór jest prosty.

Niestety, na pełne skorzystanie z tej szansy na „rozwój” nie pozwala mój idealizm. Czy to moralne – odzywa się głupie sumienie – być kiepskim nauczycielem wybitnych uczniów? Czy to uczciwe zdobyć kwalifikacje na śmiesznie łatwych studiach, do tego w kilkanaście weekendowych zjazdów, a potem mieć pod opieką uczniów, którzy chcą się dostać na najbardziej oblegane i najbardziej wymagające studia: medycynę, informatykę, prawo, zarządzanie?

Słabi nauczyciele świetnych uczniów

Na szczęście rząd tak źle traktuje nauczycieli, że sumienie coraz rzadziej się odzywa. Za jakiś czas zapomnę, że miałem wątpliwości. Co z tego, że będę słabym nauczycielem świetnych uczniów? Mało jest takich sytuacji już teraz? Uczniowie piszą skargi, rodzice żądają zmiany na lepszego nauczyciela, a dyrektor bierze wszystkich na przetrzymanie. Bo lepszych pracowników przecież nie znajdzie. Nie za te pieniądze.

Jeden wybitny nauczyciel był, konkretnie biolog. Belfer legenda. Uczniowie nawet nie zadawali mu głupich pytań, czy jest dobry, gdyż mistrzostwo czuć było od niego na kilometr. Dłużej jednak nie mógł znieść tej hańby, jaką dla prawdziwego fachowca i mistrza są niskie zarobki w oświacie. Odszedł ze szkoły, ale nie przestał uczyć. Założył jednoosobową firmę i daje prywatne lekcje. Na brak chętnych nie narzeka. Mówi, że zna wady i zalety biologów ze wszystkich łódzkich szkół. Przede wszystkim z najbardziej prestiżowych. Wie, jak uczą koleżanki i koledzy z czołówki liceów w mieście. Jego zdaniem tak samo, a na pewno nie lepiej.

Tymczasem chętnych na medycynę przybywa. Bez korepetycji ani rusz. Co go bardzo cieszy. Pełnej radości spodziewa się jednak dopiero wtedy, gdy biologii będą uczyć przekwalifikowani na rocznych studiach humaniści. To będą prawdziwe żniwa dla ludzi żyjących z korepetycji. Już się nie może tego doczekać.

Czytaj także: Studia za granicą

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną