Społeczeństwo

Płock pomaszeruje dla równości. Kilka słów do przeciwników

Na zdjęciu: Marsz Równości w Rzeszowie Na zdjęciu: Marsz Równości w Rzeszowie Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta
Tzw. kontrmanifestacja „w obronie tradycyjnych wartości” odbędzie się właściwie w tym samym miejscu co zbiórka Marszu Równości. Miejmy nadzieję, że uczestnicy parady nie dadzą się sprowokować i powstrzymają się od zbyt wyrazistego przekazu wykorzystującego elementy symboliki religijnej i obrzędowej.

W sobotę 10 sierpnia ulicami Płocka przejdzie kolejny tego lata marsz równości. W kraju było ich już wiele, jednak w historii Płocka ten będzie pierwszy. Zbiórka o godz. 14 na Nowym Rynku. Okrężną trasą pochód dojdzie do Starego Rynku. Główne hasła to uregulowanie statusu prawnego związków osób LGBT, wprowadzenie zakazu mowy nienawiści, wprowadzenie w płockich szkołach zajęć wspierających postawy tolerancji, szacunku i niezgody na dyskryminację, powiększenie powierzchni terenów zielonych w mieście oraz likwidacja barier architektonicznych dla osób niepełnosprawnych.

Czy powtórzy się Białystok

Kontrmanifestacje zapowiedziała Młodzież Wszechpolska oraz stowarzyszenie (?) Płock przeciwko Imigrantom. Czy powtórzą się ekscesy z Białegostoku? W jakiejś mierze z pewnością. Wszędzie i zawsze tam, gdzie w naszym kraju demonstruje się w imię takich wartości jak akceptacja dla różnorodności, tolerancja i równość praw, znajdują się w większej lub mniejszej liczbie osobnicy z wykrzywionymi nienawiścią twarzami, ryczący wulgarne hasła i wyzwiska. Niestety, tzw. kontrmanifestacja „w obronie tradycyjnych wartości” odbędzie się właściwie w tym samym miejscu co zbiórka marszu.

Do konfrontacji z pewnością dojdzie, a media będą miały co pokazywać. Miejmy nadzieję, że uczestnicy parady nie dadzą się sprowokować, powstrzymają się od zbyt wyrazistego przekazu wykorzystującego elementy symboliki religijnej i obrzędowej, a przede wszystkim kibicujmy Płockowi i płocczanom, by mieli chęć i odwagę jak najliczniej wziąć udział w tym ważnym wydarzeniu. Ważnym zwłaszcza w kontekście wydarzeń białostockich oraz zmasowanej nagonki na ruch LGBT, jaką pod hasłem „walki z ideologią LGBT” prowadzi Kościół rzymskokatolicki, odwracając uwagę od swojego upadku moralnego i tragicznych rozmiarów plagi pedofilii wśród duchownych katolickich na świecie.

Czytaj także: „Religia staje się uzasadnieniem aktów agresji”. Nauczyciele piszą do prymasa

Marsz w Płocku pod patronatem prezydenta

Jest rzeczą godną odnotowania, że Marsz Równości objął swym patronatem prezydent Płocka Andrzej Nowakowski, samorządowiec z PO. Protestuje przeciw temu płocka posłanka PiS Anna Cicholska, przyłączając się do apelu, jaki do prezydenta skierowała grupa 46 lekarzy, naukowców, byłych opozycjonistów i przedstawicieli innych środowisk i grup zawodowych, którzy domagają się wycofania patronatu. Oświadczyła, że nie zgadza się na „publiczne epatowanie i afirmację własnej seksualności. Poza tym, jak uczy doświadczenie, w czasie marszów równości dochodzi do profanacji symboli i przedmiotów kultu religii chrześcijańskiej”.

Natomiast w skierowanym do Nowakowskiego „liście czterdziestu sześciu” można przeczytać, co następuje: „Nasze zdumienie i oburzenie są tym większe, że podjął Pan tę decyzję po szeregu profanacji i gorszących wydarzeń, do których doszło podczas parad w innych polskich miastach. Obraziły one tysiące chrześcijan i zgorszyły setki dzieci. (...) Tego typu akty nie tylko znieważają chronione prawem symbole i przedmioty kultu religijnego, ale są również policzkiem wymierzonym wszystkim tym, którzy szanują polską kulturę i tradycję. Jesteśmy pewni, że jako katolik i humanista nie życzyłby Pan sobie powtórzenia tego kulturowego barbarzyństwa w Płocku”.

Autorzy listu oraz pani poseł swoimi słowami doskonale potwierdzili aktualność postulatów marszów równości oraz potrzebę ich organizowania, i to pod auspicjami władz. Mam nadzieję, że spokojne tłumaczenie idei marszów czy parad równości przyniesie skutek. Nie popieram konfrontacyjnych i prowokacyjnych zachowań powodujących jeszcze głębsze podziały i nieporozumienia, nawet jeśli intencje aktywistów i performerów są zupełnie inne niż to, jak są odczytywane przez drugą stronę. Wyobrażam sobie, że zwolennicy Kościoła i PiS, ludzie określający się jako konserwatyści, czasami czytają prasę liberalną i że nasz przekaz może do nich dotrzeć. Pozwolę więc sobie w kilku punktach odpowiedzieć płocczanom, autorom protestu przeciwko prezydenckiemu patronatowi nad marszem oraz posłance Annie Cicholskiej.

Czytaj także: Tak wyglądają „strefy wolne od LGBT”

Po pierwsze – chcemy być sobą wszędzie

Osoby konserwatywne uważają, że są wystarczająco tolerancyjne względem osób LGBT, skoro ich w żaden sposób nie zaczepiają i nie piętnują, w związku z czym w zamian oczekują, że np. osoby homoseksualne nie będą, jak pisze pani poseł, epatować własną seksualnością i afirmować jej. Potocznie mówi się: „niech w domu robią sobie, co chcą, bo to ich sprawa, ale na ulicy niech się zachowują przyzwoicie”.

Otóż proszę – tytułem eksperymentu myślowego – potraktować naprawdę w sposób jednakowy heteroseksualność i homoseksualność, tak jak to nam zaleca konstytucja i jej aksjologia. Czy mężczyzna i kobieta trzymający się za ręce albo przytulający do siebie w parku budzą zgorszenie tym, że ujawniają publicznie swoje uczucia, a przy tym również swoją tożsamość płciową i orientację seksualną? Raczej nie. No więc geje i lesbijki też by tak chcieli. W jaki sposób mają domagać się prawa do swobody i bycia sobą, jeśli nie właśnie taki, aby manifestować podczas demonstracji zwoływanych w obronie swych praw te właśnie zachowania, których im obyczaj zabrania?

W jaki sposób mają wpływać na obyczaje, które ich dyskryminują i które chcieliby zmienić? Spróbujmy zrozumieć, że w tych przebraniach i wyrazistych gestach nie chodzi o wyuzdanie, lecz o przekaz społeczny: obyczaje, które nakazują nam ukrywać się, maskować swoją tożsamość, są złymi obyczajami i trzeba je zmienić. Nie chcemy być sobą tylko w domu, lecz wszędzie. Chcemy się czuć bezpiecznie, chcemy być akceptowani, tak samo jak kochające się pary heteroseksualne i osoby należące do większości pod względem poczucia własnej płci i sposobu manifestowania płciowości i seksualności. Czy to naprawdę jest jakaś straszna „ideologia” i „cywilizacja śmierci”?

Po drugie – orientacja seksualna jest publiczna

Kontynuujmy ten eksperyment myślowy, w ramach którego bierzemy całkiem na serio równość praw i równe traktowanie w przestrzeni społecznej wszystkich ludzi, niezależnie od tego, kim pod względem płci się czują, jak pragną się ubierać, w jakich żyją związkach. Osoby heteroseksualne mogą z dumą i radością okazywać swoją miłość. Zawierają związki małżeńskie, a obrączki na palcach mówią, że wobec całej wspólnoty występują jako jedno. Ich miłość jest publiczna, a przy okazji publiczna jest też ich orientacja seksualna. Nikogo to nie gorszy ani nie jest uważane za ostentację. W kulturze oficjalnej, a nawet w szkołach mnóstwo jest przekazów zawierających afirmatywne odniesienia do seksualności osób heteroseksualnych – np. wiersze miłosne czy filmy.

Gdy chodzi o miłość homoseksualną – jest inaczej. Czyżby była gorsza, niemoralna? Działaczom LGBT chodzi właśnie o to, by przestano ich orientacji seksualnej kojarzyć z zepsuciem i grzechem. By miała takie samo prawo obywatelstwa jak miłość heteroseksualna. Nie przywileje, lecz takie samo uznanie i szacunek. Dlaczego wszędzie na Zachodzie osoby tej samej płci mogą zawierać publicznie i prawnie uznane formalne związki? Bo tam na poważnie potraktowano równość. Czy coś złego w związku z tym nastąpiło? Niby jakie szkody małżeństwom heteroseksualnym miałoby wyrządzić istnienie małżeństw homoseksualnych? Czyje prawa byłyby przez to naruszone? Niczyje – tylko uprzedzenie i poczucie obrzydzenia do praktyk homoseksualnych sprawiają, że niektórzy tak myślą. Z tymi uprzedzeniami walczą osoby LGBT. Nie chcą nikomu niczego narzucać – chcą jedynie szacunku i akceptacji. Sprzeciwiają się piętnowaniu ich, dyskredytowaniu, poniżaniu i dyskryminacji.

W jaki sposób sprawić, żeby osoby nieheteronormatywne nie budziły lęku i obrzydzenia, skoro każdy z nas od dziecka słyszał, że są „pedałami” i „lesbami”? A teraz w dodatku słyszymy każdego dnia, że to, co jest po prostu walką o równe prawa dla osób LGBT, to jakaś „totalitarna ideologia”? Można to osiągnąć dzięki edukacji szkolnej, takiej, jaka od lat oferowana jest na Zachodzie. Dzieci uczone otwartości na różnorodność, akceptacji, tolerancji i szacunku dla innych, uczone, że dyskryminacja i nierówności są złe, bo prowadzą do przemocy i nieszczęścia, gdy dorosną, stają się lepszymi, mądrzejszymi i szczęśliwszymi ludźmi. Nie będą wrzeszczeć „zakaz pedałowania” ani „raz sierpem, raz młotem...”.

Wielkie znaczenie ma również edukacja seksualna, dzięki której młodzieży łatwiej kształtować postawy odpowiedzialności w sferze seksualnej, unikać ryzykownych i destrukcyjnych zachowań, prawidłowo reagować na molestowanie, a także mierzyć się z własną, rozwijającą się seksualnością i tożsamością płciową – także tą nienormatywną. Czy dopytywanie się dziewięciolatków przed komunią o masturbację i oglądanie pornografii naprawdę może zastąpić rozmowy o sprawach płci i przeżyciach związanych z dojrzewaniem i sferą seksualną? Edukacja seksualna prowadzona jest wszędzie w świecie demokratycznym z wyjątkiem Polski i może jeszcze jakiegoś kraju albo dwóch, a swoją drogą prawie wszędzie, no, może z wyjątkiem Polski, ma poparcie Kościoła rzymskokatolickiego. Mówił o tym niedawno papież Franciszek.

Czytaj także: Edukacja seksualna i standardy WHO. Czy jest się czego bać?

Po trzecie – Kościół nie jest poza krytyką

No właśnie, religia. Obrzucanie działaczy LGBT inwektywami, oskarżanie ich o uprawianie jakiejś antyludzkiej i totalitarnej ideologii – jest czystą agresją. I to nie agresją skierowaną na poglądy, zwane pejoratywnie i piętnująco ideologią, lecz tak naprawdę na samych gejów, lesbijki i inne osoby LGBT. Bo ich postulaty, niebędące zresztą żadnym wielkim programem społecznym godnym miana ideologii, dotyczą wyłącznie praw, równego traktowania i ochrony przed dyskryminacją. Jeśli więc przekaz antydyskryminacyjny i równościowy piętnuje się jako wrogą „ideologię”, to czyż nie jest to właśnie wrogość wobec tych, którzy śmią domagać się praw, które im się nie należą? Na kogo rzuca się kalumnie i oszczerstwa? Czyż nie na wroga?

Wypowiedź abp. Marka Jędraszewskiego, mówiącego o „tęczowej zarazie”, nie była zniesławieniem i kłamstwem ani tym bardziej polemiką z jakimiś poglądami, lecz uderzeniem w ludzi, którzy żądają, aby traktować ich tak samo jak innych. Jest poza dyskusją, że Kościół rzymskokatolicki odnosi się do ruchów LGBT z wrogością i obrzuca je inwektywami. Dziś nie może sobie pozwolić na więcej. Jednak przez wiele stuleci w całej Europie tropił, torturował i skazywał na więzienie i śmierć gejów i lesbijki. Czyż ma dziś moralne prawo nadal ich piętnować? Kogo oburza tęcza albo marsz równości, a nie agresywne zachowanie instytucji, która jeszcze niedawno w okrutny sposób karała „sodomię”, ten wystawia swojej uczciwości wątpliwe świadectwo.

Nikt nie może oczekiwać i żądać od działaczy LGBT, że pozostaną bierni wobec otaczającej ich wrogości. Gdy katolicy palą ich symbol miłości i pokoju, którym jest tęcza, nie odpowiadają paleniem krzyży. Jednak zdarza się, że w sposób prześmiewczy, ironiczny odniosą się do symboliki używanej przez swoich prześladowców. Mają do tego prawo. Osobiście uważam, że powinni to czynić z wielką ostrożnością, żeby nie nakręcać spirali wrogości i nie stawać się podobnymi do tych, którzy nazywają ich „cywilizacją śmierci” i „zarazą”.

Ale trzeba też pamiętać o tym, że nikt, także wyznawcy różnych religii i kapłani, nie jest poza krytyką. A krytyka to także ironia i satyra. Z Kościoła i katolicyzmu też wolno się śmiać! Tak samo jak z ruchów LGBT i władz państwowych. Symbole religii katolickiej też nie są wyłączną własnością Kościoła. Skoro Kościół atakuje i znieważa ruchy LGBT, musi się liczyć z odpowiedzią, która w sferze wizualnej będzie zawierała nawiązania do katolickiej symboliki. Kościół prowokuje każdego dnia i niektórzy dają się prowokować. Swoją drogą nie wolno patrzeć na te przekazy przez okulary nienawiści. Matka Boska z tęczową aureolą jest manifestacją przekonania, że wrogość wobec osób LGBT jest niezgodna z duchem chrześcijaństwa. Tylko tyle.

Fakt, że nienawidzi się gejów i lesbijek, a przez to i tęczy, nie daje nikomu prawa do interpretowania tęczy jako symbolu obraźliwego. A co do słynnej profanacji mszy na paradzie w Warszawie, to doprawdy trzeba być szalenie uprzedzonym, aby wierzyć, że działacze LGBT mogli zrobić coś takiego. Otóż to była prawdziwa msza, w dodatku katolicka! Proszę się pogodzić z tym, że chrześcijaństwo nie kończy się na katolicyzmie, a katolicyzm nie kończy się na Kościele rzymskokatolickim. Są i takie Kościoły katolickie, które serdecznie sprzyjają ruchom LGBT i nie wykluczają nikogo, nawet ateistów z durszlakami na głowach. Posłuchajcie, co ma do powiedzenia ks. Niemiec w różowej koloratce, i zestawcie to z tym, co mówią abp Jędraszewski i wielu innych. Posłuchajcie z otwartą głową i bez uprzedzeń.

Gratuluję i dziękuję prezydentowi Nowakowskiemu, że znalazł w sobie odwagę, by mimo nienawistnej presji objąć patronatem płocki marsz. W ten sposób wpisał się w kulturę etyczną całego Zachodu, gdzie władze publiczne i instytucje od dawna włączają się w świętowanie pokoju, miłości i równości pod tęczową flagą. To właśnie ten znak, znak tęczy, łączy dziś społeczeństwa demokratycznego Zachodu. Żaden inny, lecz właśnie ten. Czy się to komuś podoba, czy nie.

Czytaj także: Jak to się stało, że tęcza jest symbolem ruchu LGBTQ

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną