Społeczeństwo

Ptaki, horror trwa

Rzeź ptaków

Myśliwi oskarżają obserwatorów o blokowanie polowań, wzywają na pomoc policję, straszą konsekwencjami prawnymi i finansowymi. Myśliwi oskarżają obserwatorów o blokowanie polowań, wzywają na pomoc policję, straszą konsekwencjami prawnymi i finansowymi. Daniel Dmitriew / Forum
Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.
W ciągu ostatnich 30 lat populacja kuropatw spadła o 85 proc.Ben Radford/Corbis/Getty Images W ciągu ostatnich 30 lat populacja kuropatw spadła o 85 proc.

Artykuł w wersji audio

Szkody rolnicze przez nie wyrządzane są znikome. Nikt ich nawet nie szacuje ani nie wypłaca odszkodowań. Nie trzeba redukować ich populacji; mają naturalnych wrogów. Ot, żywe rzutki, do których myśliwi lubią postrzelać. A że przy okazji do gleby i wód gruntowych trafiają tony ołowiu, a polowania stwarzają zagrożenie także dla gatunków chronionych i zagrożonych wyginięciem? Koalicja Niech Żyją!, zrzeszająca kilkadziesiąt organizacji społecznych, przygotowała apel do ministra środowiska o wprowadzenie moratorium na odstrzał dzikich ptaków, znajdujących się na liście łownej.

Pytany o sens polowań na ptaki, wskazany przez Polski Związek Łowiecki ekspert, Marek Pudełko z Wydziału Hodowli, Kynologii Łowieckiej i Sokolnictwa odpowiada filozoficznie: – Ciekawi mnie, co się stanie, jak już wszystkiego zakażemy? Jeśli koalicja Niech Żyją! tak dba o ptaki, to niech odpowie na pytanie, jakie działania prowadzi np. w kwestii głuszca, cietrzewia, siewek itp. A tak na poważnie, to zastanówmy się, co da wprowadzenie moratorium na ptaki. Myślę, że prostą drogę do ich zagłady. Już to przerabialiśmy w przypadku ptaków śpiewających i gniazdujących na ziemi. Wszelkiego rodzaju drapieżniki mają się dobrze w przeciwieństwie do chronionych gatunków.

Trzymając się tej logiki, to aby chronić gatunki zagrożone zagładą, powinno się zacząć do nich strzelać. I tak się niestety często dzieje.

Pechowa trzynastka

Jedno z forów łowieckich. Temat: Polowanie na kaczki (pisownia oryginalna): „Czapla. Siedzi jak na spowiedzi. Jasiu z kandydatem zostają, a ja zaczynam podchody, podeszłem ją na jakieś 20 kroków jak się nie zerwała. Dwa strzały i … poleciała dalej. Nie pomogły nawet Magnumy z Pionek”.

Czapla jest gatunkiem chronionym, a takie zachowanie to po prostu patologia, która wywołała zdumienie nawet na forum łowieckim. „Po co strzelałeś do czapli? – dopytywał jeden z myśliwych, ale nie doczekał się odpowiedzi ani nie drążył tematu.

Na liście ptaków, na które można w Polsce polować, jest 13 gatunków, nazywanych przez koalicję Niech Żyją! parszywą trzynastką: łyska, jarząbek, bażant, kuropatwa, gęś gęgawa, gęś zbożowa, gęś białoczelna, krzyżówka, cyraneczka, głowienka, czernica, gołąb grzywacz i słonka. Myśliwi niestety często mylą je z gatunkami chronionymi. Z bezmyślności, ignorancji, ale też dlatego, że odróżnienie gatunku chronionego od łownego bywa po prostu niemożliwe. Zwłaszcza że polowania na ptaki mogą odbywać się godzinę przed świtem i godzinę po zachodzie słońca. Czyli praktycznie rzecz biorąc, po ciemku. A na decyzję o oddaniu strzału myśliwy ma kilka sekund.

– Dane o skali zabijania gatunków chronionych są piorunujące – twierdzi Tomasz Zdrojewski z koalicji Niech Żyją! – Podczas monitoringu stawów Zatorskich pod Krakowem przeprowadzonego w latach 2000–06 i ponowionego kilka lat później odnaleźliśmy 87 osobników należących do 15 gatunków chronionych oraz 12 postrzelonych ptaków trzech kolejnych gatunków. Były wśród nich: perkoz grubodzioby, śnieżka, cyranka oraz mewa białogłowa. Poza nimi w Polsce do najczęściej zabijanych gatunków chronionych należą jeszcze łabędzie nieme. Ofiarą myśliwych padają niestety też tak rzadkie kaczki jak podgorzałki i hełmiatki – skrajnie nieliczne ptaki lęgowe, których zostało już tylko 15–20 par.

W ubiegłym roku już pierwszego dnia sezonu łowieckiego na ptaki w mediach społecznościowych ukazało się zdjęcie myśliwej, która pozuje z zastrzeloną ściśle chronioną cyranką (polska populacja szacowana jest na 23 tys. par), którą najprawdopodobniej pomyliła z łowną cyraneczką. Nie tylko nie udało jej się zidentyfikować gatunku w momencie strzału, ale nawet wtedy, gdy już miała cyrankę w ręku. Rzeczniczka prasowa PZŁ bagatelizuje problem: „Cyranka jest migrantem długodystansowym i wcześnie opuszcza lęgowiska. Migrację na zimowiska rozpoczyna już pod koniec lipca, a ostatnie wędrują z początkiem września. W jasny sposób obrazuje to, że cyranki mogą być okazjonalnie mylone z cyraneczką i to tylko na początku okresu polowań, ponieważ później ich po prostu w Polsce nie ma” – tłumaczyła w piśmie „Świat Rolnika”.

To tak, jakby twierdzić, że śnieg jest czerwony – kontruje Paweł Malczyk, doświadczony ptasiarz, członek Komisji Faunistycznej Sekcji Ornitologicznej Polskiego Towarzystwa Zoologicznego, który od 25 lat prowadzi obserwacje m.in. na Stawach Zatorskich. – Sam w tym sezonie łowieckim widziałem stado 11 ptaków, w którym było 7 cyraneczek i 4 cyranki. Jak oni chcą je odróżnić?! Nie da się odróżnić chronionej krakwy od krzyżówki bez specjalistycznego sprzętu i dużego doświadczenia, a te ptaki lubią trzymać się w stadach.

Nawet na stronach facebookowych PZŁ zdarzają się pomyłki. Ornitolodzy wytknęli myśliwym, że zdjęcie cyraneczki karolińskiej podpisano tam jako cyraneczkę zwyczajną, pomylono gatunek chroniony z łownym.

Dlatego koalicja Niech Żyją! od kilku lat prowadzi społeczny monitoring polowań na ptaki. Nie przeszkadzają, nie utrudniają, sprawdzają jedynie, czy myśliwi przestrzegają prawa. A myśliwi bardzo nie lubią, gdy im się patrzy na ręce.

– Jedno z polowań, które mieliśmy obserwować, po prostu się nie odbyło, bo panowie się przestraszyli – opowiada Paweł Malczyk. – Na widok człowieka z aparatem czy lornetką panicznie upychają zastrzelone ptaki do worków i za pazuchę, bo oni tak naprawdę nie wiedzą, do czego strzelali.

Myśliwi oskarżają obserwatorów o blokowanie polowań, wzywają na pomoc policję, straszą konsekwencjami prawnymi i finansowymi. Padają mocne argumenty. A przypomnijmy, że chodzi o obserwatorów, którzy dzięki użyciu specjalistycznego sprzętu trzymają się od myśliwych na dystans, są oznakowani i zachowują się pokojowo. I o obszar, który należy do ważniejszych ostoi ptaków wodno-błotnych w południowej Polsce.

Salwą, pal!

Z relacji Pawła Malczyka: „9 września. Efekt poszukiwania zabitych i niepodniesionych przez myśliwych ptaków po polowaniu na Stawach Zatorskich (…): osiem ptaków zostawionych na lustrze wody, po ostatnim niedzielnym polowaniu. (…) Oczywiście to, co udało mi się wypatrzyć, to tylko jakaś część całości. Bo od niedzieli część ptaków została zebrana przez miejscowych, którzy łażą z psami po trzcinowiskach, przez drapieżniki, część mogła utonąć, a największa część zginęła w męczarniach w szuwarach i trzcinowiskach”.

Jeden strzał wcale nie oznacza jednego ranionego ptaka. Myśliwi polują przy pomocy amunicji śrutowej, a to oznacza grad ołowianych kulek. Jej zasięg rażenia może oznaczać okrąg o średnicy kilku metrów. Śmiertelny postrzał dostaje jeden osobnik, a te, które leciały obok niego, giną później. Ptaki ranione podczas polowań nie są uwzględniane w statystykach łowieckich. Mając na uwadze wielkość pozyskania łowieckiego w Polsce, opartą na oficjalnych statystykach, można szacować, że liczba ptaków poszkodowanych w trakcie polowań powinna być wyższa o ok. 25 proc.

Myśliwi, broniąc idei polowań na ptaki, powołują się na tradycję. Tyle że ta tradycja pochodzi z czasów, gdy dzikie ptactwo stanowiło ważne źródło pożywienia. Dziś nie ma ono żadnego ekonomicznego znaczenia. Wiele udokumentowanych przypadków, gdy myśliwi nawet nie próbują podnieść zabitych ptaków, pokazuje skalę hipokryzji. Tu chodzi o czystą przyjemność zabijania. Jak czytamy na stronie koalicji Niech Żyją! – wokół ujścia Warty, jednej z najważniejszych ostoi ptaków w Europie, organizowane bywają polowania masakry, podczas których kilku myśliwych w czasie jednego polowania zabija nawet kilkaset dzikich gęsi. Każdy z nich ma 2–3 sztuki broni, przeładowywanej przez pomocników, by móc strzelać praktycznie bez przerwy. Ptaki podstępnie są wabione widokiem sztucznego stada gęsi z plastiku, siedzących na żerowisku. Gdy się zniżą, dostają ognia z zamaskowanych budek.

Z relacji Pawła Malczyka: „8 września. Perkozy dwuczube nie znają się zupełnie na kalendarzu! Naliczyłem na Spytkowicach 13 par, jeszcze wodzących młode. Dodatkowo znalazłem drugie wysiadywane gniazdo z jajami. 15 sierpnia to naprawdę nie jest dobra data na rozpoczynanie sezonu polowań, podczas których »chroniący ptaki inaczej« wpływają na stawy kajakami i walą wiosłami o taflę wody, żeby jak najwięcej ptaków zmusić do poderwania się w powietrze”. 15 sierpnia zaczyna się sezon polowań na kaczki. Apele, by opóźnić jego start, pozostają bez echa, mimo że sami myśliwi przyznają, że w początkach sezonu obserwują nie tylko wiele nielotów, ale wręcz piskląt.

Wreszcie łamanie zakazu polowania w pasie przybrzeżnym. Zabronione jest polowanie na przelotne ptactwo na wybrzeżu morskim w pasie 3 km od brzegu w głąb morza i 5 km w głąb lądu. Ten obszar ma kluczowe znaczenie dla ptaków migrujących. Jest przystankiem po wyczerpującej wędrówce z dalekiej Eurazji, który pozwala im się zregenerować.W ubiegłym roku wybuchł skandal, gdy mieszkańcy Nowej Pasłęki nad Zalewem Wiślanym odnaleźli dziesiątki martwych ptaków. Okazało się, że to efekt dewizowego polowania, które dla Włochów urządziło lokalne koło łowieckie. Sześciu myśliwych, strzelając salwami, zabiło kilkaset ptaków, głównie gęsi i kaczek. Polowali bez psów, więc nie podnieśli trafionych zwierząt. Sprawa trafiła do prokuratury, ta ją jednak umorzyła, twierdząc, że Włosi nie mieli świadomości, że łamią prawo. Koalicja złożyła zażalenie na tę decyzję i sprawę zbada Sąd Okręgowy.

Nafaszerowani ołowiem

To zagrożenie nie dotyczy wyłącznie łownych ptaków – toksyczny, ołowiany śrut podczas polowań trafia do gleby, rzek, jezior, stawów hodowlanych. Według badań w miejscach polowań jego stężenie jest ogromne. Stwierdzano tam występowanie nawet do 2 mln ołowianych śrucin na hektar i do 400 na m kw. Według szacunków koalicji Niech Żyją! opartych na źródłach naukowych co roku w Polsce wystrzeliwuje się od około 300 do 600 ton ołowiu. To więcej, niż emituje przemysł i transport. „Nielimitowane i niekontrolowane uwalnianie do środowiska znacznych ilości metalu ciężkiego w postaci śrutu ołowianego pociąga za sobą liczne negatywne konsekwencje dla wielu gatunków ptaków regularnie występujących na obszarach wodno-błotnych, które wykorzystują je jako lęgowiska i miejsca postojowe głównie w okresie migracji. Negatywne oddziaływanie związane jest z połykaniem śrucin w czasie żerowania, czy to przypadkowo, czy też jako gastrolitów, szczególnie przez kaczki, gęsi i łabędzie. W przypadku tych pierwszych, szczególnie krzyżówek, zatrucia ołowiem mogą powodować spadek przeżywalności o 19 proc., a drugich z wymienionych o 10 proc.” – piszą w artykule „Wpływ polowań na ptaki i sposoby ograniczania ich negatywnego oddziaływania” Cezary Mitrus i Adam Zbyryt.

Problem dotyka całego fragmentu łańcucha pokarmowego. Zastrzelone ptaki są zjadane przez drapieżniki. W ten sposób giną m.in. orły i orliki. Ołów jest także zagrożeniem dla człowieka, bo w trakcie polowań na stawach hodowlanych trafia on do ciał ryb, które potem trafiają na polskie stoły.

W wielu krajach europejskich ołowiana amunicja albo została całkowicie zakazana, albo wyłączona na terenach wodno-błotnych. Wydawało się, że problem rozumie także PZŁ. W 2012 r. w odpowiedzi na jedną z interpelacji poselskich minister środowiska stwierdził, że PZŁ popiera zakaz używania śrutu ołowianego, ale potrzebuje czasu, by się do tego technicznie przygotować. Była wówczas mowa o jego stopniowej eliminacji: do 2015 r. – zakaz na terenach podmokłych, do 2020 r. – zakaz podczas polowań na ptactwo, i do 2025 r. – zakaz całkowity. Jak wygląda realizacja tego planu? W ogóle nie wygląda.

Wojna z ołowiem w środowisku jest również wojną ideologiczną – tłumaczy ekspert PZŁ Marek Pudełko. – Metale ciężkie znajdują się wszędzie, również w szczepionkach, które podaje się np. już noworodkom. Jednakże nie słyszałem, aby ktoś negował potrzebę szczepień (poza nielicznymi przypadkami). Ołów emitowany jest również przez codzienną działalność człowieka, choćby w spalinach, plastikowych butelkach itd. Jednak nikt nie mówi o zakazie produkcji tych produktów (samochodów, butelek itp.).

Tomasza Zdrojewskiego z koalicji jakoś to stanowisko specjalnie nie dziwi. – Myśliwi nigdy nie ograniczają się sami. Robią to dopiero, gdy są przyparci do muru. Ołowiana amunicja jest tańsza, więc czemu mieliby z niej dobrowolnie zrezygnować – mówi.

Rzeź hodowlana

Tak jak nie zrezygnowali z polowania na kuropatwy, mimo że w skali Europy jest to gatunek zagrożony. W ciągu ostatnich 30 lat ich populacja spadła o 85 proc. W 2009 r. minister środowiska poważnie rozważał wprowadzenie moratorium na odstrzał tego gatunku. Zamiast tego wiele kół łowieckich rozpoczęło hodowlę kuropatw i ich tzw. wsiedlanie do środowiska. Odbywa się ona w Ośrodkach Hodowli Zwierzyny. Kuropatwy trzymane są tam w wolierach, które chronią je przed drapieżnikami, są karmione, a na dziobach mają specjalne plastikowe nakładki, żeby z powodu przegęszczenia nie wydziobywały sobie piór. Część z nich z wolier trafia do klatek, w których przewożone są na teren polowania i wypuszczane. Teoretycznie poprzedniego dnia, w praktyce często wprost pod lufy myśliwych. Ptaki są przerażone. To ich pierwszy lot. Wznoszą się powoli i są łatwym celem.

Część ptaków podlega wsiedleniu, co ma spełniać jeden ze statutowych celów OHZ, czyli odtwarzanie populacji zanikających gatunków dzikich zwierząt. – Tylko że w tej formie to nie ma nic wspólnego z ochroną przyrody. Kuropatwy to bardzo wrażliwy gatunek. Hodowane w ten sposób nie utworzą stabilnej populacji – tłumaczy Adam Zbyryt. – Nie potrafią reagować na zagrożenia. Nie mają zachowań antydrapieżniczych. Żerują przez cały dzień, a nie jak dzikie – tylko rano i wieczorem. Śpią na środku pola, a nie w miedzach, i są łatwym łupem dla lisów. W pierwszych dwóch tygodniach ginie większość z nich, a roku nie dożywa niemal żadna.

Podobnie wygląda hodowla bażantów. Z tym że bażant klasyfikowany jest jako gatunek inwazyjny. Do Polski sprowadzono go z Azji w XVI w. Jak mówi Adam Zbyryt, bażanty poza hodowlami nie przetrwałyby u nas jako stabilna populacja, bo zimy były dla nich zbyt ostre. Dziś nadal hodowane są jako rozrywka dla myśliwych; można powiedzieć: na rzeź.

W 2017 r. portal WP opisał skandaliczne polowanie w OHZ Grodno pod Toruniem, w którym brali udział m.in. ówczesny minister środowiska Jan Szyszko i szef PZŁ Lech Bloch. 500 ptaków wypuszczono wprost pod lufy. Około 400 zostało zabitych. Jak mówili informatorzy WP, kiedyś w Grodnie wypuszczało się bażanty dużo wcześniej przed polowaniem, ale wiele ptaków uciekało, a myśliwi płacą za to, żeby mieć do czego postrzelać. Więc wprost z klatek wyrzucane są w górę, jak rzutki. To się nazywa komercyjna gospodarka łowiecka, w tym OHZ ginie w ten sposób 9 tys. bażantów rocznie.

Postulat koalicji Niech Żyją!, by całkowicie zaprzestać polowań na ptaki, idzie najdalej. Ale apele, by je poważnie ograniczyć, płyną z wielu stron. W maju tego roku Polski Komitet Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody podjął uchwałę wzywającą do natychmiastowego objęcia ochroną łysek i trzech łownych gatunków kaczek: głowienki, czernicy i cyraneczki. Z opinii eksperckiej, przygotowanej na jego zamówienie, wynika, że polskie populacje tych ptaków są bardzo nieliczne i szybko się kurczą. Nie tylko łowiectwo przyczynia się do tych zmian. Zagrożeniem są m.in. utrata i degradacja siedlisk, drapieżniki, także obcego pochodzenia. Ale nawet jeśli polowania nie są czynnikiem dominującym tych trendów, to z pewnością znaczącym. Licząca kilka tysięcy par populacja głowienki spada średnio o 10 proc. rocznie. Zaklasyfikowano ją jako gatunek narażony na wyginięcie w skali globalnej i umieszczono na Czerwonej Liście IUNC. Populacja najliczniejszej z czterech zagrożonych gatunków – łyski, co roku kurczy się o ok. 5300–9100 osobników. W 2015 r. myśliwi zabili ok. 4900 łysek, a w 2018 – ok. 3900, co odpowiada mniej więcej połowie rocznego spadku. Najmniej liczna z tej czwórki jest cyraneczka (populację lęgową szacuje się na zaledwie 1300–1700 par, a zimującą na 1000–4700 osobników). Według danych ujawnionych przez PZŁ myśliwi w zeszłym roku upolowali ok. 3930 cyraneczek.

Trudno byłoby obronić tezę, że nie ma to istotnego znaczenia – podsumowuje dr Andrzej Kepel, przewodniczący Polskiego Komitetu Krajowego IUNC. A taką właśnie tezę postawił PZŁ w odpowiedzi na apel Unii. Zarzuca jej ekspertom wyolbrzymianie wpływu łowiectwa na populacje tych czterech gatunków i manipulację danymi. W komentarzu do tego stanowiska Andrzej Kepel napisał, że fakt istnienia innych zagrożeń powinien być sygnałem do zaprzestania polowań, a nie ich usprawiedliwiania. „Polowania są czynnikiem znaczącym, a nie powinny być żadnym”.

Nie strzelajcie do głowienki

Nawet sami myśliwi przyznają, że problem jest i – jak czytamy w piśmie PZŁ – „mają świadomość, że te cztery gatunki ptaków w Polsce wykazują spadek liczebności”, a nawet sami w 2018 r. apelowali do ministra środowiska o wstrzymanie polowań na głowienki i czernice. Problem w tym, że PZŁ nie musi do nikogo apelować. Sam może wstrzymać polowania. To myśliwi tworzą plany łowieckie i mogą z nich po prostu głowienki i czernice wykreślić. Dlaczego tego nie zrobili? Ekspert PZŁ Marek Pudełko wyjaśnia:

Zarówno cyraneczka, głowienka, jak i czernica są w Polsce pozyskiwane przygodnie w trakcie polowania, co wynika z ich ekologii. Wszystkie wymienione gatunki dzikich kaczek nie są zagrożone wyginięciem, dlatego też minister środowiska nie zdjął ich z listy gatunków łownych. Pozostawienie na liście zwierząt łownych tylko kaczki krzyżówki byłoby ponownie wodą na młyn dla organizacji typu koalicja Niech Żyją! – proszę sobie wyobrazić, co działoby się, gdyby myśliwy pozyskał przypadkowo (przygodnie) kaczkę, której nie ma na liście zwierząt łownych, ale jej liczebność wskazuje, że jest gatunkiem licznym. Dopiero podniosłoby się larum! A przecież myśliwi generalnie polują na kaczkę krzyżówkę.

Wychodzi na to, że inne gatunki kaczek figurują na liście gatunków łownych, by myśliwi mogli je „mylić” z krzyżówką. Coraz trudniej będzie bronić takich tez. Podobnie jak sensowności polowania na ptaki, które jest dziś po prostu nieetyczną rozrywką. Co do tego Polacy są akurat wyjątkowo zgodni. Absurd masowej rzezi ptaków dostrzegają nie tylko naukowcy i eksperci, ale większość obywateli. Według najnowszego sondażu pracowni Kantar aż 94 proc. popiera zakaz polowań na ptaki gatunków zagrożonych. Bez względu na wiek, płeć, miejsce zamieszkania czy wykształcenie poparcie sięga powyżej 90 proc. Według 67 proc. ankietowanych z polowania na ptaki powinno się w ogóle zrezygnować. Nie strzelajcie do głowienki!

Polityka 49.2019 (3239) z dnia 03.12.2019; Społeczeństwo; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Ptaki, horror trwa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną