Społeczeństwo

Co zrobić z potrąconym zwierzęciem? Służby nie palą się do pomocy

Tysiące psów, kotów, saren i lisów giną na polskich drogach. Tysiące psów, kotów, saren i lisów giną na polskich drogach. www.kulturawrazliwa.pl / PantherMedia
Tysiące psów, kotów, saren i lisów giną na polskich drogach, setki tracą życie, wpadając na ogrodzenia. Lepiej dla nich, jeśli poniosą śmierć na miejscu. Gdy nie mają tego szczęścia, godzinami konają w męczarniach, bo żadne służby nie udzielają im pomocy.

Potrąciłam psa. Ekopatrol dał nam nierealny czas oczekiwania, nie pamiętam już, ile godzin to było. Zabrałam psa do samochodu i zawiozłam do weterynarza – opowiada Agata. Długie oczekiwanie to częsty przypadek. – Znalazłam rannego gołębia i zadzwoniłam po ekopatrol. Czekałam osiem godzin. Innym razem trafiłam na srokę z uszkodzonym skrzydłem, czekałam pięć – opowiada Joanna, której często zdarza się zbierać ranne i chore ptaki z ulic i trawników. – Patrol jest zaangażowany i zwierzolubny, ale zgłoszeń dużo, a wozów mało – Joanna na pracowników straży miejskiej nie narzeka.

Ekopatrol nie daje rady

Tak jest w Warszawie, której władze dostrzegają – przynajmniej na poziomie deklaracji – problem zwierząt po wypadkach. – Zgłoszenia dotyczące zagrożonego zdrowia i życia (ludzi i zwierząt) są dla strażników miejskich priorytetowe i realizowane w pierwszej kolejności. W przypadku zdarzeń oznaczonych kategorią „priorytet” patrol wysyłany jest najszybciej, jak to możliwe, w zależności od sił i środków, a czas dotarcia na miejsce nie powinien przekroczyć kilkunastu minut – tłumaczy Dominika Wiśniewska z Wydziału Prasowego Urzędu m. st. Warszawy.

Takiego tempa nie potwierdzają osoby, które wzywały pomoc do rannych zwierząt, mimo że i strażnicy z ekopatrolu są zaangażowani, i pracownicy 112 często starają się jak mogą, żeby pomoc. Na przykład ze zgłoszeń niealarmowych robią alarmowe, żeby patrol dotarł szybciej do potrąconego psa. Liczba zgłoszeń przekracza możliwości. W samym 2018 r. ekopatrol odłowił niemal 13 tys. zwierząt potrzebujących pomocy.

Czytaj także: Smutna historia szopa Edwarda

Potrącone zwierzę na poboczu czeka na… myśliwego

Pomocy cierpiącym zwierzętom udziela się w stolicy stosunkowo sprawnie. Na mapie Polski takich miejsc jest niewiele. Najczęściej koty, psy czy zające potrącane przez samochody, pozostawione same sobie przez wiele godzin, umierają przy drogach.

Wracałam z Mazur do Warszawy. Nagle na poboczu zobaczyłam chwiejącą się na nogach małą sarenkę. Ewidentnie coś jej było. Ledwo stała. Zatrzymałam się i pobiegłam w jej stronę. Zdążyła już upaść do rowu. Patrzyła na mnie przytomnie. Próbowała nawet wstać, ale zachwiała się i upadła – opowiada Monika. Zadzwoniła na policję, pół godziny później pojawili się funkcjonariusze. Policjant co chwila świecił sarnie w oczy i dziwił się, że żyje.

Policjantka powiedziała, że w ich województwie nie ma ekopatrolu, dlatego przedstawiciel koła łowieckiego podejmie decyzję, co dalej, no i łowczy ma też sprzęt i możliwości, aby zawieźć ranne zwierzę do weterynarza – mówi Monika. – Policja zapewniła, że zostanie z sarną i przekaże ją myśliwemu, informując jednocześnie, że nie ma sensu, abym czekała, bo trwa to dwie–trzy godziny. Zaufałam, ale odjechałam pełna obaw – opowiada.

Czytaj także: Pomóż przetrwać jeżom końcówkę zimy!

Kto ma się zająć rannym lub konającym zwierzęciem?

Następnego dnia Monika zadzwoniła do komisariatu w Pułtusku, aby dowiedzieć się, co z sarną. Usłyszała, że policjanci nie wezwali łowczego, tylko próbowali wezwać, a ponieważ się nie udało, wezwali zarządcę drogi. Monika zadzwoniła więc do zarządcy, który przyznał, że przyjął zgłoszenie i wysłał na miejsce firmę, która zbiera zwłoki zwierząt. Przedstawiciel tej firmy wyjaśnił jej z kolei, że żywe zwierzęta to problem gminy, nie ich. Pracownicy wprawdzie próbowali dodzwonić się do w Powiatowego Inspektoratu Weterynarii, ale nie udało się, odjechali „pełnić inne obowiązki”, a kiedy później wrócili na miejsce, sarny nie było, bo „została zabrana przez osoby trzecie”. Kolejny telefon do łowczego. I tu niespodzianka: pierwsze słyszy o tym, że policjant do niego nie dzwonił.

Dlaczego policja wezwała zarządcę drogi do rannego zwierzaka? To tak jakby do rannego człowieka wezwać zakład pogrzebowy. Przecież zarządca zajmuje się tyko zwłokami – mówi rozżalona Monika, która nie odpuściła sprawy i poprosiła policję o wyjaśnienia.

„W odpowiedzi na Pani wiadomość uprzejmie informuję, że po przyjęciu przez dyżurnego policyjnej jednostki ww. interwencji na wskazane miejsce zadysponowani zostali funkcjonariusze Ogniwa Patrolowo-Interwencyjnego. Po wstępnych oględzinach rannej sarny podjęto wielokrotne próby skontaktowania się z kołami łowieckimi (odpowiedzialnymi obszarowi). Z uwagi na fakt, że nikt nie odbierał, oficer dyżurny poinformował telefonicznie w dalszej kolejności właściwego Zarządcę Drogi. Na tym etapie policjanci zakończyli interwencję” – brzmiała odpowiedź.

Czytaj także: Tak Kościół traktuje zwierzęta

W tym przypadku skumulowała się bezradność wielu służb. Teoretycznie osoba, która potrąciła zwierzę, ma obowiązek udzielić mu pomocy. Prawo przewiduje nawet sankcje w razie niespełnienia tego obowiązku, ale przepisy są martwe. Bo jak wyegzekwować skuteczne udzielenie pomocy zwierzęciu, jeśli nie wiadomo, do kogo sprawca zdarzenia ma się po nią zwracać?

Po godzinach pracy urzędu gminy

W przypadku psów czy kotów niemających opiekuna odpowiedzialność finansową za leczenie ponosi gmina. Tyle że urzędy pracują do godz. 16, a wypadki często mają miejsce po zmroku.

Próbowałyśmy z córką zorganizować odłowienie psiaka na terenie naszej wsi. Psiak kulał, leżał na środku drogi, nikt nie kojarzył właścicieli – opowiada mieszkanka jednej z mazowieckich wsi. – Bałyśmy się, że ktoś go w końcu potrąci lub przejdzie autem, więc w piątkowy wieczór odnalazłyśmy schronisko, które odławia psy w naszej gminie.

I tu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością: nie ma mowy, żeby odłowili bez zlecenia z gminy, bo nie dostaną kasy. Gmina nieczynna przez trzy następne dni, a pies nikogo nie obchodzi. Ale zgłaszająca się nie poddała. – Mój patent to zgłoszenie policji, że pies leży na pasie ruchu i zagraża kolejnym jadącym – mówi.

Najbardziej zdeterminowani kierowcy sami zbierają potrącone zwierzę do weterynarza i pokrywają koszt leczenia. Ale o ile tak można zrobić z psem czy kotem, o tyle trudno w przypadku dzika czy jelenia. Zwierzęcia nie powinno się dotykać ani przewozić – z obawy o bezpieczeństwo jego oraz własne. Najlepiej jest po zabezpieczeniu zwierzęcia zadzwonić do straży miejskiej albo na policję, a służby te powinny skontaktować się z odpowiednim weterynarzem, który ma umowę z gminą. Ale też nie zawsze to działa.

Pies z ogonem kompletnie oskórowanym. Znikąd pomocy. Służby umywały ręce. Brak weterynarza interwencyjnego, który by mógł chociaż uśpić tak cierpiące zwierzęta – to doświadczenie kolejnego kierowcy, który znalazł na poboczu psa.

Łowczy zastrzeli, o ile przyjedzie

W przypadku zwierząt dzikich policja przeważnie wzywa myśliwych z lokalnego koła łowieckiego, ale dzwonienie po pomoc do łowczego często kończy się zastrzeleniem zwierzęcia niezależnie od tego, w jakim jest stanie.

Myśliwi zabijają – zgodnie z prawem – także ranne zwierzęta gatunków pod ochroną. Tak chcieli zrobić z wilkiem Miko potrąconym przez samochód, ale uniemożliwił im to stanowczy opór osób, które udzieliły mu pomocy. Wilka udało się wyleczyć i wypuścić na wolność, ale nie nacieszył się nią do długo, trafił pod kule – czyje, nie wiadomo, ale dużo wskazuje, że myśliwego.

Czytaj także: O wilku mowa

Z drugiej strony zdarzają się sytuacje, gdy łowczy proszony o interwencję odmawia, mówiąc np., że w weekendy nie pracuje. Taki przypadek opisywał użytkownik jednego z forów, który potrącił lisa. Patrzył, jak zwierzę wije się z bólu, ale nie mógł do niego podejść. Dyżurny z numeru 112 nie zdołał sprowadzić łowczego, gdyż odmówił przyjazdu, tłumacząc, że w weekendy nie pracuje. Kierowca wziął sprawy w swoje ręce i zdesperowany przejechał lisa kilkakrotnie, żeby skrócić jego cierpienia.

Podobną sytuację zaobserwowali aktywiści niedawno monitorujący polowanie na Pomorzu. Łania uciekająca przed nagonką wpadła z rozpędu na ogrodzenie i złamała kręgosłup. Aktywiści przez ponad godzinę obdzwaniali wszystkie możliwe służby, ośrodki pomagające zwierzętom i lecznice, poprosili też łowczego odpowiedzialnego za polowanie o skrócenie cierpień zwierzęcia, ale ten w krótkich i wulgarnych słowach wytłumaczył im, że to nie jego sprawa. Zwierzę w końcu zmarło, gdy weterynarz był w drodze.

Czytaj także: Czy zabijanie zwierząt to dziedzictwo kulturowe?

Rozwiązania systemowe są niezbędne

Są miejsca, gdzie sprawy w swoje ręce wzięły organizacje, jak fundacja Animal Rescue współpracująca z kilkoma gminami na południe od Warszawy, działająca całodobowo i dysponująca karetką dla zwierząt, ale to kropla w morzu potrzeb. Konieczne są działania systemowe.

Czytaj także: Jak wyłączyć swoje grunty z obwodów łowieckich – krok po kroku

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną