Społeczeństwo

Śmierć bohaterki spotu Jakiego. Sprawę próbowano wyciszyć

Kamienica przy ul. Poznańskiej Kamienica przy ul. Poznańskiej Adam Stępień / Agencja Gazeta
Anna Kryńska miała być jedną z bohaterek spotu Patryka Jakiego, gdy walczył o prezydenturę Warszawy. Zmarła. Onet dotarł do prawdziwej wersji wydarzeń.

„Ze wzruszenia pękło jej serce” – taka wersja trafiła do tabloidów po śmierci Anny Kryńskiej, ofiary dzikiej reprywatyzacji, która miała być jedną z bohaterek spotu wyborczego Patryka Jakiego w kampanii o prezydenturę Warszawy. Teraz dziennikarz Onetu Janusz Schwertner dotarł do prawdziwej wersji wydarzeń.

Silne emocje w spotach Jakiego

Spot realizowała firma Solvere, znana z innych pisowskich kampanii (m.in. „Sprawiedliwe sądy”, szkalującej polskich sędziów), we współpracy z Michałem Lorenzem, synem znanego kompozytora, szarą eminencją marketingu obozu władzy. Reprywatyzacja to był temat, którym Patryk Jaki chciał wygrać z Rafałem Trzaskowskim prezydenturę stolicy. W spotach miały być silne emocje. Jak to określił jeden z rozmówców Schwertnera: „ofiary miały srać łzami przed kamerą”. Na prośbę Sebastiana Kalety, obecnego wiceministra sprawiedliwości, rekrutacją bohaterów i prowadzeniem rozmów z nimi zajęła się dziennikarka TVP Info Katarzyna Matuszewska.

To ona przyprowadziła Annę Kryńską na plan do kamienicy przy ul. Poznańskiej, gdzie wiele lat mieszkała i skąd została wyrzucona przez „czyścicieli”. Gdy padło pierwsze pytanie, kobieta zesztywniała, upadła i straciła przytomność. Trafiła do szpitala i dzień później zmarła, nie odzyskując przytomności. W opinii lekarzy przyczyną śmierci był rozległy zawał spowodowany silnym stresem.

Czytaj też: Muszkieterowie Ziobry

„Chcieliśmy wyciągać łzy od kobiety”

Matuszewska przyznała, że była świadoma stanu zdrowia kobiety. Nie tylko ona zresztą. Trzy tygodnie wcześniej, podczas spotkania dotyczącego reprywatyzacji, w którym uczestniczył m.in. Sebastian Kaleta, Anna Kryńska zasłabła i trafiła na OIOM. Miała mieć wszczepiony rozrusznik serca, czekała na termin operacji. Nie powinna sama wychodzić nawet do sklepu. A mimo wszystko ekipa postanowiła w ostatniej chwili ściągnąć ją na plan.

„To był moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że przegięliśmy tak, jak nigdy wcześniej. Chcieliśmy wyciągać łzy od kobiety oczekującej na operację ratującą życie, z chorym sercem, płucami... Byliśmy przerażeni. Wiedzieliśmy, że nigdy nie powinniśmy do tego dopuścić i że ta sprawa to dla nas tykająca bomba. Wtedy zaczęła się rozmowa, jak to wszystko uciszyć, żeby o prawdziwych okolicznościach nie dowiedzieli się dziennikarze” – opowiada Januszowi Schwertnerowi jedna z osób, która brała udział w produkcji spotu.

Czytaj też: Patryk Jaki. Zdeterminowany, by walczyć o sprawiedliwość

Podwójna ofiara reprywatyzacji

Sprawę na pewien czas udało się wyciszyć. Córka Anny Kryńskiej Karolina za namową Sebastiana Kalety nie kontaktowała się z mediami. Gdy jakiś czas później próbowała dotrzeć do nagrania z ostatnimi chwilami życia swojej matki, obiecał pomoc, ale potem zamilkł. Odsyłana od firmy do firmy dowiedziała się w końcu, że nagranie zostało skasowane; nie wiadomo, przez kogo i w jakich okolicznościach. Teraz „tykająca bomba” wybuchła. I może odłamkami trafić w kampanię prezydencką Andrzeja Dudy, przy której pracuje oczywiście firma Solvere.

Polityka jest dziś grą emocji. Nie może się bez nich obejść. To oczywista oczywistość i gracze, którzy biorą w niej udział, są tego świadomi. Politycy siłą rzeczy muszą mieć grubszą skórę i być bardziej odporni. Ale gdy w tryby tej machiny dostanie się zwykły, szary człowiek, najczęściej nie wychodzi z tego bez szwanku. W przypadku Anny Kryńskiej skończyło się to tragedią. Można powiedzieć, że stała się podwójną ofiarą reprywatyzacji. Po raz pierwszy, gdy „czyściciele kamienic” wyrzucili ją z mieszkania. I po raz drugi, gdy jej historię potraktowano jako kartę w grze o władzę.

Czytaj też: Solvere. To oni robią kampanie PiS

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Historia słynnego agenta 007

23 filmy, sześciu aktorów użyczających twarzy głównemu bohaterowi, mnóstwo wypitych Martini, rozbitych aut i uwiedzionych kobiet. Filmowy James Bond, od pięciu dekad obecny na ekranach, pobił rekord, do którego nie zbliżyła się żadna inna filmowa seria.

Katarzyna Czajka
02.10.2012
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną