Społeczeństwo

Wirus kontratakuje. PiS jest w pułapce na własne życzenie

Mateusz Morawiecki. Rządowy zespół zarządzania kryzysowego Mateusz Morawiecki. Rządowy zespół zarządzania kryzysowego Krystian Maj / Kancelaria Prezesa RM
Dystans społeczny to obecnie fikcja. Zniknęły gdzieś maseczki. Liczba zakażeń rośnie. Rząd znalazł się w pułapce, którą w dużej części sam skonstruował.

„Tatusiu, lew napadł babcię!”. „Sam napadł – niech się sam broni”. Ten stary i nie najmądrzejszy kawał o teściowej znakomicie opisuje sytuację, w jakiej znalazł się rząd wobec wirusa SARS-CoV-2 w środku lata 2020. Rząd bowiem ma istotny kłopot. I w dużej mierze sam go sobie sprokurował.

Koronawirus. Stało się – się rozsiało

Mechanizmy, które musiały doprowadzić do rozsiewu, były łatwo czytelne i przewidywalne już jakiś czas temu. Nieudolność zarządzania walką z epidemią, wraz z zamierzonym brakiem adekwatnego wsparcia finansowego dla systemu opieki zdrowotnej – to się nie mogło skończyć dobrze. Błędem decydującym stało się jednak wyraźne przedkładanie celów polityczno-wizerunkowych nad rzeczywistą troskę o dobrostan zdrowotny i gospodarczy społeczeństwa. Publikacji na ten temat było dużo, od poważnych analiz uznanych ekspertów do napisanej przeze mnie bajki, więc jeśli ktoś ma ochotę poczytać, to zachęcam.

No i stało się. To znaczy – się rozsiało. Władza się zatroskała i przebąkuje o możliwym przywróceniu restrykcji. Nie wszędzie i nie duże, ale jakieś być może będą.

Zanim zastanowimy się, dlaczego władza tak cichutko o planowanych restrykcjach postękuje, pomyślmy jeszcze raz, króciutko, dlaczego doszło do sytuacji, w której musi brać je pod uwagę. Ku naszej ewentualnej nauce na przyszłość.

Czytaj też: Nie ma drugiej fali pandemii. Co więc jest?

Epidemia koronawirusa trwa i męczy

Wiemy coraz lepiej, że jednym z najgroźniejszych elementów tej epidemii jest czas jej trwania. W skali każdego miejsca, nie lokalnej. Kiedyś epidemie szły przez różne tereny jak pożar przez las. Jak już przeszły przez jakiś obszar, to można było spokojnie po pewnym czasie rozglądać się za tymi, którzy zasiedliliby wymarłe wioski i miasta. Epidemia była w jednym miejscu tylko raz, bo po jej przejściu nie było już tam dla powodującego ją drobnoustroju wystarczającej liczby żywicieli, aby mogła rozprzestrzeniać się dalej. Czyli musiała pójść gdzieś indziej. A teraz? Mobilność ludzi łącznie z nie największą zjadliwością wirusa sprawia, że epidemia gdzieś dociera i tam jest. Na długo. Jedyną szansą (według modeli epidemiologicznych) na jej skrócenie byłoby puszczenie jej „na żywioł”, ale taka strategia nie znalazła społecznego poparcia. Na szczęście.

Za długotrwałość epidemii i czas stosowania związanych z nią środków prewencji (bo metod przyczynowej terapii Covid-19 na razie nie mamy) płacimy jednak dotkliwą cenę: zmęczenie. Ludzie coraz gorzej tolerują izolację, nawet częściową, i wszystko z niej wynika. Każda wiadomość, że można tych środków częściowo lub całkowicie zaniechać, przyjmowana jest z bezkrytycznym entuzjazmem.

Czytaj też: SARS-CoV-2, przeciwnik groźny, ale do pokonania

Epidemiologia polityczna według PiS

W takim momencie, cały na biało, wkroczył niejaki Pinokio ze swoją epidemiologią polityczną. Przekaz był prosty: jest bezpiecznie. Chodziło bowiem o to, żeby najstarsza część elektoratu, obarczona najwyższym ryzykiem zgonu z powodu Covid-19, nie lękała się oddać głosu w wyborach prezydenckich. Na wiadomo kogo. Udało się. Przy okazji jednak nastąpiło pewne zawirowanie informacyjne. No bo z jednej strony Pinokio i kandydat mówili, że wirus jest, ale jest bezpiecznie. Co starali się udowodnić, demonstrując na wszelkie sposoby, że lekceważenie zasad bezpieczeństwa nie ma znaczenia. Z drugiej strony – teleszmatławiec i niektórzy natchnieni kapłani „kultu tacy” sugerowali lub twierdzili wprost, że wirusa po prostu nie ma. A jak jest, to wystarczy żarliwa modlitwa, wyrażona stosowną kwotą (+ VAT), żeby zniknął.

Z trzeciej strony – minister zdrowia twierdził w oświadczeniach, że jest bezpiecznie, ale środki ostrożności trzeba zachować. W czym był najbliżej obiektywnej racji. Niestety, nie rozumieli jej nawet jego współpracownicy. Chociażby wyjątkowo niemający szczęścia w myśleniu rzecznik prasowy ministerstwa, który swoimi zachowaniami podczas wystąpień publicznych ukazywał dobitnie, że – za przeproszeniem – cznia te wszystkie maseczki i wszystkie inne środki zapobiegawcze.

Czytaj też: Daleko jeszcze do końca pandemii? Słusznie się boimy?

Fakty mylą się Polakom z poglądami

Trzeci element dotyczy nie tylko naszego kraju i nie tylko naszego ministra, co nie znaczy, że nie można było postarać się bardziej, zwłaszcza w tej szczególnej sytuacji. Otóż wszechdostępność możliwości wypowiedzi w mediach społecznościowych, przy równoczesnej rosnącej z czasem w społeczeństwach nieumiejętności ich weryfikacji, doprowadziła do sytuacji, gdy poglądy mylone są ze sprawdzalną wiedzą, która z kolei jest coraz bardziej marginalizowana. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby rząd i współpracujące z obecnym obozem władzy organizacje pozarządowe poświęciły na krzewienie zupełnie elementarnych zasad postępowania i podstawowej wiedzy o zagrożeniach tyle energii, ile poświęcają na krzewienie hurrapatriotyzmu i całą pozostałą walkę ideologiczną, to być może wielu ludzi uniknęłoby zakażenia i jego powikłań.

Mamy już wszystkie trzy składniki mieszanki wybuchowej: zmęczone izolacją duże grupy społeczeństwa dowiadują się, że jest bezpiecznie. Wiosenno-letni czas nasila tęsknotę do kontaktów z dawno niewidzianymi znajomymi i do przebywania w miejscach, gdzie można miło, gromadnie spędzić czas. Ponieważ mówiono, że jest bezpiecznie, to nikt nie chce słuchać, że „trzeba jednak uważać”. W dodatku rośnie ruch negacji istnienia samego wirusa, coraz chętniej znajdujący posłuch wśród najmłodszej i najstarszej części społeczeństwa.

Czytaj też: Ilu przypadków zakażenia koronawirusem nie udało się wykryć?

Dojdzie grypa. PiS jest w pułapce

Efekt był łatwy do przewidzenia: dystans społeczny to obecnie fikcja. Zniknęły gdzieś maseczki. Liczba zakażeń rośnie (liczba zgonów na szczęście nie tak bardzo). Rozprzestrzenianie się wirusa może spowodować, że wielu ludzi ugrzęźnie w kwarantannach. Czyli gospodarka będzie tracić (na jakiś czas) pracowników, a oni sami odczują pogorszenie jakości życia, również pod względem ekonomicznym. Na ile przyczyni się to do fali bankructw?

Na domiar złego zbliża się sezon grypowy. Wirus grypy może odegrać rolę „torującą” dla SARS-CoV-2, zwłaszcza w kraju, gdzie szczepi się na grypę mniej niż 10 proc. populacji. Czy to rozumowanie to tylko teoria? Zobaczymy niebawem.

Słowem – rząd znalazł się pułapce, którą w dużej części sam skonstruował:

• Ponowny, chociażby częściowy lockdown może być zasadny. Sytuację, która sprawia, że taka konieczność może zaistnieć, w największej mierze sprowadziły: zmęczenie społeczeństwa, umotywowany politycznie, fałszywy przekaz informacyjny ze strony władz oraz praktycznie całkowite zaniechanie przez obóz rządzący edukacji społecznej dotyczącej SARS-CoV-2 i Covid-19.

• Ponowne restrykcje będą zapewne znacznie trudniejsze do egzekwowania niż na początku epidemii. Zapewne będą dotkliwie odczuwalne przez gospodarkę, ale również przez poszczególnych obywateli, co może zwiększyć stopień niezadowolenia społecznego i zmniejszyć komfort sprawowania władzy.

Dlatego (być może) władza o mających nastąpić restrykcjach bąka tak cichutko.

Czytaj też: Fałszywe leki na Covid-19 zalewają internet

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną